blog

Gdzie rzuci nas los, nieprzypadkowe spotkanie i jedno GRAZIE

piątek, lipca 12, 2019


- A gdzie wy byście chcieli zamieszkać na stałe w przyszłości? - zapytałam chłopców, kiedy wracaliśmy z wieczornych lodów. - Tak na stałe, po wszystkich uniwersyteckich i młodzieńczych wojażach. 
- Hm... Jeszcze nie wiem. Myślałem o pustyni w Australii - zaczął Tomek. - To znaczy jakaś taka mała osada z dala od cywilizacji albo może w Arizonie, też oczywiście poza wielkim światem... O! Jeszcze Dakota powinna mi się podobać.
- Czyli inny kontynent? 
- No tak... Italia nie, bo spędzę w niej pół dzieciństwa i całe "nastolęctwo", więc trzeba coś zmienić. We Francji nie, bo jednak nie mógłbym ciągle mówić po francusku. W Anglii też nie, bo przecież studia i doktorat to w sumie z 10 lat i to wystarczy. Jeszcze Boston mógłby być, bo tam chciałbym w przyszłości wykładać. 
- A po co ci doktorat? - wtrącił Mikołaj. - Chcesz, żeby ludzie się do ciebie zwracali doktor Nowacki? 
- A ty Mikołajku? Gdzie byś osiadł? 
- Na pewno w Europie. Francja nie, bo też nie mógłbym ciągle gadać po francusku, choć z drugiej strony bajerancko byłoby mieć dookoła cały ten gotyk. Może Niemcy? Albo Norwegia! Wróciłbym do korzeni, do wikingów! 
- Drogie jest życie w Norwegii. 
- Ale wszyscy mówią, że żyje się dobrze - skwitował główny zainteresowany. 
- Żeby żyło ci się dobrze, wiesz ile musisz mieć pieniędzy? - w Tomku obudził się zdrowy rozsądek. 
- A ty czemu chcesz wyjechać z Europy? Mamusiu powiedz mu, żeby został w Europie.
- Nie mogę mu tego powiedzieć... Każdy ma swoje życie i swoje marzenia do spełnienia. Babcia też na pewno nie była szczęśliwa, że wyprowadzam się do Włoch, ale nigdy mi nic nie powiedziała. 
- Była na ciebie zła? 
- Nie powiedziałam, że była zła, ale na pewno wolałaby mieć nas bliżej. 
- Wiem, wiem - szczęście dziecka jest najważniejsze, ale powiedz, żeby Tomek został w Europie!


- Perełko zrobisz nam zdjęcie? - proszę Mikołaja.
- Nieeee, znowu muszę być jak turysta. 
- Nie jak turysta! Tak tylko dla nas, na pamiątkę.
Robi nam w końcu to zdjęcie: 


W południe przy drzwiach rozległo się ciche pukanie. Wyjrzałam natychmiast zaciekawiona, któż to taki. Na tarasie stała uśmiechnięta kobieta, która zaraz nieśmiało zapytała czy ja to ja.
Pani Aniu to było niezwykłe spotkanie, krótkie, ale bardzo wzruszające. Bardzo dziękuję za te kilka minut i za ciepły, serdeczny uścisk. 
Już dawno nie zdarzyło się, żeby jakiś Czytelnik zapukał do moich drzwi. Tym bardziej więc jestem poruszona, kiedy coś takiego ma miejsce. Takie chwile uświadamiają mi, że to całe pisanie, to nasze życie opowiadane codziennie w słowach i w obrazkach towarzyszy tylu osobom przy porannej kawie, w czasie przerwy w pracy, przy popołudniowym relaksie, czy też jest wieczorną lekturą zanim zmorzy sen. Bardzo dziękuję za każdy komentarz, za spotkania w realu, za nadłożone kilometry tylko po to, żeby się ze mną przywitać. 

A jeśli jesteśmy przy podziękowaniach, to dziś jeszcze jedno grazie. Wielkie GRAZIE mówię mojemu bratu, który zadbał o to, by po latach i moja Mama mogła codziennie do śniadania cieszyć się lekturą Domu z Kamienia. Cześć Mamuś i smacznego! Smacznego wszystkim, którzy przy śniadaniu, a pozostałym DOBREGO DNIA! 

ODJECHAĆ - to po włosku ANDARE VIA (wym. andare wia)

dzieci

Ciocia z Ameryki i coś na zapas.

sobota, marca 30, 2019


- Przywieziesz mi coś z Polski??? - pyta Mikołaj przy obiedzie.
- No pewnie, a co byś chciał? 
- Kiełbasę!! Dużo kiełbasy! - rozkłada ręce najszerzej jak umie - oooo tyle!!!!!
- Aż tyle to może przesada, ale przywiozę.
- Potem chciałbym kabanosy, tymbark miętowy i gumy orbit, te różowe albo... ooo wiem albo te jabłkowe! 
- Nie przesadzasz? 
- Jakby ci się nie zmieściło to wszystko do walizki, to coś sprzedaj. 
- Jasne! Sprzedam majtki, żeby przywieźć ci trochę kiełbasy!
Ubaw mieliśmy przedni, bo Mikołaj dalej fantazjował, co by tu jeszcze mógł chcieć z Polski, a ja zaczęłam czuć się jak przysłowiowa "ciocia z Ameryki".
Potem odbyliśmy jeszcze kilka przedziwnych rozmów, ale tych już nie przytoczę, bo może ktoś gotów pomyśleć, że my naprawdę nie jesteśmy całkiem normalni, poza tym czasem trudno zrozumieć lekko pokręcone poczucie humoru Mikołaja. 


Po południu usiedliśmy razem przed domem... 
Szczęśliwie wiosna znów zapanowała w dolinie Lamone i spokojnie do zachodu słońca można było wygrzewać się na tarasie. Chcieliśmy się "wyprzytulać" na zapas, nacieszyć sobą, nagadać, nasycić. Tomek opowiadał o korespondencji z N., którego będzie gościem, o planie podróży, analizowaliśmy razem listę potrzebnych rzeczy i znów się przytulaliśmy i dalej gadu gadu... Potem przyjechała Ellen na popołudniowe aperitivo. Przytargała ze sobą zamówioną przez nas walizkę. Drugą, ciut większą - godzinę później - przywiózł Mario. I tak w salonie stoją dwie jeszcze puste walizki. Jutro rano zostanie tylko jedna. 

Sobotni ranek przywitał się rześko, ale pogodnie. 
Tomek jeszcze dziś do południa w szkole. Ja mam w planie wzbicie się na kulinarne wyżyny i obiad według nowego przepisu. Mikołaj zapowiedział, że będzie tradycyjnie "zbijał bąki". Po obiedzie natomiast wybieramy się na pierwszy w tym roku spacer na lody. 

Pewnych rzeczy nie da się zrobić na zapas. Nie da się najeść, wyspać czy nacieszyć bliską sercu osobą. Czasem mam wrażenie, że bliskość chłopców jest mi niezbędna do życia jak tlen, ale wiadomo od pierwszego dnia, od dnia kiedy opuszczają nasz brzuch, że nie dla nas się urodzili, ale dla świata. Niech ten świat stoi więc dla nich otworem, niech ich przyjmie z otwartymi ramionami!


Przy Santa Barbara zakwitły narcyzy i nagietki. Zieleń robi się coraz śmielsza. Weekend zapowiada się pięknie! Nie tylko my szykujemy się do drogi. Swoją wiosenną walizkę pakuje też marzec, który powoli powoli słonecznie się z nami żegna. Dobrej soboty!

WALIZKA to po włosku VALIGIA (wym. walidżia)

babcia

Szarlotka, wiosna i Goście.

sobota, marca 16, 2019


Tomek na śniadanie zajadał z apetytem "babciną" szarlotkę, a pomrukiwał przy tym z zadowolenia, zupełnie jak Puchatek wyjadający z dzbanka miód. Najlepsza szarlotka świata  w piątek o 21.00 po długich kilometrach stanęła na stole w Kamiennym Domu. Mama i Ktoś szcześliwie dotarli na miejsce. 
W sobotni ranek zaraz po Tomku obudził się też Mikołaj. Nie po raz pierwszy pokazał, że dla niego spanie w wolny poranek to najzwyczajniej strata czasu. Może mieć to po mnie... Tak... Zdecydowanie po mnie. Popatrzył na stół, na apetyczne ciasto i aż zajęczał z radości: - Ojeju! Ojeju! Ojeju!!!


Z porządkami uporaliśmy się na czas. Nikomu się nie upiekło. Każdy swój przydział wykonał jak należy. W tym całym porządkowym ferworze z rozpędu nawet okna umyłam - nie wszystkie, ale prawie wszystkie - korzystając z siły rozpędu zupełnie jak ta śniegowa kula, bo w najbliższym czasie trudno mi się znów będzie zebrać. 

Z wiosennych porządków do przekopania został jeszcze ogródek. Wprawdzie Mario złapał ostatnio za łopatę i zaczął nią dziarsko wywijać, ale zaraz został zrugany za odbieranie mi "tej cudownej przyjemności", na którą czekam przecież cały rok! Mój ogródek - moje kopanie!
W "mariowym" ogródku natomiast posadzone są na ten moment cebule, ale na grządkach dogorywają jeszcze zimowe resztki: czarna i włoska kapusta.  

Nie mamy sprecyzowanych planów na kolejne dni. Coś będziemy robić, a co? - czas pokaże. Wspólnych dni tylko garstka i chciałoby się i to i tamto, że trudno się na coś konkretnego zdecydować. A może Florencja, a może tylko Marradi, a może góry, a może rzeka, kto wie!
Pogoda ma nas dziś rozpieszczać do granic możliwości, więc nawet siedzenie przed domem na tarasie będzie przyjemnością jakich mało. 

Gdzieś z tyłu głowy zakrada się też po cichutku stres związany z kwietniowym wyzwaniem. Wszyscy mówią - "dasz radę"", ale komuś to się tak zawsze łatwo mówi. Niby sama się pocieszam, że jeśli poradziłam sobie przed kamerami, to coś takiego powinno być bułką z masłem, ale... Obiecuję, że już za kilka dni o wszystkim opowiem. Proszę o jeszcze kilka dni cierpliwości. 

 DAĆ RADĘ - FARCELA (wym. farczela)

mama

Bardzo krótki raport

piątek, marca 15, 2019

foto Mikołaj

I dalej jestem w lesie!! A mama już w jednej czwartej drogi... Przyznaję, że zaczynam delikatnie wpadać w panikę. Dosłownie odrobinkę... Tak to jest jak się wciąż przekłada na potem i w ogóle jak czasu na wszystko zaczyna brakować. Na tę chwilę tylko Tomek wywiązał się ze swojego zadania, bo oczywiście już w poniedziałek, jak na dobrego kierownika przystało, prace rozdzieliłam pomiędzy nas wszystkich i tym razem nawet Mario dostał "swój przydział"! On też dziś będzie szorował! A co! Nie ma lekko!

A poza tym dobrze, że już piątek. To był intensywny tydzień i co ciekawsze kolejne nie zapowiadają się inaczej. Rodzi się dużo pomysłów i jeśli nawet tylko część z nich się zmaterializuje to i tak będzie to duży sukces. 

Wiosna już za sześć dni, a ja wciąż nie mam zdjęcia na okładkę... Wprawdzie upatrzone miejsca i pomysły na kadry mamy dwa, ale i w tym wypadku czasu brak na realizację. 

Liczba dni do wakacji zrobiła się już dwucyfrowa - Tomek mówi: mniej niż 85 w tym święta i weekendy. Znów goni mnie w góry i zdaje się, że kilku kompanów szykuje się ze mną na wspólne wyjście. Wakacyjny grafik coraz bardziej się zacieśnia i nowi turyści skuszeni moimi opowieściami planują odkrywanie marradyjskiego skrawka Toskanii. 

Drzewa wzdłuż Lamone zaczynają lekko się zielenić. Zakwitł już chyba ostatni w okolicy migdałowiec, ten przed Santa Barbara. Aubrezia (po polsku ma niewdzięczną nazwę "żagwin") fioletem otula murki i kamienne schodki, a na przeciwnym, stromym brzegu rzeki spływa imponującą,  fioletową kaskadą. 
Wschód znów obudził się błękitno malinowy, a pod dach powróciły jaskółki. 
Mikołaj dalej utrzymuje, że jego przodkami są Wikingowie.
A ja już uciekam i życzę Wam:
Dobrego dnia!

MIGDAŁOWIEC to po włosku MANDORLO (wym. mandorlo)

foto Mikołaj

goście

Ze łzami na rzęsach

niedziela, lutego 03, 2019


I wzięli i pojechali ... Tydzień rach ciach nie wiem kiedy. Łza na rzęsie znów się dynda i nie jedna, nie dwie... Wracajcie szczęśliwie!

Słońca tego prawdziwego było niewiele, możliwości żeby zrobić coś ekstra pewnie jeszcze mniej, ale mimo wszystko za nami czas wyjątkowy, bezcenny. Będę tęsknić, wspominać i czekać na następny raz i jedno jest pewne - mam wyjątkową Rodzinę, a to wielki skarb. 

Czas już na mnie, bo gardło zawiązane jeszcze na supeł i trudno to wszystko ubrać w słowa, a poza tym do Domu z Kamienia zbliżają się kolejni Goście... 
Zostawiam Was z impresjami z sobotniego wieczoru z kolacji w naszym lokalnym, wspaniałym Casolare. Dobrej niedzieli.


mama

Niepokorne skarpetki i tysiąc innych powodów do śmiechu

wtorek, stycznia 29, 2019


Myślę, że wczoraj przeszliśmy samych siebie. Okazuje się, że można śmiać się naprawdę za wszystkiego. Na przykład można przez dziesięć minut śmiać się do rozpuku z niepokornych skarpetek, z Piotrusia Pana, z cholesterolu, z rukoli, z każdego z nas po kolei. Można przez cały wieczór zanosić się od śmiechu i trzymać za przeponę z obawy, żeby jej nie rozsadziło od nadmiaru powietrza. Jeśli śmiech ma lecznicze działanie, to my tu wczoraj mieliśmy prawdziwe sanatorium z taką kuracją, że świat nie widział. Ja myślę, że to czasami aż nieprzyzwoite… Co ten Mario sobie o nas myślał, to ja nie wiem. Niby starałam się tłumaczyć, co aktualnie nas bawi, a Mario dzielnie próbował za nami nadążyć, ale kiedy się zapętlimy w tym naszym rechoczącym się bez umiaru amoku, to już niewielu jest w stanie się połapać. 

I tak przez pół dnia i przez cały wieczór… Jeden wielki śmiech. 

Tymczasem młodsze pokolenie, nieodrodne dzieci swoich rodziców, przygotowały dla nas taką niespodziankę, żarcik naprawdę wysokich lotów, że i one miały ubaw nieprzeciętny. Wyobraźcie sobie piżamę najmłodszego wypchaną jakimś miśkiem, ułożoną grzecznie w łóżeczku i Ankę, która nad „dzieciątkiem" się pochyla zmartwiona czemuż to tak wcześnie spać, a w tym czasie coś ją spod łóżka za nogę chwyta. Przestrach Anki wprost proporcjonalny do radości dzieciaków. 

Dziś być może będziemy trochę bardziej powściągliwi, bo dziś czeka nas wyprawa do miasta i do muzeum, żeby nie było, że tylko samym śmiechem żyje człowiek. Niewykluczone jednak, że znów, nawet tam znajdziemy coś, co ubawi nas do łez, choćby to miał być sam Brunelleschi, Etruskowie, Medyceusze czy bezkręgowce w gablocie… 
Dobrego dnia! 
ŚMIECHY to po włosku RISATE (wym. rizate)

Jak dzieci
Ciepło...

Biforco

Co i kogo przywiał wiatr

poniedziałek, stycznia 28, 2019


Wiatr hulał na całego, kiedy Mama ze Świtą dotarła do Biforco. Wraz z wiatrem przygnało też ciut cieplejsze powietrze, a w nocy nawet deszcz, który zmył chyba ostatnie resztki śniegu i sprawił, że Lamone zakotłowało się brunatnie. Tydzień pogodowo ma być jako taki, w kratkę, generalnie wszystkiego po trochu, ale też bez nawałnic i zawieruch. Jeśli pogoda nas nie rozpieści, to sami się sobą nawzajem będziemy rozpieszczać. 

Ranek obudził się ni zimny, ni ciepły. Mróz nie złapał i mokry asfalt lśni w blasku latarni. Przyklejam nos do szyby. Biforco spowija jeszcze noc i lekka mgła. Do baru podjeżdża dostawa chleba. Lamone szumi głośniej niż zwykle. Deszcz znów przybiera na sile. Ot... zwykły zimowy poranek. 

***
- Pusia ja muszę spać.
- Musisz wstać.
- Pusia powiedz, że dziś niedziela. 
- Tak, wielkanocna! 

*** 
- Wiesz, że odnaleziono portret Dantego i nie wygląda na nim tak, jak jest zazwyczaj przedstawiany? 
- Skąd wiesz? 
- Prof C. mi powiedziała.
- Chciałabym wiedzieć coś więcej. 
- Widziała jakiś program dokumentalny - Mikołaj pamiętał piąte przez dziesiąte, ale obiecał doinformować się co i jak. - Już wiadomo, że na wycieczkę jedziemy do Wenecji. - dodał po chwili.
- Ooo!! To chyba super! Cieszysz się?
- Ja bardzo, ale połowa klasy nie. 
- Dlaczego???
- Woleli jechać do Mirabilandii.
- No cóż...  

***
Styczeń powoli zbiera manatki. Dzisiejsze przewrotne zdjęcie pochodzi z najpiękniejszej pory, czerwcowo - "ginestrowej", bo ileż można oglądać "Zimną wojnę"?

Być może w tych dniach posty nie będą ukazywać się regularnie, więc proszę Was o cierpliwość. Są rzeczy ważne i ważniejsze... Mama w Biforco to na pewno niecodzienność. 

PORTRET to po włosku RITRATTO 

film

W oczekiwaniu na Mamę i Świtę

niedziela, stycznia 27, 2019


"Matko s córkom!" Jeszcze dywan czerwony na schodach rozwinąć, płatki róż wysypać, prosecco schłodzić, orkiestrę miejską potwierdzić, śniegu resztkę stopić, słońce zamówić, biały sosik przygotować i ciasto upiec... "Anka" byle jak nie lubi! Musi być elegancko i z przytupem. 
To oczywiście żarty. Niemniej żarty żartami, ale przyjazd Mamy i Świty do Biforco to zawsze wielkie wydarzenie i już się cieszę na myśl o wieczorze. Niech ich podróż będzie spokojna! 

Dywan nie dywan, tak czy inaczej jeszcze kilka rzeczy zostało do zrobienia. Chcę się z nimi jak najszybciej uporać, by dziś też tak jak wczoraj znaleźć chwilę czasu na spokojny spacer. 


Wczoraj poszliśmy w kierunku San Martino, asfaltem, po równym. Niestety nie była to wyprawa po żadnych górach, ale dobre i to. Sobotnie słońce nie poradziło sobie z całym śniegiem. Marmurkowe pola z resztkami śniegu i przebijającą zielenią, winnice, w których jeszcze ani krztyny nowego życia, tylko tu i tam relikty dawnego, czarne wrony podrywające się chórem do lotu, czarne świnie na wypasie i tylko tu i tam skromna namiastka kolorów. Świat wciąż jeszcze - jak to ładnie określiła A. - jest w kolorach "Zimnej wojny".


A jeśli chodzi o czarno białe filmy, to "Zimnej Wojny" tej prawdziwej niestety jeszcze nie widzieliśmy, obejrzałam za to z Mikołajem "Romę" - Tomek podziękował po 15 minutach - i muszę przyznać, że obydwoje byliśmy poruszeni. Nie jest to kino akcji, ani też miłe i przyjemne, ale coś w sobie ma niezwykłego i nie chodzi tu tylko o czarno białe wydanie, jak wielu krytycznie ocenia. Niby zwykłe codzienne życie, a tak niezwykle fascynujące. 
Zadziwia mnie też coraz częściej Mikołaj ze swoimi "niedziecięcymi" gustami czy to w kwestii filmu, czy muzyki, czy też innych dziedzin. Dumna jestem i mówiąc wprost cieszę się jak wariat. 


Nadchodzą dni kosa. Oby nie były zbyt zimne! Tymczasem życzę Wam dobrej niedzieli a do Kuchni w Kamiennym Domu zapraszam na pyszny obiad.

PRZYJEMNY to PIACEVOLE (wym. piaczewole)

dzieci

Słoiki i garść licealnych aktualności

wtorek, listopada 13, 2018


Na stole w Kamiennym Domu wylądował karton pyszności. Słoiczki pozawijane starannie w gazety, żeby się w drodze nie potłukły, a w nich najlepszy na świecie dżem truskawkowy, najlepsze na świecie marynowane grzybki i powidła śliwkowe, które nie mają sobie równych. Oprócz nich blok czekoladowy - ten sam, który cieszył moje dziecięce podniebienie w peerelowskich latach, udając, że jest czekoladą. Dziś czekolada nawet ta najprawdziwsza niech się schowa. Blok, jaki robi Mama może stawać w szranki z najlepszymi szwajcarskimi wyrobami! Myślę, że i chłopcy o tym zaświadczą. Paczka "mamusiowych" pyszności jak największy skarb została rozparcelowana pomiędzy spiżarką i lodówką!


Tymczasem pogodowi eksperci straszą rychłym nadejściem zimy. Coś nawet o śniegu przebąkują, a mnie już na samą myśl telepie i dreszcze po plecach przechodzą. Zobaczymy co to będzie. Piec mamy, zapas dzika wypełnia pół zamrażarki, polentę do niego ukręcimy i jakoś te wszystkie Buriany przetrwamy.

Tomek zapisał się do kółka teatralnego. Widać miłość do sceny jeszcze w nim nie zgasła, a scena w Faenzie większa niż nasza marradyjska. Na początek wiosny zaplanowano też pierwszą wymianę językową. Tomek przebiera z radości nogami, a ja... No cóż muszę zacząć się powoli oswajać z myślą, że moje dziecko już coraz mniej moje i w ogóle coraz mniej "dziecko". Taka kolej rzeczy. Z drugiej strony cieszę się jak wariat, że dane mu jest to wszystko, o czym ja nawet nie śniłam, że trafił na klasę fajnych dzieciaków, że ma tyle możliwości. W zeszłym tygodniu zakomunikował mi: - Pusia, jutro będę później, umówiłem się z Alessandro i Zakaria na spacer po lekcjach. Chcemy się trochę poszwendać. - Dobrze, dobrze, daj tylko znać o której wrócisz. 
Wrócił po południu uradowany. Okazało się, że są jeszcze na świecie nastolatki, które po lekcjach idą pozwiedzać księgarnie i pooglądać nowości wydawnicze. Muszę przyznać, że buzię rozdziawiłam z wrażenia. Myślałam, że raczej przysiądą gdzieś w barze, na lody i będą udawać dorosłych, a tu taka miła niespodzianka. 
Poza tym ze szkołą radzi sobie Tomek bardziej niż dobrze, tylko na łacinie się potknął, choć uczył zaciekle. Tak się złożyło, że w tym czasie napisał też do mnie były wychowawca Tomka z gimnazjum, ciekawy bardzo jak Tomkowi idzie w licealnej ławce. Na wieść o jego potyczkach z łaciną zaraz się zaoferował z pomocą, by jako doświadczony w materii rad cennych udzielić. Spotkali się gdzieś w Marradi na krótką rozmowę, a ja wciąż nadziwić się nie mogłam ileż to pozytywnych ludzi stanęło na Tomka szkolnej drodze. Czy ktoś kiedykolwiek się mną choć w drobnym stopniu tak zainteresował??? Jak wiele zależy od nauczycieli... Jak dobrze! Jak dobrze! Niech ta passa trwa! 

