piątek, 30 listopada 2018

I to tyle w temacie listopada


I tak oto kończy się kolejny tydzień, wyjątkowo trudny tydzień. I tak też listopad 2018 powoli dziękuje nam za uwagę. Znienawidzony przeze mnie miesiąc przyniósł nam w tym roku wiele uśmiechniętych chwil, ale też kilka smutnych. Tak czy inaczej cieszę się, że od jutra już grudzień, bo dla mnie grudzień to przede wszystkim miesiąc, kiedy znów zacznie przybywać dnia. A to jest bardzo dobra wiadomość! 

Kalendarz muszę dziś wywiesić i jego woreczki wypełnić. A. podsunęła nowy pomysł więc postaram się z niego skorzystać. Po choinkę w najbliższych dniach trzeba pojechać i ciasto na pierniczki zakręcić i pomarańcze ususzyć, a w czwartek jeszcze Mikołajki, do których nie jestem przygotowana ... Ale jakoś w tym roku kompletnie się tym nie przejmuję. Powoli powolutku wszystko ogarnę. Jak zawsze.

- Szczęściarz z tego, kto zrobił dziś pranie - mówi M. kiedy pakuje mi karczochy do papierowej torby.
- Nareszcie trochę słońca.
- Już z tą wilgocią zwariować można było. Nic nie schnie.
- Zaśmierdnie się zanim wyschnie i potem znów do pralki. Jeszcze verzę byś mi dała, tylko nie dużą.
- Ja to chyba w końcu suszarkę sobie kupię...

Wracam do domu w południowym słońcu schyłku listopada i powoli ściągam z siebie części wierzchniej garderoby. Kiedy się tak maszeruje, robi się całkiem ciepło. Na chwilę rozdziawiam nawet drzwi wejściowe, żeby ciut tego słońca wpadło do mieszkania i zaraz też nastawiam pranie. 

W czwartek o świcie przychodzi wiadomość od Ellen. Najpierw zastanawiam się dlaczego o tej porze już nie śpi, a zaraz potem dociera do mnie, że przecież tam gdzie od kilku długich tygodni bawi moja Contessa, to już inna strefa czasowa. Pisze, że wraca już w niedzielę, a ja aż się rozpromieniam, bo tak dawno się nie widziałyśmy i bardzo mi jej brakuje. Ellen wnosi ze sobą radość i optymizm. Ellen kochana! Jak dobrze, że już wracasz!

Mikołaj od dwóch dni w pieleszach smarcze, prycha, mleko z miodem popija, czosnek zajada na potęgę i mam nadzieję, że to domowe leczenie do niedzieli postawi go na nogi. Gdyby nie paskudny kaszel, już nawet byłby całkiem w formie, bo choć wciąż w piżamie to o Florencję coraz intensywniej dopytuje i już w ten weekend gotów był na nową porcję toskańskich ciekawostek. Tak czy inaczej to się nie uda, bo przecież pojutrze czekają na nas lokalne atrakcje. Florencja będzie musiała zaczekać na następny weekend. 

Marradi zestroiło się już całkiem na to niedzielne "przedbożonarodzeniowe" świętowanie. Jeszcze tylu choinek to na placu nie było! Pełen rozmach! Mam nadzieję, że nowa festa Marron d'Inverno odniesie wielki sukces i zagości na stałe w naszym lokalnym kalendarium. Prognozy pogody na niedzielę są zadowalające.

Żegnaj listopadzie. 
Zostały jeszcze trzy tygodnie jesieni, czas powoli pomyśleć o zimowej szacie bloga.
DOBREGO DNIA! DOBREGO WEEKENDU!

ZNIENAWIDZONY - to po włosku ODIATO (wym. odiato)

czwartek, 29 listopada 2018

Moje kostkowe "never ending story"


Przede wszystkim to już myślałam, że w ogóle na tę wizytę nie dotrę... 
Zaplanowałam sobie, że złapię pociąg o 10.52, co miało pozwolić mi spokojnie na dojechanie do miasta, dojście do szpitala i odebranie wyników, tak by o 12.15 stawić się na wizycie. 
O 10.50 megafon na stacji Biforco wciąż milczał jak grób, a zwykle zapowiada pociąg co najmniej dwa razy na dobrych kilka minut przed jego przyjazdem. Zerkałam na zegarek coraz bardziej nerwowo. W międzyczasie zaczęłam sprawdzać czy przypadkiem to nie dzień jakiegoś strajku, a potem wgapiałam się w rozkład jazdy upewniając się, czy aby ten pociąg na pewno jeździ w dni robocze. 
W końcu na kilka sekund przed 11.00 il treno regionale wtoczył się na peron bez żadnego zawiadomienia, a ja odetchnęłam z ulgą. "Pusia, ale megafon nie działa już od kilku dni" - powiedział Tomek, kiedy zdawałam mu potem całą relację 

W Faenzie wystrzeliłam z wagonu jak z procy, by nadrobić stracony czas i dziesięć minut później z wywieszonym językiem dotarłam do szpitala.
Przez drogę układałam w głowie plan: "najpierw zapłacę za ticket, potem zejdę na dół odbiorę wyniki i z nimi pojadę na górę na wizytę". 
Przed maszynką, w której opłaca się medyczne usługi ciągnął się ogonek... Szlag. A zatem zmiana planu - najpierw wyniki. 
Chwilę potem okazało się, że taki sam ogonek ustawił się do okienka po odbiór wyników i jak na złość z trzech okienek tylko jedno było czynne. Szlag, szlag!
Już miałam zrobić z siebie sierotę i prosić o przepuszczenie z racji zbliżającej się pory wizyty, ale na całe szczęście okazało się, że przede mną więcej było odbierających wyniki, niż rezerwujących badania i ogonka dosyć szybko ubywało. W końcu z wynikami w garści, znów biegiem, zmachana, taszcząc ze sobą garderobę baby z "Chłopów" wpadłam na korytarz i odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam, że przed maszynką do opłat nie było nikogo. Raz dwa kod, ok, kwota, potwierdź, płatność ... Szlag! Nie ma opcji "kartą"! Szlag, szlag, szlag!  
Szczęśliwie wysupłałam z portfela potrzebną kwotę i zaraz popędziłam jak wicher z włosem rozwianym, z garderobą pod pachą i z plikiem dokumentów i karteluszek w ręku. 
Kiedy dotarłam na oddział ortopedii była dokładnie 12.15. 
A teraz do rzeczy.
Dobre wieści są takie, że nic nie jest zerwane. Ścięgna, więzadła czy jak tam się zwą są całe, więc żadna operacja nie jest konieczna. Problem jest z kością, która na skutek silnego uderzenia została uszkodzona. Swoją drogą dziwiłam się, jak można mówić o silnym uderzeniu, skoro spadłam na dmuchany materac? 
Nie ma żadnych odprysków - dlatego rentgen nic nie wykazał. To uszkodzenie, jak tłumaczył lekarz, które widać dopiero na rezonansie. Po obejrzeniu zdjęć ortopeda dokładnie wiedział, w którym miejscu tkwi problem. Kiedy nacisnął punkt na stopie, zobaczyłam gwiazdy, bynajmniej nie z rozkoszy i zaraz przypomniał mi się Kung Fu Panda i technika "palca zagłady".
Jest tam wciąż stan zapalny i zbiera się płyn. Aby się z tym uporać potrzebna będzie fizjoterapia. I tu zaczyna się zabawa, którą mam nadzieje moja kieszeń udźwignie. W każdym razie trzymajmy się tego, że to jednak dobre wieści. 

Na dobry początek dnia zdjęcie słonecznej Faenzy, zamiast szpitalnych korytarzy. 
Dziękuję Wam za kciuki i wszystkie wczorajsze wiadomości. Miła mi świadomość, że tyle osób martwiło się razem ze mną. Dziękuję, jesteście kochani.

KOŚĆ to po włosku OSSO (wym. osso)

środa, 28 listopada 2018

Zaklinanie


Jakby tak ktoś popatrzył, nie wiedząc jaki aktualnie jest dziś dzień, mógłby spokojnie powiedzieć, że to połowa października. Liści jeszcze tyle na drzewach i zieleni dookoła... A tu przecież koniec listopada - ba! - już prawie początek grudnia i zaraz trzeba choinkę ubrać, kalendarz adwentowy wywiesić.
Pewnie wszystko zmieni się w krajobrazie po pierwszych przymrozkach, które zapowiadają na jutro. Z mojego glicine też w końcu opadną liście. Niemożliwe, żeby w niemal wiosennej zieleni trwały do wigilii.


W sąsiedniej dolinie znaleźliśmy niekończący się sad, w którym drzewa uginały się od czerwonych jabłek. Znów pomyślałam - "Październik! Wypisz wymaluj październik". Przy drodze stała odręcznie wymalowana tablica - vendita' mele. Najpierw poczęstowałam się jednym zerwanym z gałązki, by spróbować czy aby na pewno w moim guście i zaraz, kiedy poczułam ulubioną chrupką słodycz, zawróciliśmy Rangera w kierunku widocznej z dala kamiennej posiadłości.


Jak się okazało ludzie, których zastaliśmy przy pracy przed domem przybyli tu z Sardynii. Wydzierżawili gospodarstwo, w którym pierwsze skrzypce grały właśnie długie rzędy jabłoni, a zaraz za nimi plantacja kiwi. Zastanawiałam się, co ich tu przywiało. Co sprawiło, że zostawili wyspę przez wszystkich nazywaną rajem i przybyli do surowej doliny Accerety??Bagażnik Rangera wyładowany był wkrótce dorodnymi jabłkami, a my ruszyliśmy dalej. 


