chłopcy

A wieczór taki piękny ...

sobota, czerwca 30, 2018


O filmie, o książkach, tych do napisania i tych do przeczytania, o ludziach, o świecie, o życiu ... Znów rozmowom nie ma końca. Trzymamy się za ręce i rozmawiamy o wszystkim, a cykady w gąszczu trajkoczą jak oszalałe, nawet jeśli powoli do doliny zakrada się wieczór. Mario powiedział, żebyśmy przyszli na pizzę, to idziemy. Idziemy i rozmawiamy... A wieczór taki piękny! Zupełnie jak w tej bajce o spóźnionym słowiku! Nagle przypomina mi się spektakl w zerówce i ja sześcioletnia w czepku na głowie jako pani słowikowa i słowa - ale wieczór taki piękny, że szedłem piechotą!


My też na piechotę - trzy kilometry w jedną, trzy w drugą, a wieczór taki piękny, a z tymi moimi chłopakami tak miło, a pizza taka dobra! Przez dłuższą chwilę nikt nic nie musi, nigdzie się nie spieszymy, świat kręci się gdzieś daleko, a my mamy siebie, zieloną dolinę i cykady! Już wiem, jak bardzo będę kiedyś tęsknić za tymi wieczorami...


Zatrzymujemy się na moście w Biforco. Temat kaczki powraca przez cały dzień. Obserwujemy z góry rzekę i nagle zdaje nam się, że ją widać, że nasza kaczka jest tuż pod mostem. Próbuję zrobić zdjęcie, przybliżyć, powiększyć i zaraz robi się jasne, że to jednak nie ona. Za jasna, za duża, dziób w innych kolorach, nie, nie, to nie ona ...
- Chciałabym tylko wiedzieć, że jest bezpieczna. Martwi mnie, że jej nie widać od wczoraj.
- Zejdę na dół. Upewnię się, że to nie ona. 
Chłopcy schodzą pod most i chwilę poźniej słyszę wołanie. 
- Pusiaaaa!!! Pusiaaaa!!!


Przechylam się przez kamienną barierkę.
- Zobacz kto tu jest!!! Tamta to rzeczywiście nie nasza, ale Cristina tu się schowała. 
Startuję jak z procy i zaraz dołączam do chłopców stojących na rozstaju rzek. Tomek bierze kaczkę na ręce i zaraz zaczyna ją tulić i buziaczki i dzióbki, tak jak zwykł to robić, kiedy kaczka mieszkała z nami. 
- Dołączyła do innych kaczek, tylko widzisz... one latają, a nasza nie potrafi jeszcze sama poderwać się do lotu. Zostaje w tyle, bo nie umie pokonać rzecznych kaskad pod prąd.
- Biedna...
- Zabierzemy ją? Co robić?
- Nie. Ona już tu musi zostać. Przetrwała noc. Jest z innymi kaczkami. Tu jest jej miejsce, wśród swoich. 
Stoimy i patrzymy z podziwem na naszego pieszczocha. Trzeba przyznać, że jest najładniejszą kaczą ze wszystkich. Lśniące pióra, niepostrzępione, taka wymuskana, zadbana, niedoświadczona jeszcze dzikim, rzecznym życiem...


- Znowu poleciały dalej, a ona została i "kwacze płacze" - martwi się Mikołaj. 
- Za nimi kwacze czy za nami? 
- Chyba jednak już za nimi. 
Kaczka zostaje sama, pozostałe znikają w zaroślach. Stoimy i debatujemy co robić. Pomagamy pokonać jedną kaskadę i drugą, ale przecież tak się nie da... Do domu też nie można już jej zabrać. Musi nauczyć się prawdziwego życia. Musi być wolna.
- Wiesz co, przenieśmy ją po prostu na inny odcinek rzeki, pod naszymi oknami jest płasko, tam zawsze stacjonują inne kaczki. 
Całą trójką jesteśmy zgodni, że to najlepsze rozwiązanie i rzeczywiście - kaczka natychmiast przyłącza się do innej grupki i odpływa w kierunku zarośli. Pewnie zaraz przysiądzie, schowa łepek pod skrzydełko i zaśnie spokojnym snem. Oby tylko była bezpieczna...

LATAĆ to po włosku VOLARE (wym. wolare)


kaczka

Wybór kaczki

piątek, czerwca 29, 2018


- Kaczki nie ma! - Mikołaj uchylił drzwi do pokoju, w którym miałam lekcję.
- Jak to nie ma?
Przeprosiłam na chwilę M. by zweryfikować zniknięcie najmłodszego domownika. Jednocześnie przekonana byłam, że na pewno, odnajdzie się na dole tak jak poprzednio. Nad rzeką poszukiwania - niestety bezskuteczne - rozpoczął już Tomek. Po kaczce nie było nawet śladu.
- I co? Nie ma?
- Nie ma!
- Szlag! Ja muszę wracać na lekcje. 


Wróciłam do języka Dantego, a chłopcy ruszyli w dół rzeki w poszukiwaniu naszej podopiecznej...

Jakiś czas potem zguba się znalazła, ale okazało się, że chyba dobrze poczuła się wśród swoich i nie było sensu zabierać jej z nami do domu. Kręciła się między innymi kaczkami jakby od zawsze była między nimi, tylko co jakiś czas silniejszy rzeczny nurt sprawiał, że bardziej nerwowo przebierała łapkami starając się ustać w miejscu. 


Najczęściej pojawiające się wczoraj pytanie to było: 
- Smutno ci, że już nie ma kaczki?
- Smutno, ale tak jest lepiej - odpowiadałam za każdym razem.
Smutno było mi bardziej niż mogłabym przypuszczać... 
Dziwnie teraz siedzieć na tarasie i nie czuć jej podskubywania, dziwnie nie szykować wieczorem posłania. Miska z karmą i wodą wciąż stoją na tarasie, jakbyśmy mieli nadzieję, że może jednak do nas wróci...  
Ale przecież, tak oczywiście jest lepiej...


Po kolacji poszliśmy jeszcze raz nad rzekę by sprawdzić czy z kaczką wszystko w porządku. Doszliśmy daleko, ale Cristiny nigdzie nie było. Jedna podobna, inna z daleka całkiem jak nasza, ale po weryfikacji z bliska, żadna nie odpowiadała rysopisowi. 
- Może śpi już pod drzewami? - gdybał pocieszająco Tomek.
- Może. Mam tylko nadzieję, że jest bezpieczna. A jeśli rano to wcale nie była ona, może się pomyliliśmy?
- Rano to na pewno była ona!
- Smutno ci?
- Smutno.
- I kto ją teraz będzie przytulał?
- Moja kaczuszka...

WYBÓR to po włosku SCELTA (wym. szelta)

egzamin

Wieści najróżniejsze

środa, czerwca 27, 2018


Uczymy kaczkę latać. Skrzydła pięknie urosły i już pierwsze próby krótkich lotów czy też raczej pierwszych lądowań ma za sobą. W niedzielę zabraliśmy ją nad Santerno. Ludzi akurat zjechało się sporo, ale mimo wszystko było miło i rodzinnie, a gwiazdą dnia była oczywiście nasza Cristina... Chłopcy kilka razy musieli opowiadać kaczą historię, której dorośli słuchali zadziwieni, a małe dzieci aż przebierały nogami z radości i nacieszyć się nieoczekiwaną atrakcją nie mogły. 


Zadziwił mnie w tym wszystkim pewien drobiazg. Wśród tylu ludzi kaczka doskonale nas rozpoznaje... Nie daje się wziąć komukolwiek, nie zwraca uwagi na innych, nie pływa za nimi, tak jak to robi z nami. Zachowuje się bardziej jak pies niż jak kaczka. Kiedy w chwili przerwy położyłam się wczoraj na tarasie kaczka zaraz umościła sobie miejsce przy mojej głowie i kiedy ja odpłynęłam w popołudniowej drzemce, ta delikatnie podskubywała mi włosy.
Czasem zastanawiam się jak ona nas widzi... 


Tyle w kwestii kaczki. A teraz dwa słowa, ostatnie już, na temat egzaminów. Następne takie emocje czekać mnie będą dopiero za dwa lata. 
We wtorkowe południe na drzwiach szkoły wywieszono wyniki, czyli główną ocenę z egzaminu i oto okazało się, że Tomek powędruje do liceum z dziewiątką! Jaki on był szczęśliwy! Jaki dumny z siebie! A jak się Mikołaj cieszył! A ja to już w ogóle stałam przed tą tablicą i myślałam, że mnie z dumy rozsadzi!
- Mam brata w superiori!!! O jejku!!! Ja mam brata w superiori! - wołał Mikołaj i ściskał Tomka do utraty tchu.
Dziś odbieramy ze szkoły wszystkie dokumenty. W najbliższych dniach jedziemy do Faenzy. 
Na watsappie rozwiązuje się grupa "terza media"...


Ledwo poniedziałek wybił, a tu już znowu środa i zaraz weekend i w Marradi znów będzie się działo. Trial na placu, festa tu i festa tam. Na niedzielę mamy ambitny plan. Poza tym gorąc wraca na toskańskie łono i nad basenem znów słychać będzie gwar...

***
- Czy ja mógłbym sobie zmienić datę urodzenia? - pyta Mikołaj.
- Że jak? A dlaczego?
- Bo ja bym chciał się urodzić wtedy kiedy Tomek - 7 lipca. 
- Całkiem zwariowałeś!

SZKOŁA "ŚREDNIA", czyli odpowiednik polskiego liceum czy technikum to po włosku SCUOLA SUPERIORE  (wym scuola superiore)

codzienność

Proza życia

czwartek, czerwca 14, 2018


Wieczór łagodną, lekko różową poświatą położył się na wzgórzach. Mimo złych prognoz na dwóch kroplach deszczu się skończyło. To wszystko dlatego, że nie pozwoliłam podlać kwiatów. 
- Zostaw! - krzyknęłam do Mario, kiedy był przy drugiej donicy - jak podlejesz to zaraz lunie, a tak może nie...
Nie lunęło przez całą środę. To chyba naprawdę zadziałało. Nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz. Poduszki z tarasu to chowałam, to wyciągałam na okrągło, od samego rana...   
Burza przyszła w nocy, poduszki zostały na tarasie...


Zapach lip wszedł do domu. Teraz wykładam sekrety włoskich zaimków i czuję jak przez rozdziawione okno wlewa się słodycz, która przewierca mi głowę, rozprasza, upaja, uzależnia... Co za moment! Co za zapach! Do tego glicine przypomniało sobie, że z tym kwitnięciem to słabo wyszło w tym roku i drugą porcję fioletu rzuca na taśmę. 
Cudo! Co za moment... 
Czy można tę chwilę zatrzymać? 
Wiem... wiem... nie można, tak tylko pytam dla porządku.


Kaczka jak wścibska sąsiadka wciska opierzoną główkę między pręty barierki i patrzy co tam "za płotem" się dzieje, listki podskubuje, zamyśla się, to w dół zerka, to w górę się gapi łepek przechylając zabawnie.  
Coraz częściej zostawiamy jej wolny wybieg. Chodzi sobie gdzie chce. A chce tam gdzie jest ktoś z nas, co oczywiście wiąże się z pewnymi niedogodnościami.

- Sprzątnij kupę!
- Jaka? Sucha czy mokra?
- Taka... bo ja wiem... pół na pół. 
Konsystencja kaczej kupy jest ważna. Od niej zależy ile papierowego ręcznika trzeba urwać.
- Ta była sucha! Dwa listki to za dużo! Ja zbankrutuję przez kaczkę! Oszczędności się uczcie! - odrywam kawałek listka. - O! Na taką kupę tyle wystarczy! Jak płynna to wtedy więcej, bo słabo się zbiera...
Wariactwo! Myśmy wszyscy powariowali. 
Siedzę przed komputerem i o tych nieszczęsnych zaimkach plotę najjaśniej jak umiem, a tu Mikołaj drzwi uchyla i kaczkę wsuwa mi do pokoju. 
- Gdzie mi tu z kaczką?! Przecież ja lekcję mam!
- Ale ona płacze!
- A ty co? Zajęty jesteś? Zajmij się nią!
- Ona chyba chce do ciebie...


- Kto dziś zmywa? - pytam po kolacji, bo teraz kiedy Mario pracuje codziennie i już nie przychodzi na kolację, zaszczyt ten przypadł chłopcom. Ja gotuję zmywają oni. To chyba w porządku?
- Sobota ja, niedziela Mikołaj ... - Tomek robi wyliczankę chyba nie do końca uczciwą, tak że w końcu znów pada kolej na Mikołaja. 
- Ej! - buntuje się młodszy. - Ale ty dziś nic nie robiłeś! 
- Mikołaj! - wtrącam się ja. - On miał dziś egzamin! 
- No właśnie! Pół dnia tylko siedział i siedział i pisał, a ja grałem w piłkę, byłem na rowerze,  spacerowałem... Niech on zmywa!
Kurtyna.

Dwa słowa o egzaminie. Pisemny włoski ponoć poszedł dobrze, choć Tomek ocenił temat jako nudny, bo musiał zbyt trzymać się rzeczywistości. Dziś ciąg dalszy - zmora matematyka. Prosimy więc kciuki zacisnąć jeszcze mocniej. 

KUPA po włosku to CACCA (wym. kakka)

goście

Kaczka, Goście i ważna niedziela

niedziela, czerwca 10, 2018


- No chodź gamoniu mały, chodź. Tutaj przecież jestem! - Wołam kaczkę, która rozdziawiła dziób i piu piu piu koncert rozpaczliwy urządza, bo z kilkusekundowym opóźnieniem zorientowała się, że wyszłam z salonu, a ona została sama. Wstaję z ławki i pokazuję się w wejściu - Jestem tutaj. Chodź na taras biedaku!            
                                                                                                       
Boże ja rozmawiam z kaczką. Chyba już całkiem mi odbiło...                                    

Christian stał się członkiem rodziny. Zapowiadałam, że nim zjawią się pierwsi Goście, kaczka będzie musiała przenieść się do Mario. Łatwo było powiedzieć, trudniej zrobić. Po przygodzie, która spotkała jej brata czy też siostrę, przestaliśmy taką opcję brać pod uwagę. Kiedy już całkiem urosną jej skrzydła sama zdecyduje czy chce być z nami czy odejść. 

Tymczasem proszę naszych Gości o wyrozumiałość ... Kaczka plącze się w salonie pod nogami. Siada pod stołem. No i ten taras czasem bywa ... hmmm, no wiecie... Ale jak to mówi mnich w filmie, o którym ostatnio pisałam: kaczka jest, to sra... 

Poza tym jak  pokazują ostatnie dni Chrystian szybko zdobywa sympatię. W piątek wieczorem na przykład, wróciliśmy późno, bo byliśmy na kolacji przedwyborczej u burmistrza. Kiedy weszliśmy do domu, okazało się, że nasz podopieczny siedział już w swojej sypialnianej skrzynce. J. obok niego pełniła wartę, bo przecież "on tak płakał" i nie miała serca zostawić go samego. Christiana nie można nie polubić. 


Prawdziwków coraz więcej. Z ogródka wędrują na stół pierwsze plony. Teraz to się dopiero zaczyna kucharzenie! W sobotni wieczór przygotowuję pożegnalno - imieninową kolację dla J. i M. 
Ich czas w Marradi już dobiega końca. Niby dni garstka, ale była i Firenze i Faenza i Marradi oczywiście też przedreptane wszerz i wzdłuż. Mam nadzieję, że będzie następny raz i następny i kolejny. Czeka Ravenna, czeka Bologna, czeka jeszcze wiele tutejszych cudów. I zawsze też trzeba uzupełnić zapasy! Dziękuję Wam bardzo za niespodzianki, za towarzystwo, za długie, szczere rozmowy ... Tak jak mówiłyśmy: niesamowita jest potęga internetu!


W międzyczasie do Pianorosso zawitali inni Goście, a następni szykują już walizki, by za chwilę przekroczyć próg Domu z Kamienia. Kręci się dalej nasza karuzela... 

Dziś w Marradi ważny dzień - wybory. Trzymajcie kciuki, żeby za sterami naszej gminy pozostał ten sam kapitan, który był do tej pory. 



Przed nami też ważny wieczór. Na scenie marradyjskiego teatru - VIVA VIVALDI! - spektakl w wykonaniu klasy Tomka na zakończenie scuola media! 

WYBORY - ELEZIONI (wym. elecjoni) 

DOBREJ NIEDZIELI! 

kaczka

Kacze świata odkrywanie

środa, maja 23, 2018


Musi być jeszcze jeden wpis o kaczce, bo to co się teraz z nią dzieje przechodzi ludzkie, a pewnie nawet kacze pojęcie... 
Rankiem, kiedy chłopcy wyszli do szkoły, a ja usadowiłam się przy biurku w drugim pokoju rozległ się znowu "płacz". Piu piu piu i piu piu piu i tak cały czas. Serce mi pękało, więc wzięłam skrzynkę z kaczką i na czas mojej lekcji postawiłam ją sobie przy nogach. Piu piu natychmiast ucichło, kaczuszka przysiadła i zaraz ucięła sobie drzemkę.


 W tej chwili tak to właśnie wygląda. Kiedy jest ktoś z nas obok, jest wspaniale. Kaczuszka pływa w swoim baseniku, je, spaceruje i śpi spokojna, ale tylko na chwilę zostaje sama, zaraz czarna rozpacz ją ogarnia i lament słychać nieprzerwany. 
I co teraz? Przecież czasem trzeba iść do sklepu, załatwić to czy tamto, dzieci w szkole, ja zajęta swoimi obowiązkami, a tu ktoś domaga się towarzystwa 24h. Może kupię sobie taką torbę w której ludzie "cziłały" noszą?


Musieliśmy wczoraj pojechać po świeżą wodę. Zeszliśmy z tarasu i zaraz piu piu piu... Płacz kaczki rozdzierał nam serce. Ustawiliśmy więc na tarasie chochoła z kurtki Mikołaja, że niby ktoś jest, ale kaczka okazała się wcale nie taka głupia jak się powszechnie uważa. Piu piu i piu piu... 
- Weźmiemy ją ze sobą?
I tak kaczka pojechała na swoją pierwszą wyprawę Rangerem. Na początku dreptała mi między nogami, a potem usiadła spokojnie bardzo z tej nowej przygody zadowolona. Przy źródle, gdzie woda rozlała się tworząc wielką kałużę, wypuściliśmy ją na czas napełniania baniaków, a ta wpadła w kaczą euforię. Tu dziubała, tam skubała, kuper w wodzie moczyła, skrzydełkami trzepotała i ... za nami krok w krok...


Kiedy już baniaki się napełniły postanowiliśmy zabrać kaczkę nad rzekę i zobaczyć jakie zrobi na niej wrażenie prawdziwa woda... I tam to dopiero się działo!


Myśleliśmy, że może całe otoczenie, jej naturalne środowisko sprawi, że odpłynie nam dalej i będzie problem, żeby zabrać ją do domu. Łudziliśmy się, że choć na chwilę przestanie zwracać na nas uwagę. Próbowaliśmy nawet kilka razy odejść "na niby", ale kaczka natychmiast orientowała się, co się święci i kaczym truchtem z rozpaczliwym piu piu zaraz goniła za nami!


Gdyby mi to ktoś opowiedział, chyba bym nie uwierzyła. Kaczka od samej rzeki, dreptała za nami krok w krok, zupełnie jak najlepiej wytresowany owczarek niemiecki. Dosłownie noga za nogą, my stop to i ona stop. Przeszliśmy nawet razem przez ulicę, co wywołało nieukrywane zaskoczenie przechodniów i przejeżdżających, a potem już Mario wziął ją na ręce i znów zapakował do Rangera.
Dziś też mamy plan wyprawy nad rzekę. Wszystko, żeby rozpacz nie było, żeby tylko tak kaczka nie płakała i żeby poznała świat, do którego wcześniej czy później będzie musiała wrócić... 

