Jeśli post na blogu się nie ukazuje, bez żadnego wcześniejszego uprzedzenia to znaczy, że albo jestem martwa, albo właśnie umieram. Jeśli piszę, to oczywiście znaczy to, że martwa nie jestem, ale zapewniam, że umierałam przez ostatnie trzydzieści godzin. Teraz oczywiście nie żebym była w formie, ale w porównaniu do tego, co było wczoraj, to już jest luksus.
Przynajmniej jestem w stanie otworzyć komputer i cokolwiek napisać. Teraz też szczerze mogę się przyznać, że wczoraj "lekko" spanikowałam i nijak nie mogłam pojąć co się ze mną działo. Nawet jakiś zawał mi przemknął przez myśl. Przezornie zostawiłam Tomkowi kartę do bankomatu z pinem, na "w razie czego", żeby dzieci choć zakupy sobie mogły zrobić. Na serio zaczęłam się bać, że noc (oby tylko noc!) spędzę poza domem.
Bolało mnie również to, że musiałam odwołać lekcje... Najpierw odwołałam lekcję o świcie, pewna, że zaraz się przecież poskładam. Potem przesunęłam jedną lekcję na ciut później, nadal pełna nadziei, że to minie. Potem już skapitulowałam i odwołałam wszystkie lekcje równo... Nie lubię słabości i nie jestem przyzwyczajona być "nie w formie". Ja przecież nigdy nie nawalam! Mario się śmieje, że jestem roccia i tak też zawsze się czuję. Przepraszam zatem moich uczniów, za brak lekcji, mam nadzieję, że od jutra, a nawet dzisiejszego popołudnia wszystko wróci do normy.
To tyle na dziś, bo znów mi się baterie wyczerpują, chciałam tylko dać znać, że wracam do żywych - tak mi się przynajmniej zdaje. Zdjęcie nie ma nic wspólnego - pierwsze lepsze.
Dobrego dnia.
Ps. Wielkie podziękowania jak zwykle dla Mario, który znów gnał z lekami i po prostu był obok na każde zawołanie.