Drogi błotniste, gdzie nawet Ranger próbował iść swoim torem, pola tak zielone, że aż w oczy raziło, słońce niskie, ale wciąż jaskrawo odbijające się od kolorowych liści. Taki listopad jest całkiem ładny, ale listopad to jednak listopad. Trudno się z nim na stałe zaprzyjaźnić. A. mówi, że trzeba próbować go odczarować, a zatem próbuję ... Ciepłymi kadrami, słodyczą owoców, miękkim światłem. 


Teraz na mnie już czas, bo oto przede mną kolejny powrót do szpitala. Moja kostka czeka na werdykt. Mam nadzieję, że usłyszę dobre wieści, choć dziś wyjątkowo mi trudno odnaleźć wrodzony optymizm. 

ZAPRZYJAŹNIĆ SIĘ to po włosku FARE AMICIZIA (wym. fare amicicja)

wtorek, 27 listopada 2018

Ciche pożegnanie


W poniedziałek wszyscy rozpisywali się o śmierci Bernardo Bertolucciego, który jak mówią był ostatnim z wielkich włoskich reżyserów. Miał 77 lat. Moje myśli jednak krążyły wokół innych spraw... 
Co za smutny zbieg okoliczności...

Zastanawiałam się przez cały dzień czy powinnam tutaj o tym pisać, czy zostawić te myśli w papierowych notesach.
A potem pomyślałam, że przecież to moje pisanie tutaj stało się też po części rodzinną kroniką. Że nie ma w tym nic złego. Że to tylko moje dobre wspomnienia, które są jak ciche pożegnanie. Zaczęłam ślizgać się jak surfer na falach dawnych czasów. Po wspomnieniach sprzed dwudziestu lat, kiedy to Janusz jako pierwsza osoba w rodzinie Pawia przyjął mnie z sercem na dłoni, zupełnie jakbym od pierwszej chwili była całkiem swoja, bez zadawania pytań, bezwarunkowo. Był jedną z nielicznych osób, która zawsze pamiętała o moich urodzinach i imieninach, dzwonił wtedy i recytował mi krótkie rymowanki. Pamiętam nasiadówki przy brydżu do nocy, pamiętam ciepłą koszulę w kratę, okulary w etui, papierosa w ręku, pamiętam ulubioną filiżankę do kawy, pamiętam jak się denerwował, kiedy ktoś zwracał mu uwagę i jak zasypiał w fotelu przed telewizorem, pamiętam jak Paw słowa złego nie mógł na mnie powiedzieć, bo Janusz zaraz stawał w mojej obronie, pamiętam jego zalewajkę, wędkowanie i starego czerwonego peugota. Po ślubie, nawet jeśli prawdziwego taty nikt nigdy nie zastąpi, ja cieszyłam się, że przynajmniej znów mogę do kogoś mówić tato. 
Chcę pamiętać go właśnie takim, jakim był kiedyś, przed chorobą i przed przedwczesną starością, którą przywlokła za sobą choroba. Niech ci będzie dobrze tam, gdzie teraz jesteś... Może tam też można iść na ryby i pograć w brydża? Kto wie...

Bernardo Bertolucci był rówieśnikiem mojego Teścia, Januszka. Reżyser był od niego starszy o ciut więcej niż miesiąc. Odeszli tego samego dnia, właśnie wczoraj. 



poniedziałek, 26 listopada 2018

Poranne wywody u schyłku listopada


Listopad zaczyna końcowe odliczanie. Na niebie przez kłęby chmur nareszcie przedziera się księżyc. 
Jest szansa, że się wypogodzi. Ostatnie dwa dni to właśnie wypisz wymaluj ... listopad. 

- Pusia, jak ja bym jeszcze pospał... 
- Oj... ja też... Królestwo za sen i wolny dzień! 
Choć zasnęłam zaraz po 20.00 i tu nawet Medyceusze nie byli w stanie utrzymać moich otwartych powiek, to kiedy o 5.00 zadzwonił budzik, byłam tak nieprzytomna, jakby jego dźwięk wyrwał mnie z najgłębszych otchłani snu...
Miałam wrażenie, że nim go w końcu wyłączyłam, zdążył już obudzić całe Biforco.
Królestwo za sen...
Królestwo za odpoczynek...
Dopada mnie przesilenie jesienne z opóźnionym zapłonem. A może to już przesilenie zimowe? Najchętniej zamknęłabym się dziś w domu, wyłączyła wszystko to co łączy z "siecią" i najzwyczajniej w świecie udawała, że mnie nie ma. Marzenia ściętej głowy...
- Słuchaj do świąt już mniej niż miesiąc, damy radę, a potem będziemy się lenić do bólu.
- Bardzo śmieszne... - kręci głową z dezaprobatą i zaraz pyta - Pusia, a tak w ogóle to dlaczego ty nie lubisz świąt?
- Widzisz to nie tak, że nie lubię w ogóle. Lubię je spędzać po mojemu, bez gonitwy od jednego stołu do drugiego. Lubię się polenić. Lubię być w święta egoistką, ale wtedy jestem świadoma, że ktoś zawsze będzie niezadowolony, pokrzywdzony. Rozumiesz? To mi ciąży i psuje dobre samopoczucie.
- Chyba rozumiem. 
- Gdybyśmy na święta pojechali do Polski, to byłby jeden wielki kocioł i pęd. A ja potrzebuję ciszy i odpoczynku. Idealne święta były rok temu, kiedy Babcia i Świta dotarli do nas. I pal sześć, że kominek się zapalił. Było nam cudnie, bo nikt nic nie musiał, nikt się nigdzie nie spieszył, mieliśmy czas na wycieczkę do Bolonii przed wigilią i spacer po Biforco w wigilię i na Castellone w Boże Narodzenie wchodziliśmy... Mieliśmy czas i przestrzeń... To dla mnie ważne.  
- Dla mnie rok temu też były najlepsze święta.
- Miejmy nadzieję, że uda nam się to kiedyś powtórzyć. A tymczasem cieszę się, że idą święta, a dokładnie, że idzie wolne i będziemy mogli chwilę odsapnąć. Przyjedzie Paw i będziemy się dobrze bawić. Pomyślmy lepiej nad tym gdzie w tym czasie moglibyśmy się poszwendać. Umbria? A może toskańskie wybrzeże?
- Dolina Aosty? 
- Hmmm, miałam raczej na myśli południowy kierunek...

NIEZADOWOLONY - SCONTENTO (wym. skontento)


niedziela, 25 listopada 2018

O nitce co stała się sznurem i gadu gadu do nocy...


Skutecznym lekarstwem na kiepską pogodę będzie zawsze dobre towarzystwo. Na niektóre spotkania czekamy z utęsknieniem i kiedy się zbliżają z niecierpliwością przebieramy nogami. Uwielbiam to wspólne biesiadowanie, żarty i wieczne nienagadanie. Nienagadanie nawet jeśli chce się wieczór wydłużyć do późnej nocy. Nienagadanie zawsze pozostaje nienagadaniem. Zupełnie jak w tej piosence - gadu gadu gadu... gadu gadu gadu nocą ... 


Blogerski świat, to dosyć specyficzne kręgi, ja sama trzymam się trochę na uboczu, z dala od tego kotła, w którym często mieszają się zawiść i rywalizacja. Jest tylko jeden wyjątek. Jedna osoba, której rady i opinia są dla mnie ważne i cenne, osoba z którą mogę szczerze wymienić uwagi w kwestiach profesjonalnych, ale też tych osobistych, osoba, która poradzi, podpowie, wysłucha, podzieli się tym, co wie, ucieszy się szczerze z sukcesów, skrytykuje konstruktywnie, pochwali, kiedy trzeba...

Kiedy to my się poznałyśmy?? Chyba już prawie trzy lata temu. Pamiętam to nasze pierwsze bolońskie spotkanie. I choć zwykle takie momenty są krępujące, pełne onieśmielenia, to my jakbyśmy ten moment przeskoczyły, jakbyśmy od razu rozciągnęły między nami niezwykłą nić porozumienia. Ta nić z czasem stała się całkiem mocnym sznurem.  
Nie widujemy się często, ale kiedy już przychodzi taki moment i Kalejdoskop Renaty wpada do Domu z Kamienia albo na odwrót, nacieszyć się tym wspólnym czasem nie możemy. Grazie kochani! 


25 listopada - święta Katarzyna adwent rozpoczyna. Wszystkim Kasiom samych wspaniałości! Ja, jak widać na załączonych obrazkach mam cudowny prezent. Niech to będzie miły dzień, mimo łzawej aury. My tak czy inaczej będziemy dalej cieszyć się wspólnym towarzystwem! 

sobota, 24 listopada 2018

Na szybko


Ostatnia listopadowa sobota 2018 roku obudziła się w przyjemnej aurze. O świcie, kiedy jeszcze Biforco spowijała czarna noc, termometr przed barem pokazywał 10 stopni. Tomek wychodząc do szkoły tak czy inaczej naciągnął czapkę na uszy, jakby za oknem czekała Syberia. Tuż za progiem oniemiał - jak ciepło! 

To ma być piękny dzień. Choć ja osobiście wolałabym, by dzisiejszy urok sobota oddała niedzieli, bo obawiam się, że nic nie wyjdzie z naszej jutrzejszej Pigary. Jeśli się spełni to co ma być, pewnie z naszymi Gośćmi nie ruszymy się nawet od stołu...

Marradi tymczasem zestroiło się już świątecznie. Wyjątkowo wcześnie w tym roku, a to pewnie dlatego, że już za tydzień, tak jak Wam pokazywałam kilka dni temu, będziemy się bawić na placu w bożonarodzeniowym klimacie. Nie będą to zwykłe mercatini. Zaplanowano dużo więcej nietypowych atrakcji jak robienie słodkiej polenty czy tortelli

***

Chciałam dziś opowiedzieć o mikołajkowej szkole, zdać relacje z rozmów z nauczycielami, ze słów zaskakujących jakie usłyszałam w ostatnich dniach, ale zdaje się, że się przeliczyłam. Szczerze mówiąc cały ranek oglądałam z Mikołajem "Zieloną Milę" i na moje rytualne, samotne pisanie zwyczajnie zabrakło już czasu. Muszę te wywody odłożyć na następny raz i pędzić do kuchni. Gotowaniem dla niektórych Gości jestem przejęta szczególnie. Już jutro, a może jeszcze dziś na instagramach czy innych fejsbukach pokażę Wam kto zawitał w nasze skromne progi. 

*** 
Sobotni świt. Tomek przy ciasteczku i herbacie:

- Pusia, a wiesz co trzeba zrobić jeśli jakiś nieznajomy natarczywie patrzy się na ciebie w pociągu i chcesz, żeby przestał?
- Nie mam pojęcia. 
- Trzeba popatrzeć na jego buty, wtedy przestanie.
- Żartujesz?
- Nie, naprawdę. To taka sztuczka psychologiczna.
- Muszę spróbować. 

***
Ważna informacja: 
Dokładnie za miesiąc jest wigilia...

SZTUCZKA to po włosku TRUCCO (wym. trukko)




piątek, 23 listopada 2018

Piękny świat


Od kilku dni śledzę z przejęciem prognozy pogodowe na weekend, bo tak jak zależało mi ładnej aurze w zeszłym tygodniu, tak też zależy mi szczególnie, żeby pogoda pokazała się od jak najlepszej strony w sobotę, a zwłaszcza w niedzielę, bo oto do Domu z Kamienia zawitają kolejni, stali Goście. Niby z końcem listopada trudno robić sobie złudzenia i marzyć o lazurach czy ciepłych zefirkach, ale jednak szerokość geograficzna daje nam pewne przywileje... I tak dziś jeszcze ma być wstrętnie i deszczowo, ale weekend ma nas ponoć rozpieszczać miłą temperaturą i słońcem. To dobrze! To bardzo dobrze, bo muszę R. koniecznie pokazać Pigarę!


Kiedy wczoraj opublikowałam na fejsbuku zdjęcie z instagrama z wplecionym we włosy rumiankiem, M. zapytała: "Czy one jeszcze rosną o tej porze, czy to dla ciebie zrobiły wyjątek?" Uśmiechnęłam się do tego komentarza i pomyślałam sobie, że tak właśnie będę myśleć, że to specjalnie dla mnie... Kto bogatemu zabroni??
I motyle też na mnie czekały, by w te ostatnie listopadowe dni pofruwać mi nad głową. Tak jak i specjalnie dla mnie mgły otuliły niższe wzgórza od strony Toskanii, bym znów miała powód do zachwytów. 


W robieniu zdjęć liczy się moment. Światło potrafi wyczarować niezwykłe obrazy. Czasem to tylko krótka chwila. Tak jak wczoraj, kiedy mimo złych prognoz słońce zawitało do doliny, ale zaraz po obiedzie delikatne, puchate mgły zaczęły pochłaniać góry. Obraz zmieniał się z minuty na minutę i kiedy schodziliśmy do samochodu wszystko tonęło już w szarościach. Resztki rumianków i motyle rozjaśniły mi głowę. Myśli się wypogodziły. Przypomniał mi się znów pewien wiosenny dzień, kiedy na tej samej łące rosły tysiące margerytek, a chłopcy bawili się w "pojawiam się i znikam". Teraz taka zabawa byłaby już niemożliwa. Zbyt urośli, by schować się w morzu kwiatów. 


- Muszę tu kiedyś zrobić jakąś sesję. 
- Jaką sesję. 
- Sesję foto! Tu jest przecież niezwykle o każdej porze roku. Już widzę przechadzających się nowożeńców albo beztrosko biegające dzieci... Pięknie było wiosną z margerytkami, ale równie pięknie na koniec października i teraz oczywiście, a to przecież już koniec listopada... 


Pamiętam jak kilka lat temu, a wtedy był to luty, mój Brat na jednym z takich spacerów zapytał: "Kiedy jest tu najbrzydszy moment?" "No właśnie teraz" - odpowiedziałam i aż sama się do tych słów uśmiechnęłam, bo w przypadku takiej scenerii trudno rozpatrywać kwestie brzydoty. Czy to listopad, czy luty, czy maj, czy sierpień - można ewentualnie dyskutować na temat "mniej czy bardziej pięknie". Zawsze pięknie. 
Powietrze pachnie mokrą trawą, opadłymi liśćmi, mchem, pachnie Toskanią, pachnie pięknie, pachnie domem...  

Obiecuję już jutro nie przynudzać o górach i kolorach. Jutro dla równowagi będzie odrobina miasta. Pokażę Wam jak Marradi szykuje się do świąt, a szykuje się teraz pełną parą!

SZYKOWAĆ SIĘ to po włosku PREPARARSI (wym. prepararsi)

czwartek, 22 listopada 2018

Czas ołowianych gór i słodkich mandarynek


Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś na jednym obrazku wcisnął trzy pory roku. Łąki zieleniły się jak w kwietniu, pola zaorane, gdzie jeszcze nic nie przebiło zlewały się z rdzą dębowych liści, a horyzont wyznaczała ołowiana linia gór pobielonych pierwszym listopadowym śniegiem. 
Mówili, że na Monte Lavane spadło go pół metra, ale kiedy patrzyłam z Monte Romano na nasz najwyższy szczyt, wcale aż tak źle to nie wyglądało. Przynajmniej z tej perspektywy wzgórza wydawały się ledwo oprószone...   


"Il vento di sotto", jak go tu nazywają, wciskał się każdą szparą, chłostał chłodem, szczypał i targał. "Il vento di sotto" na grani dzielącej Toskanię i Romagnę wcale nie był przyjazny. Ludzie mówią, że jest maledetto, bo to właśnie on przynosi przenikliwe zimno. 
Tak czy inaczej nie zważając na chłód ciągnący od równiny, opatulona w szalik Pawia stałam i stałam i napatrzeć się nie mogłam. Zawsze powtarzam, że nawet w szarościach, w mgłach, pod niebiem listopadowym Apeniny mają w sobie to coś... Coś co porusza w środku najdelikatniejsze struny. Bezkres. Przestrzeń. Wysokość. Dzikość. 


Dyskutowaliśmy o tym co pierwsze kwitnie - prymulki czy kwiaty san Giuseppe? Wspominaliśmy rok margerytek, szafirków i fiołków, a ja liczyłam w myślach, ile czasu będzie musiało upłynąć do moich pierwszych "kwiatkowo - wiosennych" zachwytów. Dwa lata temu to był koniec lutego. Ten rok podarował takie kadry już w styczniu, nawet jeśli potem Burian zabalował do marca. Kto wie jaka nas czeka zima. Czy zobaczymy jeszcze śnieg? Czy tylko góry będą białe czy też tak jak rok temu Biforco będą odśnieżać koparkami? 
- Już prawie koniec listopada... Nim się obejrzymy zaraz znów będziemy się bawić u Ellen, a ja mam wrażenie, że dopiero co zrzuciłam z siebie różową, tiulową spódnicę, że dopiero co zgasły fajerwerki... 
- Il tempo vola... 
Za miesiąc dnia znów zacznie przybywać. To tak ładnie brzmi. To brzmi prawie jak wiosna!


Do Biforco wrócił Domenico z rarytasami z południa. Jego mała ciężarówka wyładowana pomarańczami, mandarynkami i oliwą zatrzymała się tak jak kiedyś przed Kamiennym Domem. Zaraz pobiegłam się przywitać, bo przecież dobre kilka miesięcy się nie widzieliśmy, a potem przyniosłam do domu całą skrzynkę mandarynek ... Zimowa słodycz. Zapach świąt. Świeżutkie, aromatyczne, soczyste. 

CZAS LECI - to po włosku IL TEMPO VOLA (wym. il tempo wola)

środa, 21 listopada 2018

Listopadowe niespodzianki, listopadowa codzienność


Nie wiem co mnie bardziej zaskoczyło - czy poranny wtorkowy śnieg, czy też to co zastałam na placu. Chyba jednak skłaniam się ku temu drugiemu. Otóż kiedy dotarłam przed południem do miasteczka, opatulona jak reymontowska baba, co po chrust idzie w styczniu do lasu, że nawet Mario ledwo mnie na drodze poznał, moim oczom ukazała się bożonarodzeniowa choinka. Jeszcze goła, zupełnie saute', ale choinka jak malowana! Pojawiła się zanim jeszcze rozwieszono świąteczne iluminacje. Tak oto Marradi szykuje się na 2 grudnia, kiedy to na placu znów zapachnie pieczonymi kasztanami. Jeśli więc ktoś w tym burym "NIEsezonie" plącze się po bezdrożach Toskanii, zapraszamy do nas! Będzie smacznie i wesoło! 


Poranny śnieg stopił się na szczęście szybciej niż się pojawił. Pobielone zostały wyższe partie gór, ale pewnie i tam szybko ślad po nim zaginie, bo od dziś znów temperatura ma skoczyć nieco w górę. Całe szczęście, bo mimo mojej wielkiej miłości do Reymonta, nie uśmiecha mi się być okutaną babą każdego dnia.

***
Po południu Mikołaj zabrał się za przygotowanie prezentacji na lekcję historii. Temat: Zygmunt Stary. O przydzielenie mu tego zagadnienia Mikołaj - czując się w obowiązku z racji swojego pochodzenia - sam poprosił nauczyciela. I tak przy okazji ja też nauczyłam się, że Zygmunt to po włosku Sigismundo, Jagiellończyk to Jagellone, a Kazimierz to Casimiro
Po historii Mikołaj zabrał się za scienze. Z Tomkiem przy kolacji dyskutowali o czymś zacięcie, a ja mogłam tylko wybałuszać oczy, marszczyć czoło i starać się robić inteligentną minę. Mario też słuchał zadziwiony, ale w przeciwieństwie do mnie nawet nie starał się ukryć, że kompletnie nie rozumie o czym mowa. 

Dziewięć dni do końca listopada, miesiąc i 3 dni do wigilii, równo czterdzieści dni do końca roku, a przecież dopiero co zaczynało się lato i pachniało lipami... 

UKRYĆ to po włosku NASCONDERE (wym. naskondere)

wtorek, 20 listopada 2018

Przyjaźń, miłość i śnieg


Tomek został w Faenzie do popołudnia. Od teraz w poniedziałki po lekcjach będzie chodził na warsztaty teatralne. Uradowany wrócił z pierwszego spotkania i to nawet nie tyle samym teatrem, co nowymi znajomościami. Spełniło się z nawiązką to, o czym marzył - znaleźć grono znajomych.
- Wiesz Pusia o czym rozmawialiśmy z Alessandro i Zakkaria w czasie recreazione?
- Nie mam pojęcia.
- O fizyce kwantowej!
- O matko... - wybałuszyłam oczy. - No cóż, tylko się cieszyć, że znalazłeś ludzi, którzy mają podobne pasje. 
- I wiesz co, jak tak sobie rozmawialiśmy podchodzi Ana i pyta: "o czym rozmawiacie?", a my na to: "o fizyce kwantowej", "o czym???? wkręcacie mnie prawda??", my: "nie, nie, naprawdę!", ona: "zwariowaliście!". 
Cieszy się Tomek, a ja razem z nim jeszcze bardziej. Widzę, że życie towarzyskie zaczyna kwitnąć. Jego niektórych znajomych znam tylko ze zdjęć instagramowych, ale z opowieści Tomka wygląda na to, że to fajne dzieciaki.
- Słuchaj, a jak byliście ostatnio na obiedzie to nikt nie klikał przy stole na telefonie. 
- Było tak fajnie, że nikt nawet telefonu nie wyciągał.
- Mądre dzieciaki!

***
W poniedziałek po południu odbieram Mikołaja ze szkoły i wracamy do domu na piechotę. Idziemy wzdłuż Lamone, która tonie w szarościach. Jedynie tu i tam resztki karminu odbijają się kontrastem od tafli wody przygaszonej mgłą i chmurami. Jest zimno. Nawet jeśli w Marradi termometr pokazuje 7 stopni, trudno w nie uwierzyć. Jest naprawdę zimno. 
Mikołaj wsuwa mi rękę pod ramię. 
- Tęskniłem za tobą, wiesz. 
- Amore! Naprawdę? 
- Tak bardzo za tobą tęskniłem na ostatniej lekcji. Tak mi się chciało do mojej mamusi. - Przytula się jeszcze mocniej.
- Kochany! 
Taki jest jeszcze mój, jeszcze przez chwilę.

***
Wtorkowy poranek przygotował dla nas niespodziankę.
- Widzieliście co jest za oknem.
- Nie mów, że śnieg!
- Sam zobacz. 
- Oj...
- Słabo, prawda?
- Raczej ...
- Może dziś czapkę załóż...

Bardzo słabo, ale jakoś damy radę! Teraz tego śniegu śladowa ilość, przynajmniej tu w Biforco, ale domyślam się, że kiedy wreszcie nastanie jasny dzień zobaczymy pobielone szczyty gór. 

PRZERWA W SZKOLE to po włosku RECREAZIONE (wym. rekreacjone)


poniedziałek, 19 listopada 2018

Raport z kanapy


I tak wałkoniliśmy się przez pół weekendu. Tomek poszedł na całość i przez całą niedzielę nie wyskoczył nawet z piżamy. Padło nawet kilka nieśmiałych propozycji, żeby gdzieś się przejechać, ale miałam wrażenie, że wszyscy w duchu zaklinali opcję pozostania w domu. Przez chwilę pomyślałam o truflowej sagrze w Brisighelli, potem S. przypomniała o święcie kiwi w Modiglianie, ale ostatecznie tak jak na załączonym obrazku wałkoniliśmy się pomiędzy kanapą a kuchnią. "Zbijanie bąków" uprzyjemnialiśmy sobie już od rana ulubionymi smakami: na początek racuszki z jabłkiem, potem bajeczne ciasteczka z "babciową" konfiturą, a na koniec pieczona kaczka z jabłkami. Nie, nie nasza - uprzedzam od razu pytanie, podarowana przez przyjaciela, prawdziwa, wiejska, nie żadne przemysłowe hodowle. Rozpusta w zwykły dzień. 
Filmowo też się porozpieszczaliśmy. Najpierw skończyliśmy The Crown i już się nie możemy doczekać następnego sezonu, a potem zmieniliśmy epokę i na scenę weszli Medyceusze z Lorenzo il Magnifico na czele.
Ponadto góra prasowania nie zmalała ani o milimetr, a kurz leżał sobie bezpiecznie i nikt mu krzywdy nie zrobił.


Przeglądałam zdjęcia z minionego tygodnia i uśmiechałam się na wspomnienie uwiecznionych momentów. Zrozumiałam też dlaczego poczułam się nagle tak strasznie zmęczona. Po porostu zeszło ze mnie w końcu napięcie towarzyszące mi od kilku dni. Napięcie związane z tym czy wszystko się uda. Czy pogoda Państwo Młodym będzie sprzyjać, czy światło będzie dobre, czy dobrze wybrałam miejsca i w końcu czy zdjęcia będą się podobać, czy P. i S. uda się załatwić to po co przylecieli, czy nic nieprzewidzianego się nie wydarzy. Niestety tak mam - z natury przejmuję się wszystkim, nawet tym czy wszystko będzie smakować, czy komuś nie będzie za zimno, za ciepło...


I myślę, że chyba wszystko udało się bardziej niż dobrze. A poza tym...
Było gotowanie i demonstracja umiejętności nabytych przez Kuchnię w Kamiennym Domu. Jak stwierdził P - blog ma też wartości kulinarno - edukacyjne.
Myśliwi pewnie długo będą pamiętać kolację z nowożeńcami i dam sobie głowę uciąć, że takich gości przy swoim stole jeszcze nie mieli, a nowożeńcy pewnie też takich atrakcji w swoim pobycie nie przewidywali. 


Nowy tydzień na start. Nowy tydzień, który też zakończy się towarzysko. Nowy pracujący tydzień bez konkretnych planów. Do Marradi przywiało zimne powietrze, 18 stopni na termometrze jest już tylko wspomnieniem. Wyciągnęliśmy zimowe kurtki, ale zielone liście mojego glicine wciąż rozpaczliwie trzymają się pnącza...  

DOBREGO TYGODNIA.

NAPIĘCIE to po włosku TENSIONE (wym. tensione)

niedziela, 18 listopada 2018

Pierwsza i ostatnia


Miałam wtedy chyba jakieś pięć lat. z tego co pamiętam to był marzec i na szlaku zalegało jeszcze całkiem sporo śniegu. Wydawało mi się, że moje pięcioletnie nóżki zapadają się w nim aż po kolana, przez co wędrówka im wyżej, tym większym robiła się wyzwaniem. Nie pisnęłam jednak nawet słówkiem, że jest mi cieżko, czy że - o zgrozo - nie wiem czy dam radę. Prędzej bym padła niż pokazała właśnie Jemu, że jestem słabeuszem. 

Nie pamiętam czy dotarliśmy na sam szczyt, chyba jednak nie, bo nie mam żadnych wspomnień związanych ze schroniskiem i ciepłą herbatą. Być może sam ocenił, że jak na pierwszy raz to dla mnie za dużo, tym bardziej, że całą trasę pokonałam na własnych nogach.  Może też pomyślał, że Mama, która z młodszym została w pensjonacie martwiłaby się o nas. Był początek lat osiemdziesiątych, więc o komórkach rzecz jasna jeszcze nikt nie słyszał.  

Wyprawa na Szrenicę była naszą pierwszą, wspólną, górską wyprawą. Tylko ja i On i góry oczywiście. Miłość do nich wybuchła we mnie i po dziś dzień nie zgasła. Od tamtego pobytu w Szklarskiej Porębie musiałam jednak czekać cztery lata na kolejną wędrówkę, bo Mama źle znosiła góry i dopiero w połowie lat osiemdziesiątych zaczęłam z grupą innych dziewczynek maszerować dzielnie po Karkonoszach. Nim skończyłam 14 lat przeszłam chyba każdym ich szlakiem, poznałam każdy ich zakątek, a wędrowanie po górach stało się niemal nałogiem. 

Nie zdążyłam dobrze poznać innych części polskich gór, nawet tak ulubione kiedyś Tatry przeszłam raptem w połowie albo i to nie. 

Teraz wędruję po Apeninach. Wędruję tak często, jak to możliwe. Appennino Tosco - Romagnolo znam bardzo dobrze, ale wiele jeszcze zostało do odkrycia. Za każdym razem, kiedy wyruszam w góry, myślę o Nim. To jest jak mój cichy, niemy hołd. Za każdym razem wspominam tamtą wyprawę na Szrenicę, od której wszystko się zaczęło. Ja i Tata, który trzyma mnie za rękę i prowadzi na szczyt. Tamten moment noszę w sercu przez całe życie jak najdroższy skarb. 
Wyprawa na Szrenicę była naszą pierwszą i niestety ostatnią ...   

Dziś od najokropniejszego dnia w moim życiu mija już 31 lat.


Drukuj