Przy salwach śmiechu, wygadywanych głupotach, przy wspomnieniach i planach na "zaniedługo", przy stole, w barze, na szlaku, przy gotowaniu, fotografowaniu... - tak mija rodzinny czas. Mieszanka humoru rodem z cyrku Monty Pythona, doprawiona Bareją, skropiona absurdem i sarkazmem. Tak jak lubimy.
Do prawdziwych urodzin Mikołaja jeszcze dokładnie dwa tygodnie, ale świętujemy teraz, bo - tak jak pisałam - świętem najmilszym jest wspólny czas. Chciałoby się więcej i dłużej, chciałoby się zrobić coś ponad to, ale nie da się przecież zmieścić wszystkiego w garstce dni...
Korzystamy "do bólu" z obecności brata/wujka fotografa. Niektórzy - bez pokazywania palcami - szczególnie lubią paradować, wdzięczyć się i pozować przed obiektywem. Przynajmniej zdjęć z tego skromnego czasu będzie cały worek. Wypełnią się strony kalendarza babciowego na kolejny rok.
Poza tym spowija mnie chaos, bo w tym wszystkim trzeba też pracować, ogarniać bieżące sprawy, a z tym idzie mi raz lepiej, raz gorzej. Wczorajszy wpis jest tego potwierdzeniem...
Na szczęście o urodzinach dziecka - przynajmniej w obecnej sytuacji - zapomnieć nie sposób.
Przed nami intensywny wieczór i jeszcze bardziej intensywny weekend. Do świętowania mikołajkowej dorosłości przyłączą się najbliżsi marradyjscy przyjaciele. Mario użyczy lokum i wspomoże z cateringiem. Jak zwykle spinam się "leciutko", czy wszystko pójdzie tak jak zaplanowane, ale przy takim zastępie pomocników chyba inaczej być nie może!
Dobrego weekendu!


























































