kwiaty

Styczniowe przyjemności

środa, stycznia 10, 2024

Zimowe krzewy kwitnące - Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii

Po raz pierwszy od tygodnia wyszłam z domu na spacer, a tak naprawdę po zakupy, choć w moim przypadku jedno nie wyklucza drugiego. Zaraz od progu zmroziło mnie lodowate powietrze. Niby mrozu nie ma, ale mnie zmroziło tak do głębi, że zanim wróciłam do domu, miałam wrażenie, że moje płuca przeszły w stan hibernacji. Jak można lubić zimno??? Jak??? Przecież to się nie da normalnie funkcjonować... 
Zaraz mi się przypomniały relacje moich uczniów w Polski i aż się wzdrygnęłam na samą myśl, że może być jeszcze zimniej. 

Na szczęście przy tej niezaprzeczalnie zimowej aurze, mamy też toskańskie przywileje. Dobrze móc cieszyć oczybujnym, styczniowym rozkwitem. Na początek gelsomino d'inverno, czyli zimowy jaśmin! Taki radosny i pełen słońca jak wiosenny krzew. Dalej chaenomeles japonica - w życiu nie zapamiętam, ale jest na szczęście nazwa potoczna: cotogno giapponese, pesco giapponese albo - uwaga - alleluia! 
To krzew, który tutaj rośnie bardzo często i zimą obsypuje się pięknymi kwiatami w czerwono malinowym kolorze. 

I w końcu calicanto, o którym legendę opowiadałam już kiedyś w Domu z Kamienia, więc pozwolę sobie dziś ją przypomnieć:

Dawno temu w pewien bardzo zimny zimowy dzień zmęczony i wychłodzony rudzik szukał schronienia wśród drzew. Wszystkie one jednak odmawiały mu gościny. Aż w końcu ulitował się nad nim calicanto, który swoimi gałązkami i resztkami zeschniętych liści postanowił ogrzać wykończoną, zziębniętą ptaszynę. Bóg docenił piękny gest krzewu i postanowił w nagrodę spuścić na niego deszcz gwiazd. Od tamtej pory, kiedy wszystkie inne rośliny są nagie, calicanto w zimowe miesiące obsypuje się pachnącym kwieciem.

Być może to właśnie ta legenda przyczyniła się do tego, że calicanto stał się symbolem czułej opieki. 

Zimowe krzewy kwitnące - Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii

- Czy moglibyśmy pojechać do kaplicy Brancacci? - zapytał przy śniadaniu Mikołaj. 
- Oczywiście! Chyba jeszcze trwają prace konserwacyjne i można podziwiać freski spacerując po rusztowaniach. 
- Tak jak ci, co robią restauro?
- Dokładnie. 
Mikołajowi aż się oczy zaświeciły, a ja zaczęłam wertować kalendarz i kombinować, kiedy możemy sobie pozwolić na kontrolowane wagary wysokich lotów. Dobrze mieć jakiś plan. Poza tym, choć nie minęło dużo czasu, już mi się tęskni za jakąś wystawą.

Pięknej reszty dnia.

RUSZTOWANIA to PONTEGGI 


aktualności

A milin pięknie kwitnie...

czwartek, lipca 11, 2019


Nad wybrzeżem adriatyckim od Romanii po Abruzzo przetoczyły się niewyobrażalne zawieruchy, wspomagane nawet trąbami powietrznymi. Coś okropnego! "Nasze" dawniej często odwiedzane Milano Marittima zostało porządnie ogołocone z drzew. Tempesta powyrywała z korzeniami charakterystyczne nadmorskie sosny. Czego nie powyrywała to połamała jak zapałki. Niżej, zdaje się w okolicach Bari, niebo bombardowało gradem wielkości piłeczek tenisowych... 
U nas natomiast znów tylko zawiało, pokropiło, potem chwilę lunęło i to by było na tyle, jeśli chodzi o perturbacje pogodowe, przynajmniej na ten moment. Pogoda znów się ustabilizowała, choć muszę z żalem stwierdzić, że temperatura o te kilka stopni się obniżyła. Na spacer do Marradi na wieczorne lody, chłopcy po raz pierwszy od nie wiem kiedy wyciągnęli bluzy.


Pogodowe zawirowanie - oczywiście bez takich atrakcji jak nad morzem - od czasu do czasu jest potrzebne. Człowiek ma przynajmniej okazję nadrobić braki w domowo - pracowych obowiązkach i tak ja w środowe deszczowe popołudnie uporałam się w końcu ze zdjęciami z ostatniej sesji. Miałam zamiar zrobić coś więcej, ale szybko się wypogodziło i mój zapał do pracy szlag trafił. 
Poza tym zostałam sama z chłopcami po raz pierwszy od dwóch tygodni i nie miałam ochoty robić nic więcej, jak tylko cieszyć się spokojnym lipcowym dniem, lekturą na tarasie, kwitnącym milinem przy via Francini, smakiem pomidorów z własnej uprawy, rozmowami z chłopcami ciągnącymi się bez końca...

Minął pierwszy miesiąc wakacji. Na moście w Marradi zawisły już zielone flagi "Piaza" - to znak, że zbliża się wielkimi krokami turniej złotego rusztu. 

Na najbliższe dni mamy trochę ambitnych planów - na pewno Florencja kolejny raz, bo przecież Mikołaj dalej męczy o tego Giotto i Novellę, może Bolonia znów, bo mam kilka ciekawostek do zgłębienia. Poza tym zrodził mi się w głowie ekspresowy plan i mamy zamiar odwiedzić jeszcze jedno miasto, całkiem nowe, nieznane - pół środy główkowałam co to ma być za miasto i już wiem, już mam plan! 
Chcielibyśmy gdzieś dalej, gdzieś na dłużej, ale jak się nie da, to się nie da. Wszystko w swoim czasie... Cieszmy się tym co można, co tu i teraz. Jest tak dobrze, tak pięknie i milin kwitnie...

ZWIEDZIĆ to po włosku VISITARE (wym. wizitare)

burza

Burzowa noc, oleandry i nie tylko.

sobota, czerwca 15, 2019


W nocy przyszła burza. Mocny grzmot obudził mnie po 3.00. - Szlag! - przeleciało przez zaspaną głowę - wszystko na zewnątrz: poduchy na ławkach, suche pranie, buty... Może przejdzie bokiem?
Kolejny grzmot przełamał nocną ciszę. Chyba jednak nie przejdzie... 
Wyszłam boso przed dom, pozgarniałam co było do pozgarniania i wróciłam do łóżka. Niebo zamruczało może jeszcze dwa razy i przestało. Tak to już jest wychodzisz z domu bez parasola - pada, weźmiesz parasol - chmury się rozejdą. - Odwieczne prawo i złośliwość natury - pomyślałam. - Gdybym nie wychodziła i zostawiła wszystko na zewnątrz, lunęłoby na bank... 
Po jakiś pięciu minutach, kiedy już zaczęłam znów zapadać w sen, w niebie ku mojemu zaskoczeniu ktoś odkręcił jednak kurek. Lunęło jak z cebra. Padało nie długo, ale padało. Ciepły, letni deszcz, który wyręczył mnie dziś z podlewania ogródka i być może pomógł grzybom...

Grzybom i oczywiście kwiatom. Mój taras zrobił się sielsko kolorowy. Po roku przerwy zakwitły znów oleandry! Kiedy dwa lata temu przetoczył się nad nami Burian z Burianem Bisem i całą resztą, stojącym cały rok na tarasie oleandrom zbrązowiały liście. A. poradziła wtedy, żeby zdrapać "korę" paznokciem i sprawdzić czy pod spodem jest zielono. Jeśli tak, to znaczy, że rośliny przeżyły i należy je tylko przyciąć i dać czas na ponowne odbicie. Tak właśnie zrobiłam. Oleandry zazieleniły się na nowo, ale nie miały czasu już zakwitnąć. Dopiero w tym roku zdołały odrosnąć tyle ile je przycięłam, a kilka dni temu pojawiły się pierwsze kwiaty: białe, czerwone i różowe. Uwielbiam oleandry... Przypominają mi nasze podróże do Puglii...   


Pół piątku spędziliśmy w Faenzie. Pojechaliśmy sprawdzić jak mają się Tomka końcowe oceny i takie tam inne nasze sprawy. I cóż ja mogę powiedzieć? Chyba tylko zaklaskać ręce i Tomka pod niebo wychwalać, bo pierwszą klasę liceum zakończył z bardzo dobrymi wynikami. Zuch chłopak!

Dziś nareszcie wolne i nawet ja nic nie muszę. To znaczy prawie nic, bo zamówienie na poranne naleśniki złożone zostało już wczoraj. Tak czy inaczej trudno to nazywać obowiązkiem, poranne naleśniki to przecież sama przyjemność. 

Jedyne plany na dziś dotyczą wieczora - właśnie dziś wieczorem czeka nas pierwsza w tym roku stralunata! Latarki się ładują, a nogi relaksują!

Uciekam już, bo te naleśniki same się przecież nie usmażą. Jeszcze tylko informacja dla naszych Gości, których pobyt przypadnie na czas La Notte delle Streghe. Temat imprezy w tym roku bardzo uroczy: "Czarne charaktery" disnejowskich bajek. Ja sama mam już dwa pomysły!  
Dobrej soboty!

PRZYJEMNOŚĆ to po włosku PIACERE (wym. piaczere)

czerwiec

Pod czerwcowym niebem

wtorek, czerwca 04, 2019


Czerwiec rozpieszcza nas temperaturą. Popołudniami patrząc na ziemię w ogródku mam wrażenie, że deszczowego maja wcale nie było. Co się stało z ziemią, która jeszcze "wczoraj" nasiąknięta była jak gąbka. Teraz wokół krzaków pomidorów tworzy się popękana skorupa. Ślimaki dobrały się do moich ogórków! Z jednej roślinki został zaledwie kikut. Zdaje się, że teraz to ja dobiorę się do ślimaków... Może tak szaszłyki?

Nadszedł w końcu czas, kiedy w powietrzu znów czuć słodycz ginestre, łąki na okolicznych wzgórzach zrobiły się słonecznie żółte. Postaram się dziś zafundować sobie choć krótki spacer, by ukochanymi kwiatami nasycić oczy, nos, głowę, zmysły. 

***
Poranne niebo jest piękne. Delikatne strzępki chmur utworzyły regularną mozaikę. Ciepło jest nawet teraz, o świcie. Patrzę na Tomka jak znika za zakrętem w niezwykłym świetle poranka z koszulą zarzuconą na ramiona. Aż trudno uwierzyć, że kilka miesięcy temu, kiedy wychodził z domu świat spowijała jeszcze czarna noc, a on sam opatulony był po uszy. W czerwcu wszystko zdaje się łatwiejsze, zwłaszcza poranne wstawanie i wyjście z domu.

W zielonej czapie glicine Pan Kos wije gniazdko... 


Do końca szkoły zostało już tylko kilka dni. Weekend przynajmniej dla mnie stresująco - pracowity, czeka bowiem jeszcze jedna sesja zdjęciowa, to już ostatnia tej wiosny, a potem to tylko Goście, Goście... 

Uciekam już bo ranek napięty i czas ograniczony, ale za to popołudnie będzie całe dla mnie. Na dobry początek najpiękniejszego miesiąca w roku mam dla Was nowe smakołyki w Kuchni
Dobrego dnia!

SZASZŁYKI to po włosku SPIEDINI (wym. spiedini)

irysy

Dzień bardzo udany i smak rzodkiewek

niedziela, maja 12, 2019


Sobota była bardzo dobrym dniem. Po pierwsze dlatego, że Tomek miał wolne i ranek mogliśmy spędzić spokojny, leniwy, bez upiornego budzika, a za to z górą naleśników i ostatnimi odcinkami "Friendsów". Po drugie dlatego, że pogoda dopisała i tak jak było zaplanowane mogliśmy cieszyć się pizzą w gronie znajomych. Mario miał przetestować piec przy domu myśliwych i to testowanie udało się znakomicie, bo i pizza była doskonała i zabawa przednia. 
W tym wszystkim ja sama mogłam po cichu cieszyć się moim małym wielkim sukcesem w kwestii relacji międzyludzkich i może tak naprawdę to w tym całym udanym dniu było najpiękniejsze? Co i jak to zachowam już dla siebie. Napiszę tylko, że życie nie przestaje mnie zaskakiwać, że trzeba mieć cierpliwość, że czasem trzeba ludziom dać więcej czasu, a niektóre sprawy zostawić swojemu biegowi...  Ten dzień miał smak swojskiej pizzy i białych rzodkiewek prosto z ogródka...  


Po południu korzystając z dobrej pogody i nie zważając na zapowiadane nowe armagedony postanowiłam "dokolorować" taras. Kolejne dwie doniczki pelargonii zawisły na barierce. Deszcz deszczem, ale ładnie być musi! Wszak już za kilka dni do Domu z Kamienia zawita grupa przyjaciółek. Mam nadzieję, że do tego czasu się wypada i dziewczyny będą mogły cieszyć się toskańskim słońcem.


Przy świętej Barbarze zakwitły dzikie irysy. Uwielbiam je. To zaraz za glicine kwintesencja toskańskiej wiosny. Za chwilę czas fioletów przeminie, a ich miejsce zajmą pachnące latem ginestre. Mario tylko kręcił głową z pobłażaniem, kiedy zobaczył mnie wśród kwiatów z telefonem w ręku. Takie banalne selfie, ale ile radości. Zatrzymać maj gdzie się da! W dzienniku, na blogu, w telefonie, w głowie, w sercu, w pamięci i niepamięci...

Na mnie już czas. Komunijne dzieci czekają. Niech ten deszcz jeszcze chwilę poczeka, niech pozwoli choć na kilka ujęć pod gołym, niełzawym niebem. Potrzymajcie kciuki!!!

RZODKIEWKI to po włosku RAVANELLI (wym. rawanelli)

kwiaty

Na scenę wchodzą białe sukienki...

wtorek, kwietnia 16, 2019


W poniedziałek niebo nareszcie się wypogodziło, a ja ostatecznie zgarnęłam z pola widzenia wszystkie kapoty, czapki, szaliki i upchnęłam je w najodleglejszym kącie garderoby. Ich miejsce znów zajęły ukochane letnie sukienki! Słońce wysuszyło i "odciążyło" kiście glicine, które nasiąkły jak gąbka weekendowym deszczem. Od razu zrobiło się lżej, milej, radośniej.

W końcu też nadszedł czas, żeby wszystkie donice z zeszłorocznymi resztkami kwiatów i zieleni wyciągnąć na światło dzienne. Teraz trzeba je wszystkie przetasować, przesadzić, przyciąć i dopieścić. W Marradi widziałam już na straganie pierwsze sadzonki. Muszę kupić świeżą bazylię i tymianek, reszta ziół chyba bezpiecznie zimę przetrwała. 

- Czyli myślisz, że to już? Że już się nic nie wydarzy? - zapytał Mario, przypominając jednocześnie o kwietniowych przymrozkach w minionych latach.
- Tak, myślę, że to już... 

Przy takiej pogodzie aż chce się coś robić, działać, tworzyć! Czuję wyraźny przypływ energii, nawet jeśli zmęczenia i problemów nie ubyło. Tak czy inaczej wszyscy są na pewno zgodni co do jednego - słońce ma wielką moc, terapeutyczną moc i dziś też czeka nas kolejny słoneczny dzień... 

***
- Gdybyśmy byli Grekami, to ty na pewno pochodziłabyś z Aten - obwieszcza z pełnym przekonaniem Mikołaj.
- Ja z Aten? A to niby dlaczego?
- Bo ty jesteś taka... taka "peace and love".
- Co ty wygadujesz?
- No tak! A ja wiesz skąd?
- Nie mam pojęcia.
- Ja to taka SPARTAAA! - Mikołaj dla podkreślenia swojej tezy przybiera na chwilę pozę wojownika.

***
- Czy sto osiemdziesiąt trzy tysiące to dużo? - woła Mikołaj z drugiego pokoju.  
- To zależy czego i na co.
- Sto osiemdziesiąt tysięcy euro, na samochód.
- To kosmos! Trzeba chyba mieć nierówno pod sufitem, żeby tyle pieniędzy wydać na samochód.
- Kupimy? 
- Jak będziesz w przyszłości bogaty, to będziesz mógł sobie kupić co zechcesz. Co to za samochód?
- Aston Martin db11.

WOJOWNIK to po włosku GUERRIERO (wym. guerriero)

kalendarium

Kwiaty, kalendarium i smutna muzyka o poranku.

piątek, kwietnia 12, 2019


Przed świętą Barbarą wiosna rozwinęła prawdziwy, kwiatowy dywan. Nagietki, mlecze, tulipany, stokrotki, kwiaty świętego Józefa, irysy, narcyzy, a nawet szafirki. Kwiatkowy zawrót głowy! Niech tylko te deszcze się przewalą i zaraz trzeba koniecznie zorganizować obiadowanie w ogrodzie. 

Przed Domem z Kamienia natomiast glicine w trzech kolorach pięknieje z dnia na dzień, a swój najlepszy moment będzie miało akurat na przyjazd Mamy i Świty. "Anka" się ucieszy, bo ona przecież tak lubi jak jest elegancko. 

Czwartek był w marradyjskiej szkole dniem otwartym. W wyznaczonych godzinach można było wejść do klasy swojego dziecka i być widzem. I tak kolejny dzień stał się i dla mnie niesamowitą lekcją, bo nagle okazało się, że Boccaccio mówi ludzkim językiem, że wszystko jest do zrozumienia, kwestia tylko odpowiedniego podejścia, wytłumaczenia, rozpracowania. Obserwowałam lekcję włoskiego w klasie Mikołaja i nadziwić się nie mogłam, jakie to wszystko może być ciekawe. Już kiedyś pisałam, że na swojej drodze spotkałam tylko jednego takiego nauczyciela, którego z resztą system szybko ze szkoły usunął, za niekonwencjonalne prowadzenie lekcji. 
Marradyjska settimana dell'educazione zakończy się w niedzielę. 

Ponieważ zbliża się wakacyjny sezon i pytacie coraz częściej o atrakcje zaplanowane na ten rok w Marradi, w zakładce "sagry, festy, wydarzenia" znajdziecie nowe kalendarium. Wkrótce pojawi się też spis z innych gmin należących do Mugello i nie tylko.  


- Wiesz Pusia, a my z A. robimy teraz pojedynek na najsmutniejszą piosenkę - mówi Tomek przy śniadaniu. Dla ciebie która jest najsmutniejsza? Tylko nie z włoskiej muzyki!
- "Tears in heaven" - odpowiadam bez zastanowienia. 
- Dasz posłuchać?
Przez chwilę słuchamy razem Claptona
- Wiesz, ona jest dla mnie najsmutniejsza chyba dlatego, że znam historię jej powstania. Zawsze kiedy jej słucham, pęka mi serce. I jeszcze ta... posłuchaj. "Streets of Philadelphia". Uwielbiam Springsteena, a przy tej piosence zawsze mam gęsią skórkę. 
- A chcesz posłuchać mojej "najsmutniejszej"? 
- Oczywiście. 
- "Never forget". Pamiętasz?
- Oczywiście! Michelle Pfeiffer z filmu Morderstwo w Orient Ekspresie!
- Wiesz, że to naprawdę śpiewa Michelle?
- Wiem, niesamowita jest!
- Kiedy oglądałem film, pod koniec trudno mi było powstrzymać łzy.
- Piękna...

Tomek wstaje się od stołu i idzie szykować się do wyjścia. Za oknem jeszcze ciemno. Rzeka szumi głośniej niż zwykle przepełniona nocnym deszczem. Szum Lamone miesza się z najsmutniejszą muzyką.  Jeden utwór pociąga za sobą drugi. Już tylko muzyka bez słów, bo słowa czasem tylko przeszkadzają. 
Dobrego dnia. 

NAJSMUTNIEJSZA - LA PIÙ TRISTE (wym. la piu triste)

brzoskwinie

Romania w pełnym rozkwicie i to czego mało

poniedziałek, marca 18, 2019

fot. Piotr Czaja

To była naprawdę piękna niedziela. Piękna w najdosłowniejszym znaczeniu tego słowa...
Bo razem, bo rodzinnie, bo wspólne fotografowanie, bo miejsca zachwycające, bo jedzenie wyjątkowo pyszne, bo słońca pod dostatkiem, bo ciepło i w końcu, gdzie nie spojrzeć - różowo od brzoskwiniowych sadów w rozkwicie! Aż chciałoby się zanucić za Lucio Battisti Fiori rosa, fiori di pesco... 


Fotografowaliśmy wszystko! Murale w Dozzy, opuszczone kościoły, filiżanki z kawą, siebie nawzajem, Brisighellę z góry, asfaltowe zakręty, pierwsze fioletowe glicine, lody, cyprysy, suche trawy gnące się na wietrze, ale to wszystko pokażę Wam w kolejnych dniach. Dziś na dobry początek nowego tygodnia - tygodnia, w którym już oficjalnie zawita do nas wiosna - zostawiam Was z porcją świeżego, wiosennego różu. Brzoskwiniowe sady to teraz prawdziwy spektakl, cudowne dzieło sztuki Matki Natury.


Cała Romania tym różem wykipiała. Wojażowaliśmy krętymi, drugorządnymi drogami po przedgórzach Apeninów i tylko co chwila musieliśmy szukać miejsca na poboczu, a potem wysiadaliśmy, zmienialiśmy obiektywy, bo niemal za każdym zakrętem ukazywało coś, co wywoływało u nas zgodny okrzyk, salwy zachwytu zamykające się w banalnym, trywialnym - łaaał!!! 

fot. Piotr Czaja
fot. Piotr Czaja
fot. Piotr Czaja

Zieleń w Romanii też intensywniejsza, pola już takie lśniące, soczyste i młode listki na drzewach i choć dzień wykorzystaliśmy maksymalnie, to jednak chciałoby się jeszcze i jeszcze i więcej, bo wiosny zawsze jest mało i zawsze za mało jest bycia razem...

BYĆ RAZEM - STARE INSIEME (wym. stare insieme)

Emilia - Romagna

Wodospad Moraduccio - jeszcze jeden ukryty skarb

wtorek, marca 05, 2019

Cascata Moraduccio, Rio dei Briganti

Kiedy już nacieszyliśmy się atmosferą wymarłego miasteczka Castiglioncello, wróciliśmy nad rzekę, gdzie zaparkowany był Ranger. Wyciągnęliśmy z bagażnika kosz ze smakołykami i rozsiedliśmy się od południowej strony wodospadu, tak żeby nie sięgała nas orzeźwiająca bryza. Wyobrażam sobie, że latem, kiedy upał daje się we znaki, jest wręcz odwrotnie - z pewnością przybywający tu toczą bój o miejsce w jej zasięgu. 
Teraz jednak - piękną, najpiękniejszą, najprawdziwszą wiosną - pogoda była idealna. Słońca pod dostatkiem i ciepło przyjemne, ale nie tak palące jak latem, więc o ochłodzie jeszcze nikt nie myślał.

La Cascata Moraduccio, Rio dei Briganti
 

O istnieniu wodospadu dowiedziałam się w tym samym czasie, kiedy zobaczyłam zdjęcia i przeczytałam o Castiglioncello. Dwa tak niezwykłe miejsca obok siebie, że człowiek ma dylemat: gdzie najpierw iść? Co najpierw podziwiać?
Rio dei Briganti - jak inaczej nazywana jest Cascata Moraduccio - ma wysokość około 30 metrów. Woda rozbryzgując się o równoległe warstwy skał, tak charakterystyczne dla Santerno i całego naszego regionu wpada do lazurowo szmaragdowej rzeki, nad taflą której tworzy się tęcza... 
Czy można wyobrazic sobie piękniejsze miejsce na wiosenny piknik?


W piknikowym koszyku znalazło się prosciutto, chleb, trochę sera, grillowany indyk, sformato z cukinią i papryką, wino i mini mufinki z mascarpone. Wszystko pyszne, a w tak bajkowej scenerii zdawało się jeszcze pyszniejsze!

Tęcza!

Kiedy już zjedliśmy i odpoczęliśmy, a chłopcy zainscenizowali jedną ze swoich fantazyjnych zabaw, zebraliśmy nasze fanty i ruszyliśmy w dół do Emilii - Romanii. Byłam pewna, że na nizinie na pewno zaczęły już kwitnąć drzewa. Tak bardzo spragniona byłam widoku sadów w ich najpiękniejszej odsłonie. 


I nie myliłam się. Już kilka kilometrów za granicą regionu rozciągnęły się przed nami bladoróżowe połacie kwitnących drzewek owocowych! To jeden z najbardziej niezwykłych momentów w całym roku. Romania to region rolniczy, słynie z sadów owocowych i kiedy one wszystkie zaczynają kwitnąć, równinny i monotonny krajobraz nagle przeobraża się w świat jak z bajki.


- Popatrz! - Mario nagle zahamował - tutaj nawet nasze toskańskie lilijki już zakwitły!
W Marradi jeszcze kilka dni, może tydzień musimy na nie poczekać. Im bliżej niziny, tym to wszystko dzieje się szybciej. Dzikie irysy są częścią toskańskiej wiosny. Są takie piękne! Rosną wzdłuż drogi, na brzegu rzeki, na zielonych połaciach, gdziekolwiek... 


To była piękna wycieczka. Prawdziwe wiosenne wojażowanie, którego tak bardzo mi brakowało. Mam nadzieję, że i ten rok przyniesie kilka nowych odkryć, że Italia wciąż niezmiennie będzie mnie zaskakiwać. 
Dobrego wtorku!

SAD OWOCOWY to po włosku FRUTTETO (wym. frutteto)

bal

O tym, że kwiatów coraz więcej i jak Tomek ewakuuje się z balu.

niedziela, marca 03, 2019


Każdy dzień, który mija przynosi coraz więcej kwiatów, coraz więcej kolorów. Pola, łąki, ogródki, rowy przydrożne, gaje kasztanowe, górskie ścieżki. Wszędzie pełno fiori di san Giuseppe, prymulek, fiołków, stokrotek, żonkili i innych, o nazwach których nie mam bladego pojęcia. Zakwitły też pierwsze drzewa, a niektóre już prawie przekwitły. Widziałam wczoraj migdałowce w bieli i dzikie grusze, a dziki bez wypuścił już młode listki.
Mario zaczął robić porządek w donicach. Kilka zeszłorocznych niedobitków przesadził i wystawił na słońce. Mam nadzieję, że nie wrócą już nocne przymrozki.


Tomek z balu nie wrócił szczególnie zadowolony. O 23.00 napisałam na watsapp, czy jest w porządku i czy dobrze się bawi. W odpowiedzi przysłał skrzywioną buźkę. Mogłam się tego spodziewać. Zaraz zorganizowałam przyspieszony transport do domu - telefon do przyjaciela i dziesięć minut później Mario był w drodze do Faenzy. 
- Pusia, to nie moje klimaty - pisał Tomek. - Muzyka tak huczy, że nie da się rozmawiać i żeby to choć była muzyka z lat pięćdziesiątych, jak nasze przebrania! Ale gdzie tam! Umca umca umca! Czułem, jak od tego hałasu wibruje mi całe ciało. 
Takie miejsca to nie Tomka bajka, tak jak i nigdy, nawet w latach młodzieńczych szaleństw nie była to moja bajka. Ale był, przekonał się na własnej skórze i myślę, że szybko nie da się namówić na podobną atrakcję.
Swoją drogą dobrze, że Mario był w pogotowiu i wybawił go z nieznośnej sytuacji.


Mikołaj w Popolano na światłach dla marca:
- Mógłbym sobie coś kupić? 
- Co chcesz? Frytki? Polentę? A może jeszcze słodkości?
- Chciałem sobie kupić gitarę akustyczną.
Kurtyna.


Przed nami pierwsza marcowa niedziela. Na początku zaplanowałam na dziś Florencję, ale potem Mario złożył kontrofertę i jeśli dzień uda nam się tak, jak zaplanowaliśmy to już jutro pokażę Wam niezwykłą opuszczoną osadę i bajkowy wodospad, a tymczasem muszę uciekać, bo koszyk piknikowy czeka na spakowanie. 
DOBREGO DNIA!


BYĆ W DRODZE - ESSERE PER LA STRADA (wym. essere per la strada)