O Mikołaju napiszę już innym razem, bo dziś czas nagli. 
Dobrego dnia.

KSIĘGARNIA to po włosku LIBRERIA (wym. librerija)

białe sukienki

Sukienki, pieczarki i cisza na "passo"

wtorek, września 25, 2018


W niedzielne popołudnie jeszcze nic nie zwiastowało drastycznej zmiany pogody. Świat wyglądał tak jakby wciąż u sterów było lato. Mario zadzwonił i spytał co robimy, czy jestem wolna, czy mam jakieś plany? Zaraz jak karabin maszynowy wystrzelałam z siebie listę obowiązków mniejszych i większych, tego z czym powinnam mniej lub bardziej pilnie się uporać, a na koniec dodałam: ALE DZIŚ NIE MAM OCHOTY TEGO ROBIĆ! (wybaczcie szczerość). 
- To wymyśl coś, jakiś cel - podłapał Mario. 
- Jestem tak zmęczona, że nie mam ochoty nawet wymyślać. Przecież od kilku miesięcy wymyślam i organizuję tylko dla innych, marzę o tym, by ktoś zorganizował coś dla mnie. 
Mario chwilę musiał pomyśleć, a potem zapytał:
- A może zobaczymy czy są pieczarki na Passo della Peschiera?
- Bell'idea!!! 
Pomysł naprawdę bardzo mi się spodobał. Nie mam wielkich wymagań. Nauczyłam się nie mieć wielkich wymagań. A poza tym dzikie pieczarki są takie dobre, a na Passo della Peschiera tak ładnie!

passo della Peschiera, okolice Marradi

- Lepiej wyglądałaś w tej spódnicy jak spacerowałaś wśród maków...
- Ha! Dobre sobie! Chcesz porównywać maki z podeschniętymi liśćmi? Maki to zawsze maki ... Za pół roku znowu zakwitną.

"Którą sukienkę założyć?" - Taki miałam "poważny" dylemat, kiedy spojrzałam na meteo kwadracik z prognozami, kiedy zewsząd dochodziły wieści o rychłym załamaniu pogody. Wiedziałam, że to już ostatnie dni na paradowanie w letnich fatałaszkach, bo nawet jeśli wróci gorąc, to już powietrze nie to samo, pora nie ta, chciał nie chciał czas letnich sukienek w tym roku definitywnie przemija. 
Stałam przed szafą i wybierałam towarzyszki na dwa ostatnie gorące dni zupełnie jak na castingu, z powagą i wzruszeniem jakby chodziło o wybór nie wiem czego...
Ta! Ta w kwiaty kolorowe... Ta co Paw na targu w Faenzie kupił "od Chińczyka". Ta mi się z Mamą kojarzy, bo przecież i ona wtedy z nami była, a potem na spacer przed Tomka bierzmowaniem razem poszliśmy i ja właśnie tę sukienkę pamiętam z tamtego momentu... 
Z wyborem drugiej byłam przewidywalna. Nim jesień na dobre się rozgości chciałam jeszcze raz załopotać ulubioną "makową panienką"...

trekking alternatywny - spódnica makowa

- Spódnica i buciory.
- To przecież ja, czyż nie? 
- Da bosco e da riviera! 
- Z tą rivierą to w sumie nie wiem... Ale powiedzmy, że tak... 
Siadam pod dębem obok kępki cyklamenów. Na passo kompletna cisza... Nie słychać już cykad, trzmieli ani świerszczy... Tylko wiatr szumi w zmęczonych dębowych liściach...


Ps. Znalezionych pieczarek - sztuk 4. 

DA BOSCO E DA RIVIERA - dosłownie tłumacząc "do lasu i na rivierę", można powiedzieć, że to odpowiednik naszego "do tańca i do różańca".