szpital

Kolejny odcinek telenoweli o moich szpitalnych przygodach

piątek, lutego 18, 2022

Sekrety Florencji - blog o życiu we Włoszech, Katarzyna Nowacka

Niewiele po ósmej autobus zatrzymał się przed szpitalem. Wszystko poszło nad podziw gładko, jeśli nie liczyć dziesięciominutowego opóźnienia pociągu na samym starcie w Biforco. Potem już jak po maśle. Spacer ze stacji na San Marco i zachwyt o świcie Duomo. To było cudo! Niemal bez żywej duszy dookoła. 

Na San Marco śniadanie i zaraz po wyjściu z baru autobus jak na zamówienie, więc tak oto pół godziny przed czasem byłam na miejscu. Aż mnie dopadły wątpliwości, że skoro tak gładko poszło, to może na przykład pomyliłam dzień... Próbowałam przegnać te myśli z głowy, ale jakiś chochlik z tyłu cichym głosikiem przypominał jedno z praw Murph'ego - jeśli coś może się wydarzyć - wydarzy się na pewno.

Sekrety Florencji - blog o życiu we Włoszech, Katarzyna Nowacka

Na wejściu strażnicy skierowali mnie w odpowiednim kierunku. 
- Jeśli risonanza to tamtym korytarzem mniej więcej do połowy i w prawo. 
- Grazie.

Z racji wczesnej pory w rejestracji nie było żadnych pacjentów, więc znów się ucieszyłam, że tak mi się udaje bez pośpiechu. Wyciągnęłam moje skierowanie oraz kartę medyczną i podałam pani w okienku. 

Pani wystukała coś na komputerze i popatrzyła na monitor, jeszcze raz postukała i znów popatrzyła, postukała tak jeszcze kilka razy i tylko coraz bardziej marszczyła czoło... 

- Słuchaj, zobacz ty, bo ja nie rozumiem - powiedziała do koleżanki z sąsiedniego okienka.  
- Pomyliłam dzień? - wtrąciłam się trzęsącym głosem - Nie ma mojego badania dziś? 
- Jest, jest. To lekarz się pomylił i skierowanie wystawił na kogoś innego. "Nołaka"?
- Tak, Nowacka. 
- Musi pani wrócić do przychodni i tam trzeba zmienić skierowanie. 

Miałam zapas czasu więc spokojnie - znałam już przecież drogę - wróciłam do pierwszej rejestracji. 
- Ale to nie u nas - powiedział pan w okienku oddając mój świstek.
- A gdzie? 
- Skąd pani ma to skierowanie?
- Od neurologa. 
- To trzeba do rejestracji, ale na neurologii. Czwarte piętro, korytarz B. 

Przyspieszyłam kroku. Wpadłam do drugiej znanej mi już rejestracji i szybko wyjaśniłam w czym problem. 
- Ale to tylko lekarz może zmienić. Kto to wystawił?
- Dr X. 
- Chyba właśnie przyszedł. Powinien być na drugim piętrze, na oddziale neurologii. 
Teraz już nie szłam, tylko znowu biegłam. Windy prawie nigdy nie używam, bo winda to zawsze strata czasu. Przeskakując po dwa schodki zaraz znalazłam się przed drzwiami:
"Neurologia! Zakaz wstępu!" 
- Przepraszam, potrzebuję bardzo pilnie porozmawiać z lekarzem, a tu nie można wchodzić - zaczepiłam przechodzącego sanitariusza. 
- Tu jest domofon. 

Chwilę trwało zanim wezwano lekarza, zanim lekarz wypisał nowe skierowanie żartując przy tym skąd mu się jakaś Milena wzięła, ale zaraz szczęśliwa z dobrym skierowaniem gnałam znów do pierwszej rejestracji. Dopadłam do okienka machając kartką zupełnie jakby to był totalizator, a ja miałabym w ręku wygrany los. 

Kobieta tym razem wstukała wszystko spokojnie, a ja przez chwilę mogłam poobserwować codzienne szpitalne życie. 
- A ty słyszałeś ostatniego "niusa"? - zapytała się lekarza, który przysiadł obok z kawą. 
- Jakiego? 
Głową dała znak, że nius jest bardzo tajny, do przekazania jedynie na ucho. Lekarz nachylił się i zaraz na cały głos prychnął, a potem skomentował:
- Chyba byłaś jedyna w całym szpitalu, która jeszcze o tym nie wiedziała!   

Kobieta wzruszyła ramionami, a mężczyzna usiadł, by dopić swoją kawę. 

W tym momencie wszedł drugi lekarz. Nie! Wróć! Nie lekarz! Wszedł Raoul Bova! O Gesù! No przecież go chyba musiał Michał Anioł dłutem haratać - nie pamiętałam z jakiej bajki czy filmu to określenie, ale bardzo tu pasowało i bardzo mnie ten widok rozkojarzył. 
- Korytarzem w prawo i potem znów w prawo - kobieta podała mi plik papierów i chwilę potem zawołała - nie tym korytarzem! Tym następnym!

Sekrety Florencji - blog o życiu we Włoszech, Katarzyna Nowacka

W końcu dotarłam do miejsca przeznaczenia. Równo z zegarkiem, a nawet pięć minut przed czasem mimo końcowych przeszkód. Miła pielęgniarka zaraz wzięła ode mnie dokumenty i zabrała się za przygotowanie badania. 
- Masz badanie krwi?
- Mam - odpowiedziałam szybko. Zdziwiłam się, bo nikt mi nie mówił, że mam mieć. Na szczęście miałam i to nie dlatego, że jestem przezorna, tylko dlatego, że jestem leniem i noszę tak całą kopertę ze wszystkimi badaniami z ostatnich miesięcy. Tomka badania też przy sobie miałam. 
- Jesteś na czczo? 
- Na czczo??? - Nie mogłam ukryć zdziwienia i zaraz przypomniała mi się pyszna, jeszcze ciepła brioszka z kremem i kawusia na San Marco. - Nikt mi nie powiedział, że mam być na czczo. 
- A czekaj, czekaj, u ciebie bez kontrastu!
- Czyli badania krwi też niepotrzebne? - zapytałam retorycznie i upchnęłam kopertę znów w plecaku. 
- Siadaj sobie - zaprosiła pielęgniarka - najpierw trochę pytań. Przeszłaś jakieś operacje? 
- Tylko dwa cesarskie cięcia. 
- Żadnych płytek w głowie? Metalowych protez? Rozruszników serca?
- Nic z tych rzeczy.
- W ciąży nie jesteś?
- Uchowaj Boże!
- Zęby wszystkie twoje?
- Wszystkie moje. 
- Piercing?
- Nie.
- Tatuaże? 
- Czysta jak łza.  
- Ale makijaż permanentny jest - spojrzała na moje oczy.
- Nie, nie! To moje dzieło! - Odpowiedziałam dumnie. 

Rzeczywiście makijaż udał mi się cudnie, nawet jeśli tego dnia była 4.00 rano, kiedy się malowałam, ale przecież po szpitalu czekała mnie randka z Ukochaną. 

- Ładnie - przyznała z uznaniem i zaraz brutalnie dodała - będziesz musiała to zmyć. 
- Słuuuchaaam????
- Niektóre kosmetyki mogą zawierać metal. 
Westchnęłam, bo nie było o czym dyskutować. 

- W łazience są chusteczki dla bobasów. Zaraz ci wszystko pokażę. 
Zakończyłyśmy ankietę i kobieta poprowadziła mnie do malutkiej przebieralni, wyjaśniła, co mam zdjąć i co założyć. 

Sekrety Florencji - blog o życiu we Włoszech, Katarzyna Nowacka

Najpierw w łazience "dupnymi" chusteczkami zmyłam z bólem serca makijaż, potem ściągnęłam smartwatcha, dwie sznurkowe bransoletki z metalowymi zawieszkami, nałożyłam flizelinowy czepek - dobrze, że w pokoiku nie było lustra... Do tego flizelinowe wdzianko i bambosze ochronne na stopy. 
Wyszłam. Zaprezentowałam się pielęgniarce dumna, że tak szybko się uwinęłam. 
- Ściągnęłaś całą biżuterię?  
- Z tą CAŁĄ biżuterią to przesada, ale tak - na dowód wyciągnęłam przed siebie ręce i wtedy zobaczyłam na palcu pierścionek. Malutki, srebrny pierścionek mojej Mamy, który znalazłam ostatnio, kiedy rozpakowałam kolejne przeprowadzkowe pudło. 
- Ojć! O tym zapomniałam!
- My to jesteśmy rompiscatole, co? 
- Nie, nie, to ja jestem gapa.
- I te łańcuszki na szyi też - dodała kobieta mimochodem - mówiłam, że jesteśmy rompiscatole...  

W końcu bez makijażu, bez biżuterii, zestrojona jak nie powiem co, wkroczyłam dziarskim krokiem do sali, gotowa do badania, a tam... 
O Gesù! Raoul Bova 2! 

Poczułam się tak jakby wszechświat postanowił się na mnie zemścić za każdy przejaw próżności w moim życiu... Wyglądałam jak siedem nieszczęść, a lekarz wyglądał jak bożyszcze włoskiego kina.  
- Proszę! - klepnął szarmancko (albo tak mi się tylko wydawało) w materac łóżka, zwanego klaustrofobiczną trumną i widząc, że zdezorientowana jak gołąb przekrzywiam głowę to w jedną to w drugą stronę, zaraz dodał - głowa tu. 
- Oczywiście!
- Robiłaś to już? (Rezonans oczywiście miał na myśli)
- Tak to mój trzeci raz. 
- Zawsze głowa? 
- Nie. Raz głowa, raz kostka - odpowiedziałam tonem weterana.
- Kiedy?
- Oooo! Kostka to niedawno, ale głowa to ze dwadzieścia pięć lat temu - nawet nie dokończyłam zdania i już miałam ochotę odgryźć sobie język. Jasne - powiedziałam w myślach - wyglądasz jak "milion dolarów", to jeszcze pochwal się ile masz lat...
- Cierpisz na klaustrofobię?
- Nieeee! A skąd! 
- Chcesz zapalone czy zgaszone światło? 
- Wszystko mi jedno. 
Zgasił.
- Nieee! Jednak zapalone! Mam się nie ruszać?
- Właśnie. Nie krzyżuj nóg i nie krzycz, bo i tak cię nie usłyszymy. Jeśli będzie jakiś problem, naciśnij alarm. - Tu Raoul Bova 2 wsunął w moją dłoń mały przedmiot. - Wszystko jasne?
- Chyba tak. 

Nie będę opisywać badania, bo już i tak zrobiła się epopeja, kto rezonans kiedykolwiek robił ten wie z czym to się je. Oczywiście, mimo zapewnień, ogarnęła mnie panika, więc przez dziesięć minut próbowałam wykorzystać techniki oddychania jakich nauczyła mnie joga. Próbowałam opanować się i pisać w głowie dla zabicia czasu. Zacisnęłam oczy, żeby nie widzieć nic a nic. Starałam się nie myśleć o tym, że zaraz na pewno zachce mi się kaszleć albo kichać. Badanie przeżyłam. Na wyniki poczekam kilka dni. Do wszystkiego próbuję podejść na wesoło, co oczywiście nie znaczy, że w środku się nie stresuję. 

Sekrety Florencji - blog o życiu we Włoszech, Katarzyna Nowacka

Tymczasem z zaplanowanych atrakcji we Florencji żadna nie doszła do skutku, ale mam dla Was kilka nowych sekretów, te jednak będą musiały poczekać do jutra. Pięknego weekendu, jeśli ktoś już na weekendowym starcie! 

Ps. Jeszcze raz wielkie dziękuję dla wszystkich, którzy się wczoraj martwili, słali dobre słowa, pamiętali. Niewiarygodne, że tak wiele osób było blisko duchem, tyle osób, których nawet w życiu osobiście nie spotkałam, albo spotkałam tylko na chwilę. Bardzo dziękuję <3

ROMPISCATOLE to ktoś kto "ZAWRACA GITARĘ", ktoś UPIERDLIWY:) 

szpital

Prawie jak maratończyk, czyli opowieść, która wciska się bez kolejki

sobota, stycznia 29, 2022

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii

Obiecałam opowieść o tarasach Duomo, ale inna opowieść wciśnie się dziś bez kolejki, bo nie mogę nie opowiedzieć o mojej małej wielkiej podróży na umówioną w szpitalu wizytę. To będzie długa opowieść...

Jak już chyba wszyscy wiedzą, po moich ostatnich przygodach ze "zmorą", postanowiłam zrobić z tym porządek i przede wszystkim upewnić się, że zmora to TYLKO zmora i znaleźć sposób jak z nią walczyć. Kiedy kilka tygodni temu w przychodni miła kobieta cudem znalazła mi tak bliski termin wizyty u specjalisty i do tego wszystkiego za grosze, bo na fundusz, nie kręciłam nosem na lokalizację, tylko z wdzięcznością klasnęłam w ręce. Kto jak kto, ale ja choć żyję bez auta, wszędzie potrafię się dotelepać. 

Szpital pod Florencją musi mieć przecież jakąś komunikację z miastem.

Już kilka dni wcześniej przy pomocy wujka Google opracowałam sobie dojazd. Wahałam się czy ruszać szkolnym pociągiem o świcie, czy jednak na spokojnie tym o 8.00. Ostatecznie zdecydowałam, że lepiej zwinąć się wcześniej, a we Florencji miło będzie zjeść śniadanie i ewentualnie zafundować sobie poranny spacer. 

Dotarłam do Florencji zgodnie z planem i zaraz ruszyłam na stację autobusów, by kupić bilet i upewnić się, czy to rzeczywiście stąd mam wyruszyć...

W całej mojej włoskiej karierze osoby niemiłe, niechętne do pomocy mogłabym chyba policzyć na palcach jednej ręki. Nawet tak na szybko, żadnej sytuacji nie potrafię sobie przypomnieć, ale wczoraj zderzyłam się z wybitnym ignorante, żeby nie powiedzieć "coglione". Mężczyzna w informacji powiedział mi bardzo "mniej więcej", że jest "jakiś" autobus, który odchodzi z "jakiejś tam ulicy" albo inny z Piazza przy Fortezza da Basso o 9.10. Uczepiłam się konkretnych danych i poszłam spokojnie na wspomniany plac. 

Rozkład jazdy na przystanku informował jednak, że autobus do Bagno a Ripoli odjechał o 8.10. Zrezygnowana podeszłam do grupki kierowców, oczekujących na swój kurs i zapytałam, czy to możliwe, bo mam przecież informacje ze źródła, że powinien dopiero wyruszyć. 

- Pojechał, pojechał! Następny jest po 11.00. 
- To za późno. 
Zaraz też wyciągnęłam moje skierowanie na wizytę, na której był dokładny adres i poprosiłam chłopaków o pomoc. W przeciwieństwie do pana z okienka byli bardzo pomocni i zaraz zaczęli się głowić jakim autobusem mnie tam wysłać. 
- Szpital Santa Maria... hmmm... - chłopak wpatrywał się w telefon - Bagno a Ripoli...
- Autobus 23! Tak tak! 23 albo 23 A. 
- Grazie mille! A skąd odchodzi? 
- Przystanek jest przed stacją.
Jeszcze raz podziękowałam i ruszyłam znów do punktu wyjścia. 

Nie mogłam jednak nigdzie znaleźć przystanku autobusu 23, więc znów niechętne poszłam "do okienka".
- Ten autobus, o którym pan mówił, odjechał o 8.10. Tak powiedzieli inni kierowcy i tak jest napisane na rozkładzie na przystanku. 
- Źle ci powiedzieli, jest o 9.10 to autobus, który jedzie do Montevarchi. 

Nie miałam zamiaru znów zataczać takiego samego kółka, więc poprosiłam: 
- Powiedzieli też, że dojadę zwykłym autobusem 23. Skąd odchodzi?
- Jeśli wyjdziesz tędy, to skręć w prawo, potem w lewo, potem w prawo i zaraz przed sklepem...
Pogubiłam się mniej więcej w połowie instrukcji. Podziękowałam na odczepnego i poszłam szukać sama. 
Szukałam bez skutku i powoli ogarniał mnie coraz większy niepokój, bo czas się kurczył. Jeszcze nie wyruszyłam, a już miałam w nogach prawie pięć kilometrów. Szczęśliwie wypatrzyłam na przystanku tramwajowym kontrolerów i pomyślałam, że kto jak kto, ale oni muszą być przecież poinformowani. Zdesperowana przecięłam ruchliwą arterię i wpadłam na przystanek. 
- Autobus 23 odchodzi z Piazza dell'Indipendenza. Weź jakikolwiek tramwaj i podjedź dwa przystanki. 
- Grazie! - krzyknęłam już w biegu. I zaraz pomyślałam - Jaki tramwaj? Kto ma teraz czas na takie fanaberie? Lepiej na własnych nogach, a piazza dell'Indipendenza przynajmniej wiedziałam gdzie jest. 

Wpadłam na plac, kiedy akurat jakiś autobus ruszał z przystanku, ale budka zasłaniała numer. 
- Proszę nie bądź numerem 23, tylko nie 23! - zaklinałam rzeczywistość.
Autobus powoli wyjechał zza przystanku.
Autobus 23. Oczywiście! 
- Cazz... - zaklęłam pod nosem, albo raczej pod maseczką. - Tylko nie to.

Światła na skrzyżowaniu się zmieniły i autobus zatrzymał się nim dobrze ruszył. Wystrzeliłam jak z procy, podbiegłam do drzwi od strony kierowcy i rączki złożyłam jak dziecko do pacierza. 

"Aniele kierowco przy mnie stój i otwórz mi drzwi"!

Kierowca rzeczywiście był aniołem. Machnął ręką na znak, że mam wskakiwać. 
Sukces! Zaraz rozsiadłam się wygodnie, bo przecież zmachana byłam jak koń po westernie i wtedy po gonitwie poranka naszły mnie wątpliwości: czy ten autobus na pewno jedzie do Bagno a Ripoli? Jeszcze mi tu kolejnych przygód potrzeba! Zerwałam się z miejsca i zaraz upewniłam się u kierowcy, że tak, że wszystko się zgadza. 
Ulga...

Autobus objechał całe centrum. Niemal wszystkie znane mi place. Jeszcze raz przeklęłam na ignorante z okienka, który tłumaczył mi rebusami "gdzie jest przystanek", kiedy można było tak prosto: Piazza Santissima Annunziata, San Marco... To była nawet interesująca wycieczka, bo jeszcze autobusem po Florencji nie jeździłam. 

Kiedy wyjechaliśmy poza granice miasta postanowiłam znów włączyć nawigację w telefonie, żeby nadzorować, jak daleko jeszcze do szpitala. 

Na wyświetlaczu migały kolejne przystanki: Gran Bretagna, Edinburgo, Kiev (Wielka Brytania, Edynburg, Kijów) - to było nawet zabawne. 

Google map pokazywało: 5km, 4,8km, 4,5km, 3,9 km, 3,6 km... 3,9km, 4km, 4,5km...
Aż mnie zimny pot oblał. Wystartowałam znów do kierowcy. 

- Do szpitala to jeszcze daleko? 
- Do jakiego szpitala? Tu nie ma żadnego szpitala.
Nie bawiłam się nawet w tłumaczenie, tylko poprosiłam, o natychmiastowe wypuszczenie mnie z autobusu i zaraz z telefonem w ręku pognałam jak wicher przed siebie. 
Nawigacja pokazywała mi prawie prawie 5 km, a do wizyty brakowało już tylko 45 minut. Według telefonu miałam dotrzeć spóźniona o jakieś dwadzieścia minut. 
- Zdążę! 

Gnałam jak głupia w tej mojej białej kapocie. Nie przypominałam już tej eleganckiej pani, która odbijała się w witrynie Gucci dzień wcześniej. W myślach błogosławiłam się za plecak. Kiedy dzień wcześniej szłam na tarasy, przepakowałam się z torebki w wygodniejszy plecak, żeby mieć wolne ręce. Pomyślałam, że już tak zostawię i do szpitala, bo na plecach aparat mniej ciąży. 
Tak, tak, pełna nadziei na miły spacer, miałam oczywiście ze sobą Nikona. 

To gnałam, to na chwilę przechodziłam w marsz, żeby złapać oddech. Nawigacja pokazywała już tylko 10 minut spóźnienia. 
- Nadrobię... - dodawałam sobie animuszu. 
W jakiejś małej osadzie zapytałam przechodnia czy przynamniej idę (gnam) w dobrym kierunku. 
- Tak, tak, ale to jeszcze daleko! Tu za rogiem jest przystanek. Autobus nr 32 zatrzymuje się dokładnie przed szpitalem. 
Daleko to było 4 kilometry temu - pomyślałam. Znów podziękowałam, znów pognałam dalej. 
Na przystanku napisane było rzeczywiście to, co mówił mężczyzna, ale autobus miał przyjechać 10.26, a moja wizyta umówiona była na 10.30. A co jeśli się spóźni? - w ułamku sekundy przekalkulowałam, że teraz nie mogę sobie pozwolić na słabość i jeszcze ten kilometr biegiem dam radę. 

Dałam i nawet po drodze zauważyłam, że czarny bez już listki wypuścił. Żałowałam, że nie mam czasu na zdjęcia. 

Dobiegłam do szpitala pięć minut przed czasem. I zaraz ogarnęła mnie rezygnacja...
Teraz znaleźć odpowiednią salę, zarejestrować się, w takim molochu...

O dziwo, wszystko już poszło jak po maśle i ekspresowo. Z rejestracji na parterze wysłali mnie na czwarte piętro. 
- Percorso B, tam jest winda. 
Winda... Koń by się uśmiał. Przeskakując po dwa schodki zaraz znalazłam się przed nowym okienkiem, już ostatnim i przeprosiłam za pięciominutowe spóźnienie. Musiałam wyglądać jak maratończyk, który dobiegł do mety, bo miła recepcjonistka, aż wstała na mój widok. 

- Traaaan-quuuuiiiill-llaaaa! My ty wszyscy i zawsze jesteśmy spóźnieni. 
Wytłumaczyłam się i przeprosiłam za mój wygląd. 
- Tu sei una camminatrice, vero? (Ty to jesteś chodziarka, prawda?) Ja też kiedyś chodziłam, teraz nie mam siły. 

Na wizytę czekałam godzinę... Wizyta była miła i poza kolejnymi, zleconymi badaniami muszę poddać się jakieś kuracji, która ma podobno zmorę przepędzić raz na zawsze. Oby!

Wyszłam z tego szpitala tak zmęczona, że potykałam się o własne nogi. Miałam ambitny plan poprowadzić przedwieczorną lekcję, ale jednak spasowałam. Byłam nieżywa. 
Poszłam na przystanek przed szpitalem i zaraz zapytałam innych czekających czy jest jakiś autobus, który jedzie do Florencji. 
- 32. 
Autobus 32 jedzie aż do Piazza San Marco. Takie proste. Nie rozgryzł tej zagadki Google, ani mili chłopcy od busów, ani "coglione" z okienka. Mylące były też informacje, na rezerwacji wizyty. Bagno a Ripoli to gmina, a szpital znajduje się jednak nieco dalej i to dalej, kiedy jest się bez samochodu robi jednak wielką różnicę. 

Wysiadłam kilka przystanków wcześniej. Byłam głodna i przed powrotem do domu postanowiłam posilić się na Sant'Ambrogio. 

To był mimo wszystko dobry dzień, choć wykończył mnie jak mało który. I wszystko jest po coś, ja teraz już wiem jak poruszać się po obrzeżach Florencji, a to będzie mi w tym roku bardzo, bardzo potrzebne. 

 BIEC to po włosku CORRERE (wy, korrere) 

Ps. Zdjęcie z przekory - wersja bardziej elegancka, niż ja wczoraj. Z wczoraj nie mam żadnego zdjęcia. A... nie ... przepraszam jedno mam: 





 

kostka

Moje kostkowe "never ending story"

czwartek, listopada 29, 2018


Przede wszystkim to już myślałam, że w ogóle na tę wizytę nie dotrę... 
Zaplanowałam sobie, że złapię pociąg o 10.52, co miało pozwolić mi spokojnie na dojechanie do miasta, dojście do szpitala i odebranie wyników, tak by o 12.15 stawić się na wizycie. 
O 10.50 megafon na stacji Biforco wciąż milczał jak grób, a zwykle zapowiada pociąg co najmniej dwa razy na dobrych kilka minut przed jego przyjazdem. Zerkałam na zegarek coraz bardziej nerwowo. W międzyczasie zaczęłam sprawdzać czy przypadkiem to nie dzień jakiegoś strajku, a potem wgapiałam się w rozkład jazdy upewniając się, czy aby ten pociąg na pewno jeździ w dni robocze. 
W końcu na kilka sekund przed 11.00 il treno regionale wtoczył się na peron bez żadnego zawiadomienia, a ja odetchnęłam z ulgą. "Pusia, ale megafon nie działa już od kilku dni" - powiedział Tomek, kiedy zdawałam mu potem całą relację 

W Faenzie wystrzeliłam z wagonu jak z procy, by nadrobić stracony czas i dziesięć minut później z wywieszonym językiem dotarłam do szpitala.
Przez drogę układałam w głowie plan: "najpierw zapłacę za ticket, potem zejdę na dół odbiorę wyniki i z nimi pojadę na górę na wizytę". 
Przed maszynką, w której opłaca się medyczne usługi ciągnął się ogonek... Szlag. A zatem zmiana planu - najpierw wyniki. 
Chwilę potem okazało się, że taki sam ogonek ustawił się do okienka po odbiór wyników i jak na złość z trzech okienek tylko jedno było czynne. Szlag, szlag!
Już miałam zrobić z siebie sierotę i prosić o przepuszczenie z racji zbliżającej się pory wizyty, ale na całe szczęście okazało się, że przede mną więcej było odbierających wyniki, niż rezerwujących badania i ogonka dosyć szybko ubywało. W końcu z wynikami w garści, znów biegiem, zmachana, taszcząc ze sobą garderobę baby z "Chłopów" wpadłam na korytarz i odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam, że przed maszynką do opłat nie było nikogo. Raz dwa kod, ok, kwota, potwierdź, płatność ... Szlag! Nie ma opcji "kartą"! Szlag, szlag, szlag!  
Szczęśliwie wysupłałam z portfela potrzebną kwotę i zaraz popędziłam jak wicher z włosem rozwianym, z garderobą pod pachą i z plikiem dokumentów i karteluszek w ręku. 
Kiedy dotarłam na oddział ortopedii była dokładnie 12.15. 
A teraz do rzeczy.
Dobre wieści są takie, że nic nie jest zerwane. Ścięgna, więzadła czy jak tam się zwą są całe, więc żadna operacja nie jest konieczna. Problem jest z kością, która na skutek silnego uderzenia została uszkodzona. Swoją drogą dziwiłam się, jak można mówić o silnym uderzeniu, skoro spadłam na dmuchany materac? 
Nie ma żadnych odprysków - dlatego rentgen nic nie wykazał. To uszkodzenie, jak tłumaczył lekarz, które widać dopiero na rezonansie. Po obejrzeniu zdjęć ortopeda dokładnie wiedział, w którym miejscu tkwi problem. Kiedy nacisnął punkt na stopie, zobaczyłam gwiazdy, bynajmniej nie z rozkoszy i zaraz przypomniał mi się Kung Fu Panda i technika "palca zagłady".
Jest tam wciąż stan zapalny i zbiera się płyn. Aby się z tym uporać potrzebna będzie fizjoterapia. I tu zaczyna się zabawa, którą mam nadzieje moja kieszeń udźwignie. W każdym razie trzymajmy się tego, że to jednak dobre wieści. 

Na dobry początek dnia zdjęcie słonecznej Faenzy, zamiast szpitalnych korytarzy. 
Dziękuję Wam za kciuki i wszystkie wczorajsze wiadomości. Miła mi świadomość, że tyle osób martwiło się razem ze mną. Dziękuję, jesteście kochani.

KOŚĆ to po włosku OSSO (wym. osso)

Appennino Tosco - Romagnolo

Naturalna terapia po szpitalnym poranku

piątek, listopada 09, 2018


Byłam Mario niewypowiedzianie wdzięczna za tę spontaniczną propozycję wyjścia "na chwilę" w góry. Poranek szpitalny mnie wykończył. Oczywiście nie, że narzekam, bo przecież umierająca nie jestem. To tylko kostka, która mam nadzieję, w końcu się naprawi. Chodzi o to, że ja się panicznie boję szpitala. Ja się trzęsę nawet, kiedy idę kogoś odwiedzić. Zapach, odgłosy, kolory, to wszystko źle na mnie działa. Na pewno nie jestem w tym odosobniona...
W szpitalu na szczęście "uwinęłam się" za wszystkim o czasie i co ważniejsze wszyscy byli przemili.
- "Katardzyna Teresa Nołaka"? Aaaa czyli Caterina po prostu! 
- Tak. Dokładnie.
Tu zaczął się szczegółowy wywiad. Choroby? Żadnych. Operacje? Tylko dwie cesarki. Rozrusznik serca? Na szczęście nie. Tatuaże, piercing? - nieee. Jesteś pewna, że nie jesteś w ciąży? - na milion procent. 
Jak już zapewniłam, że nie mam kolczyków w dziwnych miejscach, nie mam klaustrofobii,  sztucznych zębów, nie jestem w ciąży i nie mam w głowie metalowej płytki, przemiła pielęgniarka wręczyła mi kluczyk do garderoby, zapewniając jednocześnie, że moje rzeczy będą bezpieczne, bo w czasie badania kluczyk będzie pod jej opieką. 
Kiedy zobaczyłam całe to urządzenie przyszedł mi do głowy taki film Gwiezdne wrota czy jakoś tak, a potem też Tomka ulubiony Interstellar. Krótko mówiąc: "sajens fikszyn"! Swoją drogą człowiek to geniusz, wymyślić coś takiego... Zaraz przypomniała mi się rozmowa z Mikołajem o samolotach, teraz ja miałam ochotę zapytać kogoś mądrego - jak to u licha działa???? 
- Postaraj się nie ruszać. Założę ci słuchawki, ale hałas i tak będzie trochę słychać. Dam ci do ręki "dzwonek - alarm". Gdyby coś się działo ściśnij. Spróbuj teraz.
Piiiii.
- Dobrze. Wjedziesz tylko do połowy. Postaraj się nie ruszać. 
Jak ktoś mówi - "postaraj się nie ruszać", to wiadomo, że zaraz zacznie człowieka swędzieć w głupim miejscu, zrobi się niewygodnie, ecc... Klasyka! Ale przyznam szczerze - byłam zuchem. Leżałam jak trup, żadnego ruchu, siłą woli opanowałam wszystkie swędzenia i poczucie niewygody, a kiedy przeczytałam już wszystkie napisy na "gwiezdnych wrotach", zaczęłam liczyć kwadraty na suficie. 
Czułam jak drga mi powieka. To na pewno ze stresu - pomyślałam. Zawsze z bratem żartujemy w takich sytuacjach, że oko nam "wylata". No i mi od tych kosmicznych doświadczeń też "wylatało". Pomidorów muszę jeść więcej - pomyślałam - chyba potasu mi brakuje, a w pomidorach zdaje się jest go sporo... Zapędziłam się w rozważania o niedoborze witamin i minerałów i nim się obejrzałam, zaraz mimo słuchawek usłyszałam z tyłu:
- Już po wszystkim. 
- Super.
Było miło, ale szpital to jednak szpital. A dodatkowo stres co dalej. To będzie wiadomo 28 listopada... 
Kiedy więc w drodze do domu Mario patrząc na moją zmarnowaną twarz rzucił propozycję spaceru, zaraz się rozpromieniłam. 


Od Passo della Peschiera najpierw pod górę szutrową drogą, mijając traktory z naczepami, którymi zwożą teraz bydło z pastwisk pod dach. Potem przez bukowy las błotnistą ścieżką, w której buty zapadały się do połowy. Aż wreszcie granią wśród dąbków karłowatych, jałowców i gołych badyli ginestre. Tu wysoko w górach drzewa straciły już prawie wszystkie liście. 


Jaki piękny jest stąd widok... Widać Falteronę, gdzie rodzi się Arno i Fumaiolo, skąd początek bierze Tybr, widać port w Ravennie i Faenzę i Badię w dolinie Acerety...
- Podoba ci się? Ty lubisz takie otwarte przestrzenie...
- Jest przepięknie! Koniecznie trzeba tu wrócić, dojść do samej Acquachety! 
- Ten szczyt to powinna być Femmina Morta, a tam dalej, dalej jest to miejsce skąd przy dobrej pogodzie widać dwa morza.   
- Tam też musze dotrzeć! 


Powietrze zrobiło się jak kryształ, smukłe buki całkiem nagie, strzępki obłoków zaczepione o wierzchołki, znajoma łąka w oddali, mokre liście pod stopami. Tego właśnie potrzebowałam. 


REZONANS MAGNETYCZNY to RISONANZA MAGNETICA (wym. rizonanca manietika)

kostka

Nowe doświadczenie

sobota, października 13, 2018


Tik tak... tik tak... Czas w szpitalnej poczekalni biegnie zdecydowanie wolniej niż w innych miejscach. Tik tak... Tik tak ... 12.00, 13.00.... 
Kiedy przyjeżdża się na pronto soccorso trzeba - jak mówią Włosi - mettersi l'anima in pace, bo z góry wiadomo, że czas oczekiwania będzie liczony w godzinach. Dotarłam do szpitala o 11.00. Po debatach z różnymi osobami postanowiłam, mimo dwóch miesięcy jakie minęły od zdarzenia, pojechać na pogotowie, bo przynajmniej w ten sposób miałam szansę załatwić wszystko od ręki.    
Po ponad dwóch godzinach siedzenia i obserwowania przejętych twarzy, nareszcie ktoś mnie wywołał. 
- Nołaka!
Chwilę potem siedziałam przed lekarką, miłą i piękną kobietą. 
- Czyli to się stało dwa tygodnie temu?
- Nie, dwa miesiące. 
Popatrzyła na mnie wytrzeszczonymi oczami i zaraz potem z uwagą wysłuchała opowieści o wypadku i o tym jak to mnie z pogotowia odprawiono "z niczym", bo to tylko skręcona kostka. 
- Ale przynajmniej coś przeciwbólowego ci dali?
- Nie, nic. 
Pani doktor jeszcze szerzej otworzyła swoje piękne, brązowe oczy.
- A teraz chcesz coś?
- Nie, dziękuję, aż tak nie boli, poza tym zdążyłam się przyzwyczaić.
- Musimy zrobić prześwietlenie, żeby wykluczyć, czy nie było jakiegoś uszkodzenia kości. A potem pewnie i tak trzeba będzie zrobić USG, bo najprawdopodobniej są zerwane jakieś ścięgna. To nie wygląda dobrze. 

Znów poczekalnia, potem zdjęcie i znów poczekalnia i czekanie na konsultację z ortopedą. Minęła 14.00. 
Nieźle - pomyślałam. Dobry czas jak na pogotowie. Albańczyk, który siedział z kroplówką już wyszedł, zniknęła też śliczna Polka, która przyszła z intymnymi dolegliwościami i bardzo szczegółowo zdawała mamie relację przez telefon, przekonana zapewne, że nikt jej nie rozumie, przewinęło się też kilka osób z Marradi, w tym stary przyjaciel Mario, któremu serce się zbuntowało... 

- Oto dokumenty - zjawiła się nagle pielęgniarka. - Wytłumaczyli ci gdzie masz iść?
- Nie, nic nie wiem.
- Chodź ze mną. Zaprowadzę cię. 

Miałam zdecydowane szczęście do osób w całej tej mojej bytności na pogotowiu. Każdy miły i uczynny. 
Wizyta u ortopedy trwała długo, ale miałam poczucie, że wreszcie ogląda moją nogę ktoś kompetentny. Po wyginaniu, oglądaniu, różnych próbach. Lekarz stwierdził, że kontuzja była bardzo poważna i przede wszystkim wielkim błędem pogotowia w Marradi było wysłanie mnie do domu bez unieruchomienia kostki. Obecnie to już stan chroniczny i tylko rezonans pokaże jak poważnie są uszkodzone ścięgna. Dostałam skierowanie na badanie z oznaczeniem "priorità". W międzyczasie mam nogę oszczędzać. Za późno na jakieś ortezy. 
- Czyli co dalej? Jakie jest leczenie w najlepszym i w najgorszym przypadku?
- Zobaczymy co pokaże rezonans. W najlepszym fizjoterapia, w najgorszym operacja. 
- Świetnie. 

Pocieszam się, że może nie będzie najgorszej wersji. Poza tym to na pewno nie jest poważna operacja tylko bardziej zabieg. Tak sobie tłumaczę. Dobrze, że w końcu do lekarza dotarłam, bo konsekwencje pozostawienia nogi samej sobie mogłyby być bardzo nieprzyjemne. Oczywiście można było tego uniknąć, ale... Mleko już się wylało.
Rezonans wyznaczony na początek listopada. Kciuki mile widziane. 

Przy wyjściu ze szpitala spotkaliśmy jeszcze raz przyjaciela Mario, który też zbierał się do domu. 
- Wszystko dobrze? - zapytał Mario.
- Così, così - odpowiedziała żona starszego pana.
- Dobrze, dobrze! - Machnął ręką mężczyzna - najważniejsze, to wyjść z tego przybytku na własnych nogach. 
- To prawda. 

- Popatrz - zagadał Mario, kiedy siedzieliśmy w poczekalni - ludzie wciąż za czymś gonią, martwią się głupotami, kłócą, a potem trafiają tu z poważnymi problemami i nagle zdają sobie sprawę, że to wszystko wcześniej, te zmartwienia to były g...o warte. - I popatrz jaka brzydka potrafi być starość.... Jaka smutna. 
- Tak, starość się Panu Bogu zdecydowanie nie udała - potwierdziłam patrząc na zwijającą się z bólu staruszkę, pozostawioną na leżance w kącie korytarza...  
   
***

Muszę na koniec podziękować Magdzie, która przykazała - jedź, zbadaj nogę! Przykazywało wprawdzie wiele osób, ale ja wciąż odkładałam to na potem. Raz się nawet umówiłam, ale wyznaczonego dnia i tak odwołałam wizytę. Tym razem Magdy "jedź" było wyjątkowo stanowcze i przejęte. Oczywiście myśl o odłożeniu przemknęła mi też przez głowę w piątkowy poranek, ale zaraz pomyślałam - i co ja tej Magdzie powiem? Popatrzyłam na moją biedną kostkę i zaczęłam zbierać się do wyjścia.
Dziękuję też Mario za zawiezienie, przywiezienie, siedzenie ze mną cztery godziny w przytłaczającym miejscu, za cierpliwość i walkę z moim upartym "zosiosamosiostwem" - bo ja sama, ja pociągiem, bo ja sobie poradzę. Grazie

choroba

Wypis

środa, sierpnia 30, 2017


Wszystko powoli wraca na stare tory…
Ku radości i uldze wszystkich wieczorem Mario zasiadł z nami przy stole. Szczęśliwy opuścił szpitalne mury i wrócił na marradyjskie łono. Jako suvenir po tej przygodzie przyjechała z nim cała dokumentacja i torba leków. I tu zaczęła się zabawa… 
- Nie rozumiem … (tu niecenzuralne słowa) - Mario przeglądał wszystkie kartki i tylko kręcił głową. Wybebeszał pudełka z pastylkami i wyrokował jak to dopiero po nich będzie się źle czuł.
- Lepiej zostaw to mnie. Zaraz wszystko rozszyfruję - Znam Mario nie od dziś i wiem, że lekarstwa to nie jest to, co lubi najbardziej.
Po godzinie wiedziałam już, co się bierze rano, co w południe, co wieczorem, co przed jedzeniem, co po, co jest na co i po co … Przestudiowałam zalecenia odnośnie diety i stylu życia i cały wypis i historię choroby. Zdziwiłam się i szczerze mówiąc już zgłupiałam, bo na kartce jak wół napisane infarto i to nawet "acuto" co znaczy ostry zawał. 
Mogę powiedzieć, że przez ostatnie dni znacznie wzbogaciło się moje włoskie słownictwo w dziedzinie medycyny. Nawet słowotok lekarzy naszpikowany naukowymi terminami, nie jest już dla mnie enigmą. 
Staram się patrzeć na wszystko od dobrej strony, nawet w tym co złe znaleźć coś pozytywnego… 
Zawarliśmy w szpitalu nowe znajomości, Tomek pokazał, że jest jeszcze bardziej dorosły i bardziej odpowiedzialny niż myślałam, Mikołaj zadziwił wielkim sercem, a Mario chyba zrozumiał, że tak jak my możemy zawsze liczyć na niego, tak i on może liczyć na nas. Przyjaźń jest przyjaźnią jeśli działa w dwie strony. 
I jeszcze jeden pozytyw - może po tym wszystkim Mario przestanie sięgać po papierosy… Może! Czas pokaże, na jak długo zapamięta tę lekcję.

Tymczasem Dom z Kamienia opustoszał. Dziwnie było siedzieć przy kolacji i nie słyszeć za plecami głosów przechodzących gości życzących "Smacznego!". Tak czy inaczej zapowiada się, że jesień będzie też pełna wrażeń, bo oto już się październikowy kalendarz szczelnie wypełnia powrotami i nowymi odwiedzinami.

 Dobrego Dnia!

OSTRY to ACUTO (wym. akuto)


dorosłość

Odcienie dorosłości i ostatni Goście

poniedziałek, sierpnia 28, 2017


Wizyta w szpitalu dopóki Mario nie wróci do domu jest teraz stałym elementem dnia. W niedzielę zabieram ze sobą Mikołaja. Tomek zostaje w domu, sam przyznaje, że brakuje mu odwagi, a ja nie namawiam. Mikołaj natomiast upiera się, że chce uściskać Mario i chyba przekonać się na własne oczy, że już jest wszystko dobrze. Dzieci bardzo przeżyły całe to wydarzenie… Chyba nawet bardziej niż bym przypuszczała. 


Ogląda Mikołaj wenflon i każdy kabelek, słucha z otwartymi szeroko oczami opowieści z OIOMu, patrzy nieśmiało na innych pacjentów i dopiero do mnie dociera, że on tak naprawdę po raz pierwszy jest w takiej sytuacji, po raz pierwszy dorosłymi oczami widzi szpital od środka i tych wszystkich chorych ludzi. 


- Jak się czuje Mario? - pyta Tomek jak tylko wracamy do domu.
- Już dobrze.
- Ufff… Pozmywałem, pozamiatałem, pościeliłem łóżko.
- Zuch! Dziękuję!
- Nawet ten garnek umyłem.
- Kochany jesteś. Ugotujemy coś razem?
Gotuje Tomek, ja tylko podpowiadam, uczę, pomagam. Taka niby nic nie znacząca chwila, ale nagle odzyskuję spokój. Widzę jak Tomek krząta się przy palnikach, kroi pomidory, wrzuca na patelnię kapary i oliwki, miesza smakuje, sam swoją pracę zachwala. Taki jest już dorosły...
- Dodam peperoncino? A może dwa?
- Jedno, inaczej Mikołaj nie da rady. 
Wszystko będzie dobrze. Nagle ogarnia mnie przekonanie, że inaczej być nie może. Musi być dobrze

Wieczorem przygotowuję kolację dla Gości. Tonno e fagioli, melon z prosciutto, sery i troffie  z sosem bakłażanowym. Nie zrobiłam nawet jednego zdjęcia
Zastaje nas noc przy stole, ale jest tak miło, że z żalem idziemy spać.  I ten pobyt dobiega końca i zaraz Dom z Kamienia po raz pierwszy od dwóch miesięcy na dłuższą chwilę opustoszeje. Kończy się letni sezon, ale już z końcem września zawitają do nas kolejni Goście

DOBREGO TYGODNIA!  

basen

Raport o pacjencie i finisz marradyjskiego lata

niedziela, sierpnia 27, 2017


Pacjent powoli wraca do zdrowia. Po wczorajszym porannym spadku formy, zaczyna być tylko lepiej. Ostatecznie też najważniejsza wiadomość - serce nie ucierpiało. Paradoksalnie szalona decyzja Mario, by samemu dojechać na pronto soccorso w Marradi, zamiast dzwonić i czekać na ambulans okazała się zbawienna. Początkowo został przez wszystkich nas zbesztany za taką brawurę, bo przecież w takim stanie … wszystko mogło się wydarzyć, ale to właśnie sprawiło, że udało mu się uprzedzić zawał. Nie ma co już teraz tego rozpatrywać. Żyły naprawione, a na to potrzeba było aż dwóch zabiegów i choć było źle, to jak powiedział lekarz, teraz jak tylko pacjent dojdzie do siebie "znów po tych swoich górkach będzie mógł biegać". 
Przekazałam Wasze słowa, pozdrowienia i życzenia zdrowia, za które Mario bardzo Wam dziękuje. Mam nadzieję, że niebawem wróci do domu.



Ja sama padam ze zmęczenia. Stres ostatnich dni sporo mnie kosztował. Dodając do tego zmęczenie i brak snu mam uczucie jakbym za chwilę miała rozsypać się na milion kawałków. Minione dni i takie też będą następne rozciągnięte są pomiędzy szpitalem, lekcjami i … oczywiście Gośćmi. Niestety nie uda nam się zrealizować naszej popisowej grillowej kolacji w ogrodzie przy Santa Barbara. Zamiast tego podarowaliśmy sierpniowym Gościom inne emocje… Niestety życia człowiek nie przewidzi, my sobie ono sobie. 
Tak czy inaczej mam nadzieję, że mimo przykrych wydarzeń marradyjski czas będzie niezapomniany. Jak zawsze staramy się pokazać miejsca niepopularne, spędzić trochę czasu razem przy winie na pogawędkach, a pogoda ku temu sprzyja, bo wciąż gorąco jest jak w lipcu i nic na razie zmian nie zapowiada. Nawiązują się nowe znajomości, chłopcy biorą na siebie rolę przewodników, kiedy ja jestem zajęta, a w zamian korzystają ze spontanicznych lekcji pływania udzielanych przez Gości. 



Dzień na basenie zanim to wszystko się wydarzyło miał być takim małym prezentem dla mnie samej. Przez chwilę nic nie robić tylko cieszyć się ostatnimi dniami wakacyjnego Marradi. Jeszcze tylko tydzień i na basenie zapanuje cisza. Na następne wodne igraszki będziemy musieli czekać do czerwca. Mam nadzieję, że nim nastanie jesień uda nam się choć na chwilę wyskoczyć nad morze ...


ZAWAŁ SERCA to po włosku INFARTO (wym. infarto)