zdjęcia

Klisza i aparat oraz zapach pomidorów

wtorek, lipca 02, 2024

Dom z kamienia, lato w ogrodzie, Kasia Nowacka

Jak pięknie pachną ogródkowe pomidory...

Kończę pierwszą turę lekcji, których dziś jest dużo, bo środę musiałam zrobić sobie wolną. Powód mało przyjemny, zdecydowanie wolałabym przez cały dzień trajkotać o zaimkach i congiuntivo, niż z takiego powodu mieć wolne pół dnia. Kończę zatem tę turę i schodzę do ogródka zebrać pomidory na obiad. Mięsiste, dorodne i tak pięknie pachną. Mam świadomość tego, że to luksus nad luksusami. 

W momencie, kiedy odlewam makaron wchodzi Mikołaj. Pognał do Faenzy z samego rana, żeby odebrać zdjęcia... 

W czasie szkolnej podróży do Francji kupił sobie na pamiątkę w sklepie ze starociami aparat fotograficzny Agfa, takie jak to kiedyś były modne - tradycyjna "małpa" na kliszę. 
Szczerze mówiąc myślałam, że to atrapa, a jeśli nawet nie atrapa to na pewno działać nie będzie. Nie chciałam jednak odradzać wydawania pieniędzy na kliszę, bo mądrala-dorosły to jedna z najgorszych plag. 

Nakupił tych klisz i pierwszą wypstrykał zaraz na początku wakacji, kiedy z przyjaciółmi nocował w górach. Na rodzinne wakacje wziął pięć klisz, ale już w Bilbao został bez ani jednej wolnej klatki. 

Po powrocie doradziłam, żeby na początek wywołał tylko jedną, bo jak się okaże, że nic na nich nie widać, to po co wyrzucać w błoto więcej pieniędzy. I dziś te zdjęcia odebrał - właśnie te z nocy w górach. Są fenomenalne!

Oczywiście nie o jakość chodzi. Jakość tamtych zdjęć - jaka była - większość urodzonych przed latami 90-tymi dobrze pamięta, tu chodzi o ich autentyczność, prawdziwość. Równie dobrze mogły być zrobione w latach 80-tych czy 70-tych i ten efekt udał się bez żadnych filtrów vintage.

Teraz nie mogę się doczekać, żeby wywołał zdjęcia wakacyjne, ten moment oczekiwania, kiedy odbierało się je od fotografa... Pamiętacie to jeszcze?

Teraz trzeba tylko kupić zapas albumów. Mam mam nadzieję, że jeszcze je produkują. 

Obiad wyszedł pysznie. Kolejne wydanie makaronu z cukinią i do tego pachnące, mięsiste pomidory...
A na jutro poproszę cichutko o kciuki.

Dobrej reszty dnia.

KLISZA w ROLCE to po włosku RULLINO FOTOGRAFICO

zdjęcia

Lipcowe zakończenie - lipcowa tradycja

wtorek, sierpnia 01, 2023

Dom z Kamienia Kasia i Mikołaj, blog o życiu w Toskanii

Przede wszystkim jeszcze raz z głębi serca - DZIĘKUJĘ! 
Dziękuję za tyle dobrych słów, życzeń, czułości! Byłam i jestem naprawdę wzruszona. 
Tak jak już pisałam chyba rok temu - najgorsze w moich urodzinach jest to, że na drugi dzień po nich człowiek budzi się już w sierpniu... Taka kolej rzeczy. Niech ten sierpień przyjemnie nam mija i podaruje jeszcze to, co najlepsze z gorącego lata. 
 
Tymczasem, żeby zamknąć kwestie lipca...
Musiało być koniecznie w lipcu. Jeśli tradycja ma być respektowana, to niech trzyma się też czasowych ram. Zdjęcie lipcowe, lipcowym musiało pozostać. Trudno uwierzyć, że przez cały miesiąc nie mieliśmy na to czasu. Wiecznie coś... 

Dom z Kamienia Kasia i Mikołaj rok po roku

I w końcu stoimy znów w tym samym miejscu, PRAWIE tacy sami dziesiąty raz z rzędu. Do pełnej kolekcji brakuje lat 2008 - 2014, ale nic nie poradzę na to, że z tym pozowaniem olśniło mnie spontanicznie dopiero w 2015 roku. Od tamtej pory nasza rodzinna tradycja trwa i mam nadzieję, że trwać będzie "wiecznie".

- A co jeśli wyjadę? - pyta Mikołaj. 
- Jak wyjedziesz to przecież  czasem wrócisz, chociażby po to, żeby na chwilę stanąć razem do zdjęcia...

Dom z Kamienia Kasia i Mikołaj, blog o życiu w Toskanii

- Niech mnie tak nie ściska - prosi Mikołaj. 
Już na szczęście ani fotografowany, ani fotografujący nie marudzą, że ludzie patrzą. Tylko ten uścisk Matki pewnie ciut przesadzony, bo Matka ma siłę drwala.
 
Inaczej się nie da. Może patrząc na dryblasa metr dziewięćdziesiąt z groszem trudno uwierzyć w bobasa na krzywych nóżkach, ale dla mnie ten bobas dalej jest w tym dryblasie i tak często jak mogę daję upust... zacałować, wyprzytulać, z siłą drwala!

Dom z Kamienia Kasia i Mikołaj rok po roku

Dom z Kamienia Kasia i Mikołaj, blog o życiu w Toskanii
2015 i 2016
Dom z Kamienia Kasia i Mikołaj, blog o życiu w Toskanii
2018 i 2007
Dom z Kamienia Kasia i Mikołaj, blog o życiu w Toskanii
2007 i 2019

Dom z Kamienia Kasia i Mikołaj, blog o życiu w Toskanii
2017, 2020, 2021

To już ostatnie zdjęcie "dziecięce". Za rok jeśli szczęśliwie dotrwamy, będzie zdjęcie z dorosłym człowiekiem. Wierzyć się nie chce, że pierwsze i ostatnie dzieli szesnaście lat. Dla Mikołaja niemal całe życie, dla mnie trochę więcej niż jedna trzecia. Jeszcze jeden powód do wzruszeń.

***
- Czy to był dla ciebie dobry dzień? - zapytał Tomek po raz enty, kiedy już kładliśmy się spać.
- Bardzo dobry i dziękuję szczególnie tobie. 
- Nie jest ci przykro, że nie podarowaliśmy ci nic materialnego?
- Podarowaliście mi dziś bardzo wiele.
- To znaczy? - zmarszczył brwi w oczekiwaniu na kolejny sentymentalny wywód rodzicielki w stylu "wy jesteście moim prezentem". 
- To znaczy, że podarowałeś mi swoją uwagę czas, żeby przygotować tort, że naprawdę zależało ci na tym, żebym miała udany dzień. 
- Acha... 

Niech nam sierpień ciepło i słonecznie panuje, niech się dobrze dzieje i może niech już się lokum dla Tomka znajdzie, bo nie chciałabym jeszcze całkiem osiwieć. 

Pięknego dnia! 

DRWAL to po włosku BOSCAIOLO (wym. boskaiolo)

zdjęcia

Kiedyś i teraz oraz gotowość na nowe

czwartek, lipca 09, 2020

Pierwsze zdjęcie zostało zrobione w ostatnim tygodniu czerwca lub pierwszym tygodniu lipca 2007 roku w czasie naszych pierwszych marradyjskich wakacji. Następny raz sfotografowałam się z Mikołajem w tym samym miejscu w 2015 roku - wtedy to wyszło zupełnie spontanicznie. Byliśmy pewnie na lodach, a mnie przypomniało się tamto ujęcie z rocznym Mikołajkiem i pomyślałam, że byłoby to ciekawe porównanie: kiedyś i teraz. 
Od tamtej pory każdego roku zaczęliśmy powtarzać to samo ujęcie. Od trzeciego roku zaczęłam bardziej dbać o detale, czyli o garderobę - moja zawsze ta sama jak na pierwszym zdjęciu - co sprawia, że zdjęcia robią jeszcze większe wrażenie. 
2015 i 2016
2017
2018 i 2007
2020

Na ostatnich zdjęciach mam wrażenie, że zamiast mojego dziecka stoi obok mnie jakiś dorosły mężczyzna. Do prawdziwej dorosłości jeszcze oczywiście "chwila", ale pomijając sam wzrost, który oczywiście już dawno nie jest dziecięcy, to również i to co w głowie też coraz mniej infantylne... Mały Mikołajek na krzywych nóżkach przepoczwarzył się w motyla...

Motyla, który - jak się w poniedziałek dowiedziałam - znalazł się w gronie finalistów konkursu poetyckiego dedykowanego Mugello i jego utwór będzie opublikowany w wydanej na tę okoliczność antologii! 
Pamiętam tę poezję, bo uderzyła mnie w niej dorosłość, oszczędność słów, minimalizm i sedno. Przytoczyłabym ją dziś z dumą, ale Mikołaj nie wie, nie pamięta, gdzieś wcisnął i żeby się pozachwycać, trzeba teraz na tę antologię poczekać. 


Lipiec powoli kończy swoją pierwszą dekadę. Ja zbieram pomidory z ogródka i kwiaty cukinii. Co jakiś czas opróżniam jakąś szufladę, powoli uwalniam przestrzeń. Mam potrzebę "oczyszczenia" tej przestrzeni wokół mnie. Mam potrzebę wymienienia na nowe tego i owego. Mam potrzebę wyrzucenia tego, co zalega od lat, co nie jest już potrzebne, co tylko ciąży, bo człowiek gromadzi całe życie jak chomik, a potem ten cały bagaż sprawia, że trudno coś zmienić, trudno ruszyć z miejsca. Zbędny bagaż ogranicza.
To jest plan na najbliższe tygodnie - oczyszczać, oddawać, pozbywać się. Mądra J. mówi, że to filozofia wschodu, więc tym silniej będę się tego trzymać. Potrzebuję nowego. Myślę, że na nowe jestem już gotowa. 
Dobrego dnia!

POTRZEBUJĘ to po włosku HO BISOGNO  (wym. o bisonio)

2018
2007 i 2019

I jeszcze na dokładkę poniedziałkowe zdjęcia Ellen "od kuchni": 


deszcz

Maj na dywaniku

poniedziałek, maja 13, 2019


Prognozy pogody w weekend sprawdziły się co do joty. Tak czy inaczej w niedzielę jakimś cudem złapałam kilka momentów bez deszczu, by sfotografować komunijne dzieciaki przed kościołem. Dopiero po obiedzie ktoś "na górze" odkręcił kurek z wodą na cały zycher i do tej pory zapomniał zakręcić. Rzeka pod oknami kotłuje się burymi bałwanami. Niebezpieczeństwa u nas nie ma, ale z nizin dochodzą mało optymistyczne wieści. Taka aura ma potrwać do środy... Wcześniej susza, teraz wody po kokardy!
Tak czy inaczej zdjęcia komunijne udały się, choć zestresowana byłam nie na żarty. To tak naprawdę pierwsze duże zamówienie poza Marradi. Pierwsze z serii zaplanowanej na najbliższy miesiąc. 


- Pusia czy ty sobie wyobrażasz, że tu nikt nie słyszał o Mapetach, o Ulicy Sezamkowej? 
- Niemożliwe!
- Możliwe. Jakie smutne musi być dzieciństwo bez Ciasteczkowego Potwora, bez Burta i Erniego! 
- A skąd wiesz, że ich nie znają?
- Pamiętasz mój tutorial po francusku i kokosowe ciasteczka? Na koniec dodałem dla śmiechu animację z Ciasteczkowym Potworem, myślałem, że to będzie zabawne. Niestety nikt się nie śmiał, bo nikt nie wiedział o co chodzi!

***
Głosy z drugiego pokoju.
- Pogramy w golfa? Albo w kręgle? W kręgle jestem najlepszy!
- Przecież ty nawet nigdy w kręgle nie grałeś?
- Ale jestem najlepszy! 
Cały Mikołaj. Tego na pewno nie ma po mnie!
W niedzielę w bardziej deszczowe chwile ustawiali kubeczki i improwizowali popularne gry. Za kij do golfa służyła zakopiańska ciupaga. W czasie deszczu dzieci się nudzą? Niekoniecznie!

***
Kolejny majowy poniedziałek czas start. Maj za chwilę wybije południe, a jego uroku jeszcze tak naprawdę nie posmakowaliśmy. Nie stara się maj w tym roku. Dni ładnych była garstka. Irysy deszczem sponiewierane. Ginestre jakby przestraszone zaciągnęły w kwitnieniu hamulec ręczny. Poziomki przestraszone nie mają siły się rumienić. Trzeba ten maj przywołać do porządku!
A tymczasem maj nie maj, deszcz nie deszcz, praca czeka! Dobrego tygodnia!

NUDZIĆ SIĘ to po włosku ANNOIARSI (wym. annojarsi)

Crespino

Nieuchwytny cel

poniedziałek, kwietnia 15, 2019


I tak oto w niedzielę zamiast siedzieć i odpisywać na maile, przepakowywać garderobę na letnią, sprzątać na przyjazd Mamy i Świty albo po prostu siedzieć i nic nie robić, ja znów biegałam za pociągiem... To stało się już obsesją. Faktem jest, że zabawę mamy przy tym przednią, ale chyba sprawdza się powiedzenie - że nie o to chodzi, żeby złapać króliczka, tylko żeby go gonić.
Po obiedzie ruszyliśmy się z domu na krótki spacer, bo choć chmury gęsto wisiały nad doliną, a termometr zatrzymał się na 14 stopniach, to jednak nie lało tak jak zapowiadali meteorolodzy. 
- Jedziemy szukać świerszczy? - zapytał Mario.
- Eeee nie, świerszczy nie, łąka mokra. 
- Może do Modigliany?  
- Niech będzie Modigliana. 
I ruszyliśmy, ale kiedy byliśmy na wysokości marradyjskiej stacji nasz wzrok przykuły kłęby dymu. 
- Pociąg!!!
Mario zaraz zawrócił i zajechał "z piskiem" przed budynek dworca. Wyskoczyliśmy w pośpiechu i fruuu na peron, bo pociąg coraz większe kłęby dymu wypuszczał, jakby szykował się do odjazdu. Poza nami na peronie było jeszcze kilku innych gapiów i fotografów. Stuletni pociąg to nie lada gratka!

- On jedzie do Florencji? - zapytał Mario jednego z nich. 
Człowiek odpowiedział mu po angielsku, więc po zdezorientowanym spojrzeniu Mario z serii "ratuj", ja brawurowo przejęłam konwersację gratulując sobie w duszy z całego serca. Pociąg istotnie jechał do Florencji i miał ruszyć "za chwilę" jak potwierdził nie bardzo uprzejmy maszynista. Wiadomo, że zwłaszcza w Italii określenie "za chwilę" jest bardzo nieprecyzyjne, ale pociąg buchał coraz bardziej.


- To co do Biforco? 
- A może lepiej tak jak wtedy Crespino? Tam mamy całą dolinę.
- Dobra! Crespino!
- Tylko ja kamery nie mam. 
- Zdążymy po nią? A ja nie mam ze sobą odpowiedniego obiektywu...
I tak dzikim pędem podjechaliśmy pod dom Mario, potem sprzed mojej furtki niemal bez zatrzymywania przechwyciłam sprzęt od Mikołaja, który uprzedzony o całej misji już czekał w gotowości. 
Dojechaliśmy do Crespino i znów tak jak kiedyś przycupnęliśmy na skalnej półce ponad miasteczkiem. Różnica była taka, że wtedy pogoda była bajeczna, tym razem siąpiło, dżdżyło, a zimna wilgoć wciskała się pod wiosenną kurteczkę. Po jakimś czasie podjechał samochód i dwóch innych fotografów wyskoczyło szukając dobrej pozycji. 
- Wiecie coś? Już ruszył? 
- O 13.10 ruszył z Marradi i ma mieć dwa postoje. 
Dochodziła już godzina 14.00, a na horyzoncie nie było widać żadnego dymu. Staliśmy tak jak dwa słupy pod parasolem, a mnie coraz bardziej telepało z zimna. 
- Odbiło nam! Żeby dla głupiego zdjęcia się tak poświęcać. 
Zaczęliśmy kalkulować ile czasu potrzeba na przejechanie tych nieszczęsnych 9 kilometrów i nijak nie pasowało nam, że od rzekomego odjazdu minęło już prawie półtorej godziny. O 14.30 Mario zarządził odwrót. 
- Ale wiesz, że przejedzie jak się tylko ruszymy?
- Eeee...

I tak było w istocie. W połowie drogi między Marradi a Crespino przy wylocie jednego z tuneli wisiała chmura czarnego dymu.
- Jest! 
Mario zaraz zawrócił w nadziei, że pociąg zatrzyma się na stacji w Crespino, a my zdążymy znów strategicznie się ustawić, ale widocznie fotograf miał niepotwierdzone informacje, bo pociąg przemknął, zadymił, gwizdnął i tyle go widzieli... A my znów musieliśmy obejść się smakiem.  


Mimo wszystko pojechaliśmy do Modigliany, tak jak było w planie, jednak pogoda wypłoszyła chyba wszystkich. Przeszliśmy szybko przez centrum z rękami zaciśniętymi w kieszeniach, sfotografowałam najpiękniejsze w okolicy glicine, zrobiliśmy rozeznanie w lokalnych festach, sprawdziliśmy kiedy będzie festa del sangiovese i niepyszni wróciliśmy do Marradi.  

Nowy tydzień na start. Tydzień wielkanocny. Tydzień, kiedy do Domu z Kamienia znów zawita Mama i Świta. Dobrego dnia!!!

GONIĆ to po włosku RINCORRERE (wym. rinkorrere)

braki

Niedobory

wtorek, lutego 19, 2019


Pola i łąki wyżej w górach są jeszcze bardziej zimowe niż wiosenne, choć oczywiście tu i tam coś już nieśmiało kiełkuje. Gałązki drzew zaczynają się ożywiać i z dnia na dzień widać na nich coraz wyraźniej zielone pąki. Magnolia przy supermarkecie wiosennie pęcznieje i już doczekać się nie mogę, kiedy obsypie się bladym różem. Do kwitnących kwiatów dołączyły teraz żonkile i przylaszczki.  


Niemal każdego dnia staram się urwać chwilkę dla siebie na dłuższy lub krótszy spacer. Maszeruję szosą, polną drogą, górską ścieżką. Przystaję, oddycham, szukam nowych śladów wiosny odkrywam kamienne rudery w najmniej oczywistych miejscach. Czuję po zimie tak silny niedobór gór, przestrzeni i zieleni, że momentami aż mi słabo. Za tym idą oczywiście inne niedobory, ale to już osobny problem... 

Może wreszcie dziś zabiorę się za wspomniane "oczyszczanie" przestrzeni... To tak ładnie brzmi, a przecież w gruncie rzeczy chodzi o wywalenie tego co niepotrzebne. Nie chomikować! Nie magazynować! Nie zagracać! Nie wypełniać sobie świata tym co zbędne.  
 

***
 - Uwierzysz, że prof S. użala się na nas, że jesteśmy za porządni?
- Żartujesz? Ale że niby jak za pożądni?
- Za poważni, za cisi... 
- Świat do reszty zwariował. 

***
Mikołaj szykuje się na karnawał. Ogląda Blues Brothers i kompletuje strój. Tomek odmówił udziału w swoim balu "półrocznym". Próbowałam namawiać, przekonywać, ale szczerze mówiąc trudno było dyskutować z jego argumentami. Jaka matka taki syn...

***
Moje zdjęcia ze sztuki sobotniej bardzo się podobały i były szeroko komentowane. Podobnie ostatni dodany do fotograficznego fanpejdża album. To oczywiście miłe i przynajmniej teoretycznie powinno pomóc w łaskawszym spojrzeniu na samą siebie, ale... gdzie tam! Tu jak widać też mam poważne niedobory. Niby coś robię, a wciąż mam poczucie dreptania w miejscu. Może robię za mało? Może wciąż za mało we mnie odwagi?

NIEDOBÓR po włosku to CARENZA (wym. karenca)

góry

Niby relaks, pani awaria, lęki i nowe sprawy.

wtorek, lutego 12, 2019


Marudziłam o te góry i marudziłam, aż wymarudziłam i w poniedziałek nim nastało południe dwuosobowa panda wturlała się na przełęcz Cavallary. Relaks! Relaks! Potrzebny mi relaks! Cisza gór! Lekkość głowy! Przez chwilę się nie martwić! 
Plan był dobry...
W momencie gdy zarzucałam na ramiona plecak, zadryndał watsapp. Cud, że w tych górach w ogóle jakiś sygnał się przemknął. Miałam zamiar machnąć ręką i telefonu nie dotykać przez całe moje górskie bytowanie, ale potem pomyślałam, że może to Tomek wraca jednak wcześniej więc warto sprawdzić. 
Wyciągnęłam telefon i zbladłam... "Kasia, czy już dojeżdżasz?" - pisał ktoś z numeru, którego nie miałam w kontaktach. "Gdzie dojeżdżam?" - pomyślałam sobie - "w góry przecież idę, relaks, relaks!" 
O matko! - zaraz mnie też olśniło! To musi być V. "Ważne spotkanie" jest nie we wtorek tylko jednak dziś!!! Jak mogłam pomylić???? Ja?? Ja, która zawsze jest na czas albo i przed czasem!! Internet pojawiał się i znikał, a ja szłam błotnistym szlakiem i trzęsącymi palcami wystukiwałam na telefonie litanię błagalno - przepraszająco - tłumaczących się wiadomości. 
Mario co jakiś czas tylko się odwracał i posyłał mi piorunujące spojrzenia, co było jak najbardziej zrozumiałe. Pewnie sobie myślał: "najpierw marudzi o góry, a potem idzie i przez dziesięć minut wzroku nie odrywa od telefonu". 
W końcu V. napisała, że mam się nie martwić, wszystko dobrze, że widzimy się we wtorek. 
Dobrze - nie dobrze, bo mój spokój i relaks szlag trafił. Starałam się mimo wszystko wyciszyć głowę, ale jednak po takim wstępie nie było to już wcale takie łatwe... Nie potrafię być wyrozumiała wobec samej siebie. Dla innych całkiem sporo, dla siebie samej - zero tolerancji.


Spacer oczywiście był piękny, choć wyżej w górach natura jeszcze przysypia ostatnią drzemką. Granie i doliny, buki i dęby, błoto pod nogami, a nad głową lazur i chmury na zmianę. Próbowaliśmy odtworzyć fragment szlaku, którym wędrowałam dawniej z moimi gośćmi, ale coś nam się poplątało. Trochę zbłądziliśmy, zahaczyliśmy o jakiś szałas, którego wcześniej nie widziałam, znaleźliśmy srebrzysty dąb jak z bajki, a potem znów wróciliśmy na szlak, doszliśmy prawie do "Segacci", na kamieniu za wiatrem zjedliśmy kanapki i w końcu ubłoceni po kolana zaczęliśmy kierować się do punktu wyjścia.  

Zrobię zdjęcie, to łatwiej znajdziemy szlak, z którego schodzimy...  


- Czasem, kiedy mam czas przysiąść i popatrzeć w niebo, zastanawiam się dokąd lecą samoloty, które nad moją głową zostawiają biały ślad. Jak myślisz - tamten dokąd leci? 
- Pewnie daleko... - odpowiedział lapidarnie Mario i tyle było moich wywodów.


- Zobacz, kupa wilka. Można z niej wiele wyczytać. 
- Na przykład kogo zjadł?
- Ten zdaje się pożarł małego dzika.


 Wróciliśmy utytłani po kolana. Relaks nie do końca mi się udał, bo już przez całą wyprawę kołatała mi się z tyłu głowy myśl, że nawaliłam w tak ważnej sprawie. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że dziś uda mi się zaprezentować z lepszej strony i że w ogóle coś z tego będzie. Poproszę uprzejmie o kciuki!  

Chwalę się też kolejnym krokiem "ku czemuś". Na fejsbuku możecie polubić i pomóc mi wypromować mój nowy "fanpejdż", dedykowany ślubom i fotografii - KASIA NOWACKA. Dopiero słowa mojej przyjaciółki, pomogły mi przezwyciężyć własne lęki. "Kiedy masz opory, kiedy się boisz, wyobraź sobie jakieś marzenie twoich dzieci, które chcesz spełnić" - powiedziała S. Bardzo zapadło mi to w serce. Postanowiłam mniej się bać, a co mi z tego wyjdzie czas pokaże.

DOBREGO WTORKU!

"ZALAJKOWAĆ" to po włosku METTERE "MI PIACE" (wym. mettere mi piace)

Capodanno

Wspomnień czar - rok 2018 w obrazkach

poniedziałek, grudnia 31, 2018


Choć wciąż wydaje mi się to abstrakcją najwyższych lotów, to chyba czas oswoić się z myślą, że za kilkanaście godzin wybije początek 2019 roku. Jak zauważył Tomek - już za rok zaczniemy lata dwudzieste trzeciego tysiąclecia! 
To był bardzo intensywny rok. Rok, w którym przez Kamienny Dom i inne domy marradyjskie przewinęło się około setki moich Czytelników - starzy bywalcy i nowi, a na kolejny sezon już wypełnia się grafik i to jest chyba mój największy i najmilszy sercu sukces. To był też rok, w którym pomogłam stanąć dwum parom na ślubnym kobiercu i kilka par nowożeńców uwieczniłam w moim obiektywie. To był rok mojego debiutu telewizyjnego i nowego doświadczenia, jakim była praca na planie. Dla Tomka to był rok końcowych egzaminów w gimnazjum i startu w liceum. Poza tym nawiedziła nas zima stulecia, postanowiliśmy zmienić dom, przetrąciłam sobie nogę, wychowaliśmy kaczkę, a Biforco znów dostało ruszt... 

Ciekawa jestem jakie wspomnienia wyskoczą za chwilę z naszego "magicznego słoika", który przez te dwanaście miesięcy wypełnił się po brzegi. 

Chcę ten rok zakończyć tak jak lubię - górską wyprawą, a potem, jak już odpoczniemy, weźmiemy butelkę prosecco, jakieś przekąski i ruszymy do domu Contessy, by tam powitać Nowy Rok.

Nie stawiam sobie nowych zadań, nie robię postanowień. Dalej idę drogą, którą sobie wytyczyłam kilka lat temu, wierna swoim ideałom. Nie ma sensu wciąż spalać się w pogodni za czymś. Lepiej, żyć tu i teraz.


KOCHANI!
I tego właśnie Wam życzę: umiejętności skupienia się na DZIŚ, bo tylko dziś jest pewne. 
Szeroko otwartych oczu i umiejętności dostrzegania drobiazgów. Optymizmu i siły, nawet jeśli wiatr wieje w oczy. Zdrowia Wam życzę, bo z tym to nie ma co dyskutować. 
Życzę Wam uśmiechu na twarzy, brawury w marzeniach, spokoju i cierpliwości, bo marzenia i tak spełnią się wtedy, kiedy nadejdzie ich czas.


Tradycyjnie zapraszam Was na fotograficzny spacer po kończącym się roku. Przeżyjmy to jeszcze raz:  

Rok 2018 zaczął się u Contessy, to już chyba nasza świecka tradycja.
Stało się zadość też innej tradycji i Mario znów wystąpił w roli Befany,
a w Nowy Rok wjechał na nowych czterech kółkach i tak oto legendarny Ranger zastąpił nissana.
Epifanię spędziliśmy we Florencji i odkryliśmy jej kolejną wielką tradycję - przemarsz orszaku trzech króli.
Z końcem stycznia, niezrażona wigilijną wizytą strażaków, znów zawitała do Biforco Mama ze Świtą!
Pogoda była piękna i dni kosa mamiły pierwszymi prymulkami
W styczniu zawitali do Domu z Kamienia też inni Goście i tak oto zaczął się turystyczny sezon.
Nie tylko prymulkom wydawało się, że zawitała do nas przedwczesna wiosna. Zakwitły pierwsze fiori di san Giuseppe, 
a ja cieszyłam się pierwszą w tym roku górską wyprawą w towarzystwie Ellen.
I wtedy nadciągnął nad Italię Burian, a potem jego krewny Burian Bis i Big Snow. Śniegu było tyle, że w Biforco ruszyły do pracy koparki.
Mówiło się, że Italię nawiedziła zima stulecia.
Chłopcy cieszyli się jak wariaci i bez umiaru korzystali ze śniegowych uciech.
Przed naszym domem znów pojawili się Olaf i Olaf Junior, budząc wielkie zainteresowanie przechodniów. 
W najmroźniejszą noc minionego roku temperatura spadła do -14 stopni i sadownicy Romanii przez długie godziny palili ognie, by ratować swoje plantacje. Taki oto mieliśmy - nomen omen - ogień dla marca - "lume a merz".
Po takiej zimie trudno było znaleźć oznaki wiosny. Wizytówka bloga to tylko kilka gałązek kwitnącej, dzikiej czereśni.
W końcu wiosna nabrała rozpędu...
W Wielki Piątek zawitaliśmy do Rzymu,
a w Wielkanoc cieszyliśmy się prawdziwie wiosennym piknikiem na plaży w Lido di Dante.  
By dobrze zakończyć święta wielkanocne ruszyliśmy na pierwszą wiosenną wyprawę - nad Acquachetę. 
Wraz z wiosną ruszyły też wszystkie marradyjskie atrakcje, 
a okoliczne wzgórza oblały się fioletem szafirków.
Wiosenni Goście spacerowali po górach, biesiadowali, łowili ryby i oczywiście...
odkrywali ze mną Florencję.
W wolnej chwili ruszaliśmy na krótkie wyprawy i tak kwiecień zakończyliśmy wycieczką po Chianti.
Świat robił się coraz piękniejszy, z szafy wyciągnęłam w końcu ulubione sukienki i w każdej wolnej chwili biegałam po łąkach.
Popołudnia wypełniały nam spacery, rozmowy i lody, moje ulubione to niezmiennie te o smaku prosecco.
Wraz z końcem kwietnia w domu z Kamienia zamieszkali nowi lokatorzy Hans i Christian.
Bardzo zestresowana i stremowana przeżyłam moje pierwsze telewizyjne doświadczenie.
Z wiosny zrobiło się lato i znów mogliśmy biesiadować pod gołym niebem.
Miniony rok, to rok dwóch ślubów - w maju powiedzieli sobie tak Paula i Grześ.
Również w maju Mikołaj skończył 12 lat
i też w tym samym miesiącu do Marradi wróciła Mama. 
Okazja była wyjątkowa - jej pierwszy wnuk przyjął bierzmowanie.
Tamten dzień zabrał też niestety Christianowi brata (lub siostrę), a sam Christian wkrótce okazał się Cristiną.
W czerwcu ruszyliśmy we troje na pierwszą i niestety - o czym jeszcze nie wiedziałam - na ostatnią w tym roku stralunatę.
Z końcem miesiąca blog znów zmienił wizytówkę, a zdjęcie z rowerem według pomysłu Mario okazało się strzałem w dziesiątkę.
Przez cały rok wracaliśmy do Florencji niezliczoną ilość razy.
I równie często kąpaliśmy się w morzu, bo lato jakby chciało nam wynagrodzić surowości zimy.
Czas jest nieubłagalny nawet dla dzieci - Tomek skończył 14 lat, a dla mnie to taka sama abstrakcja jak i jutrzejsza data. 
Lipiec rozkręcił się imprezami, a Dom z Kamienia wciąż wypełniał się Gośćmi.
Wracali stali bywalcy, którzy zyskali miano przyjaciół i pojawiali się nowi, którzy być może kiedyś przyjaciółmi się staną...
Wiosenne deszcze i letnie słońce sprawiły, że ogródek obrodził wyjątkowo hojnie!
Lipiec dobiegł końca, a na moim torcie zapłonęło 41 świeczek.
Sierpień rozpoczął się rywalizacją o złoty ruszt, 
który ku wielkiej naszej radości znów trafił w ręce Biforco!
Ta wygrana osłodziła nieco ofiarę poniesioną przeze mnie w czasie jednej z finałowych konkurencji, ale skręcona kostka miała dawać o sobie znać jeszcze przez długie miesiące.
Tak czy i inaczej sierpień zapisał się jako najbardziej intensywny miesiąc w całym roku. Wtedy po raz trzeci powróciła ze Świtą Mama.
Sierpień to też słynna marradyjska Noc Czarownic, na której w tym roku wystąpiliśmy jako Alicja, Kapelusznik i Królik.
Dom z Kamienia pękał w szwach i kiedy ja padałam bez siły, Mario prowadził przyspieszone kursy robienia pizzy.
Na drzewach powoli zaczynały dojrzewać marroni 
i to właśnie pod najstarszymi w okolicy kasztanowcami odbył się najbardziej niezwykły piknik mijającego roku. Było nas w sumie 22 osoby - 10 dorosłych i 12 dzieci. 
Nieubłagalny czas gnał na przód. Ostatnie w tym roku dni w Marradi naszych letnich Gości dobiegały końca 
i już powoli zaczynaliśmy się żegnać, a prawie wszystkie pożegnania skąpane były we łzach...
Lato jednak trwało dalej i jeszcze kilka razy udało nam się wyskoczyć wakacyjnie nad morze.
Aż nadszedł czas, że i dla nas wakacje dobiegły końca, a Tomek ruszył w wielki świat i rozpoczął swoją licealną przygodę.
Mikołaj potrzebował dużo czasu, by przyzwyczaić się, że nie ma już brata na tym samym szkolnym korytarzu i każdego dnia tak samo wypatrywał z utęsknieniem pociągu. 
Decyzja o zmianie domu ostatecznie umarła śmiercią naturalną. We wrześniu ruszyły prace remontowe w Kamiennym Domu, a my zostaliśmy tu, gdzie byliśmy na następne kilka lat. SYF - to było najczęściej powtarzane wtedy słowo.
Jesień wybiła w kalendarzu, ale aura dalej nas rozpieszczała, więc nowa wizytówka bloga pozostała w nieco letnim klimacie, jak na Toskanię przystało.
Noga dokuczała i za nic nie chciała wrócić do poprzedniego stanu. Skapitulowałam więc i zaczęłam wyprawę po lekarzach.
Zwichnięta noga nie potrafiła jednak uziemić mnie w domu na dłużej. Nawet dwa prawdziwki warte były wysiłku. 
A potem nastał październik i Marradi wypełniło się gwarem kasztanowych sagr. 
Z tą samą namiętnością fotografowałam kasztany i kasztanowe gaje.
Do Marradi zawitali jesienni Goście i razem ruszyliśmy na szlak. Musiałyśmy z O. odpuścić Martwą Babę, ale ponoć co się odwlecze, to nie uciecze...
Jesienią nowożeńcy stawali przed moim obiektywem kilka razy.
W wolnym czasie niezmęczeni zgłębialiśmy nowe sekrety Florencji.
Powoli powoli zaczynałam wracać na szlak. Po przygodzie z nogą chodzenia i gór brakowało mi najbardziej.
Listopad, czyli niby już po sezonie, okazał się bardzo pracowity, ale efekty tej pracy wywoływały szczery uśmiech na twarzy.
Przy stole zasiadali ostatni jesienni Goście,
i hahaha i gadu gadu trwało często do nocy...
Wszyscy się zmieniliśmy, ale o ile tamten rok należał do przemian Tomka, w tym zaczął dorastać Mikołaj, którego jednak wciąż nazywamy bobasem.
Nim się obejrzałam, nadszedł 1 grudnia i na ścianie zawisły woreczki kalendarza adwentowego, które dwóch nastolatków otwierało z wciąż dziecięcym entuzjazmem.
Marradi inaugurowało z sukcesem nową festę - Marron d'Inverno,
a my jak co roku, pielęgnowaliśmy nasze domowe tradycje i upiekliśmy tonę pierników wesoło przy tym podśpiewując.
Fascynacja Florencją i Medyceuszami sprawiła, że w grudniu zawitaliśmy do toskańskiej stolicy jeszcze dwa razy, wciąż jej ciekawi i spragnieni.
Na blogu ostatni raz w tym roku zmienił się wystrój i tak jak przy poprzednich porach roku, tak i tym razem autorem pomysłu był Mario.
Nadeszły święta i Dom z Kamienia wypełnił się rodzinnie.
Do wigilijnego stołu tym razem nie dosiedli się żadni nie spodziewani goście.
Świąteczne dni minęły nam ciepło i spokojnie.
A ja nie byłabym sobą gdybym nie wyciągnęła Gości na szlak.
 I tak oto doszliśmy do końca 2018, a ja z całego serca życzę Wam dziś:. 

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!
FELICE ANNO NUOVO!

Do zobaczenia w 2019 roku!