piątek, 30 marca 2018

Krótko, o wałkoniach


Wałkoniliśmy się cały dzień. No... prawie cały. Najpierw były obiecane naleśniki i film. Film jak film, tym razem bez fajerwerków, choć o Oskary zdaje się walczył, więc pewnie przez krytykę doceniony, przez nas nieskrytykowany, ale z docenieniem to bym się za bardzo nie rozpędzała. Potem zarządziłam wspólne wyjście po zakupy. Co 3 pary rąk to nie jedna. Pogoda była przyjemna, a Tomek swoimi teoriami, które obiecałam zachować w tajemnicy, ubarwiał nam spacer. 
Wałkoniem nie można mnie było nazwać w kuchni, bo choć nić nowego nie wymyśliłam, to smakowitości na stole nie brakowało. Po raz pierwszy zaserwowałam w tym roku szparagi, na deser kokosowe ciasteczka, a na kolację zupę warzywną z orkiszem.
Próbowaliśmy zaaranżować krótką wyprawę w góry, ale skończyła się na piątym zakręcie, bo znów wybraliśmy trasę, gdzie wiatr narozrabiał jak pijany zając. Pożytek z tego wszystkiego był taki, że w bagażniku przywieźliśmy kilka szczap drewna. Wieczorami czuć jeszcze wychłodzony dom, więc towarzystwo ognia bardzo dobrze robi i na ciało i na duszę.
Sprzątania nie tknęłam nawet palcem. Całe szczęście uwinęłam się z wiosennymi porządkami przed przyjazdem Gości. Ale teraz nic. Nic nie sprzątam, nie szykuję, dokupiliśmy jeszcze jedną colombę ... W tym wałkonieniu mamy zamiar dalej trwać i dobrze mi z tym jak nie wiem co!
Dziś czeka nas dzień ... Co gdzie i jak to opowiem już innym razem. Dziś tak krótko, bo czas ruszać w drogę. Dobrego dnia!  

NIC NIE ROBIĆ to po włosku NON FARE NIENTE! 

1 komentarz:

  1. Podoba mi się Wasze zakochanie we Włoszech. Jeśli pozwolisz, będę wpadać na Twój blog :)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj