sobota, 28 kwietnia 2018

Czarny sweter - opowieść florencka w obrazkach


To był bardzo udany florencki dzień. Od rana do samego wieczora. Nawet pogoda zapomniała, że to wiosna i przestawiła się na sierpniowy tryb. Dobry dzień. Piękny dzień. Tylko pociąg w drodze powrotnej utknął w Roncie na 20 minut, a nam tak bardzo już chciało się do Biforco, jednak pociechą było to, że w Domu z Kamienia czekała na nas wspaniała kolacja...  
Oto jak nam było. Krótka opowieść w obrazkach.


Ranek w Biforco był rześki, jednak wszystkie trzy zestrojone byłyśmy w letnie fatałaszki, bo we Florencji zapowiadano iście letnią aurę. Wsiadłyśmy do pociągu bez biletów, bo na naszej stacji wisi jedynie kasownik i dopiero na następnej stacji w Crespino przeskoczyłyśmy w pośpiechu do drugiego wagonu, by u konduktora dokonać formalności. Ten popatrzył na nas z nieukrywanym zdziwieniem. 
- Bilety chciałyśmy kupić. 
- Co chciałyście? 
Przez chwilę nawet zwątpiłam w mój włoski i jeszcze raz powtórzyłam to co wcześniej. 
Starszy konduktor pokiwał głową wciąż z niedowierzaniem. 
- Przebiegłyście do drugiego wagonu? Ryzykowałyście, że pociąg wam odjedzie, żeby kupić bilet??? - dziwił się coraz bardziej. 
- Tak właśnie.
- Nieprawdopodobne... - zadumał się, pomyślał chwilę i zaraz dodał - sprzedam wam bilety od następnej stacji. 
Odszedł powtarzając cicho już bardziej do siebie - che esempio... che esempio ... a my tym sposobem mogłyśmy cieszyć się zniżką - w sam raz na florenckie lody!
    

Pierwsze kroki skierowałyśmy nie do Duomo, ani nie na Ponte Vecchio. Obowiązkowym punktem wycieczki były też... stragany. Dopiero po wypełnieniu kobiecej powinności, po poszukiwaniach, negocjacjach, targach, macaniu skóry i "nie-skóry", ruszyłyśmy w stronę serca Florencji... A tam ... 
A tam tak jak zawsze... Wszystkim odbiera głos. Nawet ja na krótką chwilę zamieram. Muszę wziąć głęboki oddech. Wdech - wydech... A przecież znam już to wszystko na pamięć. 


Widziałam Florencję zatłoczoną, bardzo zatłoczoną i bardzo, bardzo zatłoczoną, ale ostatnia sobota kwietnia nie mieści się w tej mojej prywatnej skali "tłoczności". Miałam wrażenie, że wszystkie wycieczki świata właśnie tego dnia postanowiły odwiedzić Florencję. 
Starałam się poprowadzić tak nasz spacer, by uniknąć największego tłumu, ale to przecież Florencja ... 
Uwielbiam fotografować ludzi. Ich zadziwione twarze, kolorowych Azjatów i wszystkie inne nacje świata. 


Zatrzymuję wzrok na przechodniach, na fasadach, na detalach. Przyklejam nos do szyby, a tam coś zupełnie nieoczekiwanego. Tyle razy tędy przechodziłam, a nigdy nie zwróciłam na to uwagi i dalej by tak było, gdyby nie to, że chciałam sfotografować pewną płaskorzeźbę na murze...
Bottega Duomo ... A w niej papieże, święci i aniołowie, bloki marmurowe...


Z mijanych ristoranti i trattorii dolatują coraz silniejsze zapachy. Odzywa się głód. Kierujemy się do Vinattieri. Szczęśliwie ani kolejki, ani zajętych taborecików. Wszystko dla nas. K. próbuje trippa alla fiorentina, ja i O zajadamy się schiacciatą z porchettą, rukolą i stracchino. Do tego oczywiście chianti! I taki właśnie moment mógłby trwać i trwać ... 


Obok Vinattieri znajduje się Chiesa di Santa Margherita di Cerchi, zwana kościołem Dantego. Po raz pierwszy na tyle moich bytności tu drzwi są otwarte, więc natychmiast korzystamy z okazji i zaglądamy do środka. 


Przed domem Dantego jak zwykle tłum. Zdjęcia i selfie i kolejka, żeby moment uwiecznić. Dante patrzy zadumany. Patrzy na tych wszystkich ludzi i na siebie samego - na mężczyznę w czerwonej szacie, który gdzieś na uboczu zmywa z twarzy biel. 


Kiedy jestem we Florencji fotografuję wszystko. Wszystko bez wyjątków. Od sztuki, po głupoty wypisywane na murze...


Na schodach Santa Croce ludzie jak kury w kurniku obsiedli każde wolne miejsce. Ciasno jeden obok drugiego w poszukiwaniu odrobiny cienia. K. i O. wchodzą do kościoła, a ja zostaję na placu. Robię to co lubię najbardziej. Cicha obserwatorka. 
Hiszpanie, Czesi, Włosi, przewijają się jak na scenie kolejne wycieczki. Ktoś prawi o syndromie Stendhala. Młodzi, starzy, dzieci i nastolatki. Niekończąca się parada. Pojawiają się przewodnicy, nawołują, zbierają grupę. Jedni odchodzą, drudzy przychodzą, aż w końcu na chwilę schody pustoszeją... 
Zaraz zjawiają się gołębie i korzystają do woli z pozostawionych resztek, okruchów toskańskiego chleba i słonej schiacciaty. Cień się przesuwa. Jedyną pamiątką po niedawnym tłumie jest porzucony czarny sweter. Nawet on w tym momencie wydaje mi się taki poetycki.
We Florencji można stracić głowę.  
CDN...
  

CO ZA PRZYKŁAD! - CHE ESEMPIO! (wym. ke esempio)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj