ogródek

Inspiracje dla Rubensa

wtorek, maja 21, 2024

Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej

Ciepło i wilgotno niemal jak w tropikach. Jak tak dalej pójdzie, grzyby będą nam rosnąć nawet na chodniku. W poniedziałek przetoczyły się nad nami ulewy i burze, które znów wyłączyły z użytkowania linię kolejową na odcinku Marradi - Faenza, więc kto skazany na komunikację miejską, ten wygrażał ile mógł na czym ten świat stoi. 

Jeszcze teraz chmury wiszą jak ciężka grzywa na Lavane, ale około południa ma się wypogodzić. Roślinność wykipiała taką obfitością, że gdyby Rubens zamiast kobiet malował rośliny, to oszalałby od nadmiaru inspiracji. Lipy pochłonęły bar, buki i kasztany złagodziły kostropaty profil gór, pierwsze pomidory dyndają na gałązkach, jeszcze zielone jak te lipy i buki, ale już są... 

Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej

Usiedliśmy po południu w mariowym ogródku i podziwialiśmy, jakby nasze spojrzenia były najlepszym nawozem dla posadzonych roślin. Tu jeszcze trzeba to, a tam tamto, a tu te trzy krzaki ziemniaków to wyjątkowa odmiana, a tam dalej puścimy dynie, a pomidorów to będziemy mieć że ho ho... 

Potem wskoczyliśmy do Rangera i pojechaliśmy do Marradi, żeby dokupić jeszcze kilka sadzonek. Dwie odmiany bakłażanów, trzy odmiany cukinii i trzy odmiany pikantnych papryczek w tym słynne habanero i scorpion, bo bez oliwy z peperoncino to w kuchni ani rusz. Kusiły nas też bietole, ale z tym postanowiliśmy zaczekać, bo zaraz się okaże, że to okazałe poletko przy Casa Gallo będzie za małe na nasze ogrodnicze zapędy. 

Dziś, jeśli rzeczywiście się wypogodzi w mojej przerwie międzylekcyjnej mam zamiar skończyć prace w moim ogródku, a potem kto wie... może czmychnąć na jakiś łąkowy spacer?

Pięknego dnia!

OBFITOŚĆ to po włosku ABBONDANZA (wym. abbondanca)

ogródek

Lutowy ogródek i karnawałowa zagadka

środa, lutego 26, 2020


Korzystając z wolniejszego dnia, zaraz po porannych lekcjach zabrałam się za ulubione ogrodnicze porządki. Powyrywałam, poobrywałam to, co z kapuścianych resztek zostało - a zostało całkiem sporo i jeszcze tego samego dnia na obiad była ulubiona przez Tomka zupa warzywna, pożywne minestrone z dużą ilością opieczonego toskańskiego chleba natartego czosnkiem i skropionego oliwą, a wieczorem improwizowane lasagne z verzą i brokułami. Zdjęcia nie zrobiłam - wszak z improwizacjami różnie bywa, tymczasem danie wyszło tak dobre, że znów sama sobie dałabym medal i do tego przepis, co istotne, był w stu procentach mój, autorski! 
Kapusty mam jeszcze całą misę, więc gdyby ktoś reflektował... serdecznie zapraszam!

Wracając do ogródka...
Kiedy tak rwałam zawzięcie całe zielsko, które bujnie przez zimę - nie zimę wyrosło, nagle w powietrzu rozszedł się - jakże miły dla nosa - zapach rukoli... Zaraz przesiałam między palcami to co w garści zostało i okazało się, że w tym całym zielonym gąszczu zdążyła już odbić rukola! 
A rukolę to ja proszę Państwa uwielbiam! Mam jej w ogródku trzy rodzaje i całe lato zajadam niemal do wszystkiego. Moja ulubiona to ta prawdziwie dzika, którą na samym początku biforkowego bytowania przyniosłam znad rzeki. Tak się zadomowiła, że teraz wyrasta nawet spomiędzy kamieni ogrodzenia... Uwielbiam jej pikantny posmak, to jedyne w swoim rodzaju letnie podszczypywanie języka. 

Cały ogródek na tyle na ile się dało odchwaściłam, a dziś - jeśli czas i pogoda pozwolą - zacznie się wielkie przekopywanie. 


W nocy hulał szalony wiatr podlany deszczem. Deszcz jest potrzebny, jak się tak dobrze zastanowić, to od długich tygodni konkretnie u  nas nie padało. Niestety za tym nocnym pogodowym szaleństwem ma się podobno przywlec chłodniejsze powietrze i tu aż żal serce ściska, bo przez cały miesiąc zdążyliśmy się już na dobre przyzwyczaić do wiosennej aury. Ale ... z drugiej strony takie prawa marca! 


Dziś rano jestem do tyłu ze wszystkim, a zaraz muszę być gotowa do lekcji. Uciekam więc i zostawiam Was z zagadką - z wczorajszą karnawałową wersją Mikołaja. Ciekawa jestem, czy uda Wam się rozpoznać postać? 
Przed nami ostatnie trzy dni lutego i zaraz ognie dla marca. Dobrego środka tygodnia!

Ps. Ponieważ niektórzy są na pewno ciekawi wirusowych wieści dodam, że sąsiednia Romagna do tej pory "czysta", Toskania z dwoma przypadkami, ale o żadnym punkcie zapalnym się nie mówi, szkoły są otwarte i przynajmniej u nas życie toczy się normalnie. Miejmy nadzieję, że tak zostanie. 

"BYĆ do TYŁU" to po włosku ESSERE INDIETRO (wym. essere in dietro)

luty

Tydzień, w którym na scenę wejdzie marzec.

poniedziałek, lutego 25, 2019


Za nami zimny, ale też bardzo udany weekend. Można powiedzieć, że był to weekend pod znakiem kulinarnych eksperymentów, z których - co ważniejsze - wszystkie zakończyły się sukcesem! Zapraszam Was jeszcze raz do Kuchni Kamiennego Domu po nowe inspiracje.

Choć na dwa dni wróciło do nas zimno, to jednak nie było to aż takie zimno, jakiego się obawiałam. Pod wiosenną kurtkę musiałam jedynie włożyć bluzę i naciągnąć na głowę kaptur, bo wiatr smagał bezlitośnie. Zimowa garderoba na szczęście pozostała nietknięta i z racji bardzo optymistycznych prognoz już dziś, jeśli oczywiście znajdę chwilę czasu, zajmę się sezonowym przepakowywaniem szaf. Dla mnie sama NIEobecność na wieszaku zimowych kapot dodaje skrzydeł. Buty futrzaki, już powędrowały do pudła.
Mówią, że w tym tygodniu ma przyjść prawdziwie ciepła wiosna, ciepła ponad miarę! Poza tym przed nami tydzień, kiedy w kalendarzu zagości marzec, a to kolejny powód, żeby się uśmiechnąć.  



Zaczęły się już prace w ogródkach i sadach. Patrzę na mój skrawek ziemi i już planuję co i jak... Zaraz trzeba będzie zabrać się do łopaty, wyciągnąć donice z zeszłorocznymi resztkami, zobaczyć co i w jakim stanie przetrwało. Tymczasem coraz gęściej wysuwają zielone nosy tulipany, a oleandry, których w tym roku szczęśliwie żadne buriany źle nie potraktowały, prężą lśniące liście do słońca. W tym roku znów powinny zakwitnąć. 
To właśnie teraz zaczyna się mój ulubiony czas... Każdy kolejny dzień przynosi więcej słońca, więcej ciepła, więcej zieleni i innych kolorów i dnia samego w sobie jest coraz więcej. Nawet poranny pociąg, którym Tomek odjeżdża do szkoły już nie znika w czarnej nocy, tylko przemyka w półmroku poranka. 
To wszystko sprawia, że nawet z tym, co nie do końca idzie tak jak powinno, jakoś łatwiej sobie radzić i nie tracić uśmiechu.

Kokosowe ciasteczka z konfiturą malinową - wkrótce na blogu.

Niech to będzie dobry tydzień!  

PONAD MIARĘ to po włosku FUORI MISURA (wym. fuori mizura)

ogródek

Ogarnięcie

czwartek, grudnia 13, 2018

Nadciąga...

Mróz ostatnich dwóch nocy i weekendowa zawierucha już prawie doszczętnie ogołociły glicine. Tak czy inaczej w tym roku jego trwanie w zieleni było rekordowo długie. Mróz natomiast nie zaszkodził dzikiej mięcie. Na via Cardeto tyle jej jeszcze... Zrobiłam wczoraj rekonesans "jak tam się ma nasz zimowy ogródek" i mogę chyba ogłosić połowiczny sukces. Verza i cavolo nero rosną pięknie i będzie z nich jeszcze niejedna ribollita, radicchio jako tako, gorzej ma się czerwona kapusta, a na kalafiory to w ogóle chyba nie ma co liczyć. Faktem jest, że w ogóle za późno się zabraliśmy za sadzenie, ale przynajmniej bogatsza jestem o kolejne ogrodnicze doświadczenie.

Ten tydzień upływa pod znakiem indywidualnych spotkań w szkołach. Wczoraj u Mikołaja, jutro u Tomka. O młodszym dużo dobrych słów i to jest jak balsam na zmęczoną duszę. Wprawdzie nie bardzo chce się zaprzyjaźnić z przedmiotami ścisłymi, ale we włoskim i angielskim wzbija się na wyżyny. Ja sama do fizyki czy chemii też miłością wielką nigdy nie pałałam, więc nawet nie mogę mieć o nic pretensji. 
Jutro natomiast wszystko nowe. Nowa szkoła, nowi nauczyciele, nowi rodzice. Ciekawa jestem zwłaszcza nauczycieli, o których wysłuchuję każdego dnia przy obiedzie tyle zabawnych opowieści. 

Do wigilii zostało 11 dni, a ja jeszcze nie ulepiłam pierogów... Nie chce mi się jak jasny gwint! W ogóle nic mi się nie chce, chyba nawet opary, na których "jechałam" w ostatnich tygodniach są na wykończeniu. Najchętniej już dziś zaległabym na kanapie z dobrym winem, książką i panettone i dziećmi w domu rzecz jasna! Tomka opary też się kończą, z każdym dniem trudniej mu się wstaje i nawet oczu dobrze nie otworzy, a już mamrocze pod nosem: Pusia, bądź człowiekiem! Pusia, daj żyć! Bądź dobrą Pusią, pozwól pospać! I tak codziennie. 

Sił brak, a w weekend praca czeka! Kolejne marradyjskie maluchy staną przed moim obiektywem, więc jakoś się musze spiąć i ostatnie siły z siebie wykrzesać, bo nikt tego przecież za mnie nie zrobi. Dobrze, że ja to nieszczęsne oknO wcześniej umyłam, bo na tym etapie taki wyczyn byłby ponad moje możliwości.

Już za kilka dni zawita Paw, a potem jeszcze ktoś, więc muszę się wziąć i wreszcie... 

W tym momencie wstaję od komputera, żeby nastawić wodę na herbatę dla Mikołaja, który wtarabanił się jak ciepły, puchaty miś do salonu, a on korzystając z wolnego krzesła usadawia się na moim miejscu i kiedy nie widzę intuicyjnie dopisuje za mnie ostatnie brakujące słowo:      OGARNĄĆ. 

Nic już więcej nie dodam. Idę się ogarnąć i Wam też życzę dobrego przedświątecznego ogarniania się! 

 

Biforco

U schyłku października

czwartek, października 25, 2018

Pogoda w środę zrobiła się jeszcze piękniejsza. Termometr przed domem pokazał w ciągu dnia prawie 30 stopni, więc z całą komputerową pracą rozłożyłam się na tarasie, świadoma tego, że tym razem to już naprawdę ostatnie podrygi "lata". Zawsze mówię, że takie dni powinno się zabutelkować, by móc posmakować ich znów, kiedy nadciągną buriany i im podobne. Powietrze zrobiło się jak kryształ, a kolorowe drzewa odbijały się ze zdwojoną siłą w tafli spokojnych wód Lamone. W drodze do Marradi przystanęłam na moście i przez chwilę wpatrywałam się w to wszystko z entuzjazmem turystki, która zawitała tu  po raz pierwszy. I pomyśleć, że to moje... Moje - nie moje, wiadomo, ale trochę jednak. Takie widoki umilają nawet najzwyklejsze dni, myśli skołatane kołyszą, witają rankiem i żegnają wieczorem. A te ranki i wieczory teraz to istny spektakl. Rok temu działo się dokładnie to samo. Widać typowe to dla tej pory roku. Wczoraj wschodzące słońce rozpaliło całe niebo żywym ogniem, zachód natomiast był pastelowy i delikatny jak malinowy budyń w błękitnej miseczce.  


Z winnic opadają ostatnie liście. Tu i tam dyndają zeschnięte resztki winogron. Nasz zimowy ogródek ma się dobrze. Udało nam się odeprzeć pierwszy atak ślimaków i ocalić kapusty od zagłady. Mario dostał od przyjaciela całą torbę pikantnych papryczek i zaraz wstępnie przygotował je na diabelską salsę, bez której ja nie mogę się obejść. To już chyba ostatnie przetwory w tym roku, choć może jeszcze, jak znajdę od dawna nie widziany wolny czas, pokuszę się o marynowane cebulki Giorgio...


Do weekendu coraz bliżej. Przed nami ostatnia kasztanowa sagra, ale nie znaczy to, że potem w dolinie nic już nie będzie się działo. Zaraz po Marradi ze swoimi festami ruszy przecież Brisighella. Poza tym nawet późną jesienią można w Toskanii miło spędzać czas. I tu krótkie ogłoszenie dla Czytelniczek bloga.  

Jeśli lubicie "babskie" wyjazdy, jeśli potrzebujecie odetchnąć i skupić się tylko na sobie, to może właśnie dla Was będzie to, co przygotowały dwie fajne dziewczyny - TAŃCZĄCE NA ŁĄCE - https://www.facebook.com/events/569140270170639/? Będę miała przyjemność uczestniczyć w całym przedsięwzięciu, a zatem serdecznie Was zapraszam.

DOBREGO DNIA!

SPĘDZAĆ CZAS - PASSARE IL TEMPO (wym. passare il tempo)

brzoskwinie

Przywileje

środa, września 26, 2018


Jednym z ulubionych momentów, na który czekam z utęsknieniem po zimie, jest rozpoczęcie prac w ogródku. Wystarczy dać mi łopatę, motykę, parę rękawic i sadzonki, bym poczuła się w euforii. Od razu świat wydaje mi się lepszy i piękniejszy. 
Przez te lata kiedy mieszkam w Toskanii nie skorzystałam jednak z pięknego przywileju. Przecież tu ogródki obsadza się też na zimę, bo warzywa sezonowe mamy w Italii cały rok! A zatem? 


Wyładowaliśmy bagażnik Rangera "zimowymi" sadzonkami, a wśród nich trzy rodzaje kapusty: verza, viola i cavolo nero. Kapusty w Kamiennym Domu jemy bardzo dużo i bardzo często, mam więc nadzieję, że pięknie wyrośnie. Poza tym na dokładkę kalafior i radicchio. Kusiły mnie jeszcze brokuły, ale ostatecznie spasowałam, na pierwszy eksperyment tyle wystarczy.
Posadziliśmy wszystko przy Santa Barbara, tam gdzie Mario już przekopał ziemię po lecie. Wciąż jeszcze pną się przy murze ogórki i dyndają na krzakach ostatnie pomidory. 
O wiele milej widzieć teraz zadbane grządki, niż gołą, burą ziemię...


Poza tym idzie jesień i nic już temu nie zaprzeczy. Wiatr rozhulał się w dolinie Lamone, zrywał lipom liście i strącał kasztany. I tak na stole w Kamiennym Domu wylądowały pierwsze w tym roku marroni. Ponoć sezon był dla nich znakomity i wcześniej niż zwykle  już powolutku zaczynają spadać. Razem z kasztanami Mario przyniósł też pudło dorodnych granatów i skrzynkę brzoskwiń. Czas więc na moje słynne risotto i na ciasto jesienne, a brzoskwiniami pachniał cały wtorek, bo w garnku bulgotała słodka marmolada. Ostatnie wspomnienie lata zamknięte w słoikach... Całkiem sporo mam tych toskańskich przywilejów. Nie umiem się dziś nawet boczyć na jesień, bo to nawet nie wypada przy tych wszystkich jej podarkach...
DOBREGO DNIA!


 PRZYWILEJ to po włosku PRIVILEGIO (wym. priwiledżio)

czas

Ckliwie

piątek, lipca 13, 2018



- Już prawie połowa lipca, a my nawet jednego ujęcia do letniego filmiku nie zrobiliśmy!
- Ciągle czasu brak.
- A tu zboże już prawie wszędzie skoszone...
- Gdzieś wyżej trzeba jechać. Bele i kostki też trzeba uwiecznić.
- Ale nie na płaskim, tylko tak, żeby jakieś pofalowanie, pagórki, widok... A poza tym co? Słoneczniki! To na pewno. 
- I lawendę z rojem motyli!

Umawiamy się na piątek na pierwszą rundkę po okolicy. Znów będziemy jak pseudo filmowcy uzbrojeni w kieszonkową kamerę. Moje pomidory też w sumie nie byle jakie i takie właśnie... letnie.



W czwartkowy wieczór znów gotuję dla moich Gości. W menu risotto z kiełbaską, z młodymi ziemniaczkami i świeżą cukinią, poza tym jajka smażone na truflach i świeża sałata. Połowa dobroci, a nawet więcej to dary lasu i ogródka. Nie jakieś tam sklepowe pseudo bio, tylko prawdziwe eko! Kiedy mieszam risotto powtarzam w myślach samej sobie, żeby zdjęcie zrobić koniecznie przy stole, bo to już nasza przedostatnia wspólna kolacja w tym sezonie. I co? I przypomina mi się o tych zdjęciach dopiero kiedy S. zmywa po wszystkim naczynia. Szlag! Trzeba uwierzyć mi na słowo. Dzieci chwalą, starsi chwalą, tak nam dobrze, miło, swojsko. 
Tak bardzo lubię rozpieszczać Gości przy stole, a takich Gości co zajadają z apetytem... to już w ogóle sama słodycz. 

- Nie jedz tak szybko! - prosi S. 
- Wujek je tak szybko, żeby się najeść zanim mózg wyda żołądkowi komunikat, że ten jest już pełen -  tłumaczy naukowo Tomek. 
Jak by nie było dla mnie to radość, komplement, zaszczyt, bo w sumie... co ja tam wiem o gotowaniu! 



Ledwo przyjechali, a tu zaraz czas "robić walizki", jak to się mawia po włosku. I co ja mam teraz napisać? Że czas za szybko gna? Że to co miłe, szybko się kończy? 
Dopiero co czekałam z utęsknieniem na moment rozpoczęcia ogródkowych prac, a tu już pomidory, cukinie, ogórki. Dopiero co grzałam się przy kominku i zimę stulecia wyklinałam, a teraz tak ciepło, parno, słońce palące. Dopiero co stresowałam się ślubem, telewizją, Tomka egzaminami, a tu już licealista, ślub nowy w przygotowaniu, a telewizja jest jakąś odległą przeszłością. Dopiero co paliliśmy Befanę, czekaliśmy na ogień dla marca, a nim się człowiek obejrzy spłonie strega na stosie nad rzeką Lamone. Goście pojadą, Goście przyjadą. Ckliwie mi dziś i nostalgicznie. Lipca żal, czasu mijającego szkoda, żyjmy dziś, bo jutro kto to wie...
PAKOWAĆ SIĘ to po włosku FARE LE VALIGIE ( wym. fare le walidżie)
  

bez

Prawie jak Kopciuszek

piątek, kwietnia 20, 2018


Jeszcze miesiąc temu zdawało się, że wiosna nigdy nie nadejdzie. Myślałam, że moje białe sukienki prędzej myszy zjedzą, niż je ponownie założę i że Mario w czapce będzie chodził już do lipca. W końcu jednak wiosna zjawiła się spóźniona jak Kopciuszek na swój bal, ale piękna i zachwycająca jak bajkowa postać, że nie sposób się na nią gniewać.

Dobrze, że zakwitły bzy, że glicine, że poziomki, że słońce, że ciepło, że dni długie i bliska perspektywa lata, dobrze, że to i dobrze, że tamto, siamto, owamto... I dobrze, że wreszcie z ogródka przynoszę do kuchni pierwsze smaki. Klasyczne pomodoro do spaghetti wzbogacam cząbrem, do sałaty dorzucam garść własnej rukoli, do sosu paprykowego mini pęczek świeżej natki, której śnieg i mróz nic nie zaszkodziły. Wszystko znów nabrało innego smaku i zapachu...

Z zakupów spożywczych też mam więcej frajdy. Szparagi, groszek, bób, pomidorów coraz więcej i coraz lepsze. Przy wiejskich drogach można spotkać kobiety, które zbierają stridoli. W sklepach ogrodniczych są już sadzonki, a od kolorów pelargonii aż kręci się w głowie. 


Tomek skończył prove invalsi. To nie są właściwe egzaminy, ale po wszystkim przyznał, że był zestresowany i co dziwniejsze, to czego bał się naprawdę okazało się łatwe i poszło gładko. Angielski natomiast, który jest jego mocną stroną, okazał się tym razem trudny. W najbliższych dniach czeka go chwila oddechu, a już za dwa tygodnie daleka wycieczka na zakończenie scuola media. 
Tymczasem kolejny weekend na start. Atrakcji w programie aż nadto i pewnie z trzech czwartych nie uda nam się skorzystać. Goście już pewnie stoją w progach startowych. Budzi się świergoczący ptasim trelem świt. Niech więc weekend dobry ma "prepoczątek".


ZDAWAŁO SIĘ to po włosku SEMBRAVA (wym. sembrawa)

ogródek

Żółty tulipan, pecorino i ogródkowy raport

wtorek, kwietnia 17, 2018


Doczekałam się w końcu dłoni ubabranych ziemią, korzeni chwastów wybebeszonych, doniczek rozparcelowanych, pelargonii nowych i starych świeżo rozdysponowanych. Taras znów zaczyna wyglądać tak jak powinien, zieleni coraz więcej, glicine pewnie dziś, najdalej jutro otworzy pierwsze fioletowe kiście, a wśród czerwonych klasyków wychylił się nawet jeden żółty tulipan. Nie przypominam sobie, by kwitł w poprzednich latach.  
Łapałam ogródkowe chwile między jedną lekcją, a drugą. Twarz wystawiona do słońca, gołe ramiona, makowa spódnica zadarta jak u chłopki przy żniwach. A te chwile ogródkowe przeplecione mniejszymi chwilkami, w których to przegryzałam pecorino romano i popijałam sangiovese z Romanii! Podkusiło mnie z tym serem, kto by pomyślał, że będzie taki dobry! Jeden kęsik, drugi i trzeci i już ostatni... i tak cały czas!


Pisałam już, że wiele kwiatów przetrwało bezpiecznie zimę. Hortensja podarowana przez N. zaraz zacznie kwitnąć. Cząber też ma się dobrze, podobnie rukola, natka i poziomki. Niestety mróz tegoroczny rozłożył na łopatki moją wielką tarasową ozdobę i dumę - oleandry. Nie tylko u mnie. Wszędzie gdzie nie spojrzeć oleandry mają brązowe, powykręcane jak paralityk liście. Ten sam los spotkał krzewy laurowe i wiele drzew oliwnych poniżej Marradi. Zimę 2018 wszyscy zapamiętamy. 
Tymczasem kwiecień na szczęście ma się dobrze i mam nadzieję, że dziś pokaże się w toskańskiej stolicy od jak najlepszej strony. Czeka mnie intensywny dzień, a zatem lepiej, żeby minął w ciepłych promieniach wiosennego słońca. 
Bardzo jestem ciekawa co przyniosą kolejne dni...   

DOBREGO WTORKU!

PRZETRWAĆ, PRZEŻYĆ to  SOPRAVVIVERE (wym. soprawwiwere)



dynia

Pomidory, trąbki i garść wrześniowych refleksji...

sobota, września 09, 2017


Mogły tak sobie jeszcze sterczeć i sterczeć… Pomidorowe badyle, wypalone słońcem relikty upalnego lata. Jeśli o mnie chodzi trzymałabym je pewnie do grudnia udając, że wciąż mamy sierpień… Mario jednak - proszę nie krzyczeć, był inicjatorem prac, a nie siłą roboczą - zarządził badylom eksmisję. Aż mnie w dołku ścisnęło z żalu, ale cóż było robić. Jak mus to mus. Przecinałam sznurki i cofałam się myślami do wiosennego czasu, kiedy małe sadzonki upychałam w świeżo skopanej ziemi…

A potem miałam nagle przebłysk "geniuszu". Pomyślałam, że nie muszę przez sześć miesięcy patrzeć na ogródek bez życia. Na ziemię brunatną leżącą odłogiem… Cavolo! Posadzę cavolo nero! I verzę posadzę i może cavolo viola! Kapustę jemy zimą na potęgę, będzie jak znalazł! Przecież nie samymi pomidorami i nie samym latem żyje człowiek…

Tymczasem ogródek Mario oddaje ostatnie płody. Dynia - gatunek jakiego nigdzie nie widziałam, a google mi podało, że to trombetta di albenga - obrodziła nadzwyczaj. Nie jest tak smakowita jak piżmowa, więcej możliwości daje w kuchni zanim dojrzeje, jednak zawsze  to coś nowego, coś własnego na talerzu wyląduje. Ale o "trąbkach" napiszę osobno w kuchni kamiennego domu. 


Przed nami ostatni wakacyjny weekend i wyjazd do pięknego miasta. Przed nami mam nadzieję garść miłych wrażeń. To ostatnie dni kiedy mogę odsapnąć, ciut zwolnić, bo zaraz jesienny sezon w Kamiennym Domu ruszy z kopyta. Okazuje się, że październik w niczym lipcowi nie ustąpi. 

Przeglądam galerię w telefonie… Uśmiechają się do mnie znajome buzie, pierwsze zebrane pomidory i pole słoneczników. Jak puszka Pandory otwiera się puszka wspomnień. Galopują jedno za drugim. Jestem jak mówią Włosi - fra due fuochi - pomiędzy radością z tego co daje jesień, a smutkiem za przemijającym latem ...

Odpowiednik polskiego : MIĘDZY MŁOTEM A KOWADŁEM - FRA DUE FUOCHI (wym. fra due fuoki, tłumaczone dosłownie między dwoma ogniami)

Dom z kamienia

Życie codzienne w obrazkach

środa, marca 29, 2017


Nie mam swojego Kamiennego Domu. Jestem realistką i wiem, że jeszcze długo przyjdzie mi na niego czekać. Tak czy inaczej dobrze jest tak jak jest, nie można mieć wszystkiego od razu.   Jak to było? Nie chodzi o to by złapać króliczka, tylko by go gonić… Żarty żartami, mam nadzieję, że ja mojego złapię nim dopadnie mnie starość. 
Tymczasem chętnie odwiedzam inne kamienne domy, domy moich przyjaciół. Domy zawsze przede mną otwarte… To są momenty wypełnione ciekawymi rozmowami, swojskimi smakami, momenty w ciągu dnia, kiedy czas na chwilę zwalnia… Momenty, które wprawiają w dobry humor, które są wytchnieniem. Oddycham wtedy spokojniej, a przy tym też często tak wiele się uczę. Wciąż się uczę... 


Kiedy sadzić czosnek, cebulę, co to jest zły i dobry księżyc, słucham opowieści o wilkach, lisach i borsukach, o tym jak rozsadzać pomidory, marynować cebulę i zrobić domową pancettę. Słucham uważnie, skupiona, zafascynowana, ani jedno słowo nie może wymknąć się z mojej pamięci...


I o Norci słucham relacji bezpośredniej, o strasznym upadku, o niszczycielskiej naturze, o dramacie ludzi, o truflach, o rzeźnikach … No właśnie! O rzeźnikach! Kolejna nauka! Norcia słynna jest już od średniowiecza z wieprzowiny. Rzeźnicy z Norci znani byli w całych Włoszech, jako najlepsi w swoim fachu. Rzeźnik sprawiający wieprzowe mięso to właśnie  norcino!
Dostałam w prezencie prawdziwe lokalne guanciale! Niech nikt nie krzyczy, że tłuste! Ma być tłuste! Aromatycznie, bezwstydnie, swojsko tłuste! Pyszne! Nie wiem czy wiecie, ale prawdziwa carbonara czy amatriciana nie powinny być przygotowywane z pancettą, tylko właśnie z guanciale (część policzka świni, podgardle). 
Takie to miałam miłe popołudnie. Wciąż cieszą mnie te chwile, tak samo jak kiedyś, jak na początku, a może dziś nawet bardziej... 



- Widziałaś?
- Co? 
- Ale ładny obrazek!
- Jaki?
- Klikasz na tym telefonie i świat ci ucieka.
- Nie klikam dla zabawy, na lekcję się umawiam! Co było?
- Starszy człowiek z jakimiś gałęziami, z plecakiem, jak na starych obrazkach.
- Oj!!! Nie widziałam! - Magda! Staruszek mi przez nasze klikanie umknął! Twoja wina! - żartuję sobie w myślach:)
- Zawrócić?
- Oczywiście!
Zawracamy, a kto w Marradi był, ten wie, że by wykonać manewr praktycznie trzeba przejechać przez całe centrum miasteczka, ale … czego się nie robi dla zdjęcia, dla jednego kadru!    


Może ktoś znów pomyśli, że zwariowałam, może patrząc obiektywnie nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Może to znowu ja dopatruję się niezwykłości i piękna, nawet tam gdzie go nie ma…
W każdym razie Mario miał rację. Ten staruszek wzruszył i mnie, tak codzienny i zarazem tak niecodzienny obrazek z życia toskańskiej prowincji… 

WYTCHNIENIE, ULGA to po włosku SOLLIEVO (wym. solliewo)