IŚĆ ZA KIMŚ to znaczy SEGUIRE (wym. seguire)


Tymczasem ukochany maj dobiega końca, a mnie tak bardzo żal ... 
W ogródku czerwono od poziomek. Lada moment zakwitną ulubione lipy. W teatrze zaczynają się końcowe występy dzieciaków. Szkolnych dni już tylko garstka. Najbliższy weekend zapowiada się super atrakcyjnie. Pojawiło się ogłoszenie o pierwszej stralunacie i o castagneto in musica i jeszcze wiele wiele więcej...




kaczka

Smutna historia piu piu piu...

wtorek, maja 22, 2018


Siedzieliśmy w ławkach czekając na niedzielną uroczystość. Wszystko było gotowe, pogoda bajeczna, dzień zapowiadał się wspaniale. Nawet kaczuchy przenieśliśmy do Mario, żeby same cały dzień na tarasie nie siedziały. 
Dokładnie w momencie kiedy drzwi do kościoła zaczęły się otwierać i dzieciaki szpalerem ruszyły do środka, poczułam w torebce wibrowanie telefonu. To był Mario. Wiedział, że nie mogę rozmawiać, więc zaraz pomyślałam, że sprawa musi być ważna. Skuliłam się na chwilkę pod ławką.
- Pronto.
- Kaczka zniknęła - powiedział Mario, a w jego głosie mieszała się złość, rozpacz i żal.
- Jak zniknęła??? Może się gdzieś schowała, może spadła do rzeki? 
- Nie ma jej nigdzie... 
Mario zrelacjonował później całe zdarzenie. 


Kiedy Paw przywiózł do świętej Barbary skrzynkę z kaczkami i cały nasz ekwipunek na przyjęcie, Mario zamiast nakrywać do stołu zaraz zabrał się za organizowanie atrakcji naszym małym podopiecznym. Odkręcił wodę i z węża ogrodowego dalej urządzać im "acquafun" całkiem jak ten pod Riccione. Po skończonej zabawie na chwilę tylko odwrócił się, by węża zwinąć i odwiesić na miejsce. Wszystko to działo się na terenie malutkiego ogródka, kto był u nas ten zdaje sobie sprawę o jakim terenie mowa. Nagle usłyszał za plecami histeryczne piu piu piu!! Jedna kaczuszka biegała jak oszalała a jej rozpaczliwe piu piu nie chciało ucichnąć. 


Mario natychmiast przeszukał cały teren, ale było oczywiste, że kaczki musiał dostrzec z góry drapieżnik. Sokół już kiedyś rozprawił się brutalnie z kosem, którego Mario ocalił i trzymał w klatce na tarasie, a zatem i w tym wypadku innego wytłumaczenia nie ma. Natura jest bezlitosna. 
Sokół w ogóle był ciągłą obawą Mario, który naturę i zwyczaje zwierząt zna lepiej ode mnie. Kiedy kaczki zostawały same na cały dzień, ja martwiłam się, żeby wystarczyło im pożywienia, żeby nie tęskniły, a Mario powtarzał: "żeby się nimi tylko żaden sokół nie zainteresował, innego zagrożenia tu nie ma". 
Myśleliśmy, że w "mariowym" ogródku nad rzeką będą miały jak w raju, tymczasem dla jednej z nich to były ostatnie chwile...


Ogarnął nas niewypowiedziany żal. Mario czuł się winny, ja czułam się winna, choć winy w nas żadnej. Bardziej niż zaginionej kaczki, żal było mi tej która została. Kiedy już jej rozpaczliwe piu piu ucichło, usiadła między naszymi nogami, jakby tylko tak czuła się bezpieczna i nie sama.


Piu piu rozlega się teraz za każdym razem, kiedy kaczuszka zostaje sama. W czasie wczorajszych lekcji słyszałam cały czas jej żałosne zawodzenie. Dopiero kiedy, skończyłam i usiadłam na tarasie, ona usadowiła się na moich stopach i zaraz całkiem się zrelaksowała. Było mi jej tak żal, że machnęłam ręką na zakupy. Zamiast tego postanowiłam wziąć komputer i popracować na tarasie w kaczym towarzystwie. Kaczka nie odstępowała mnie na krok. Wystarczyło, że podniosłam się na chwilę, by wziąć szklankę wody, zaraz znów rozlegało się piu piu ...
I teraz też, kiedy ranek się obudził, kaczuszka już domaga się towarzystwa. Do spania włożyliśmy jej do skrzynki pluszową maskotkę, by w nocy miała się do kogo przytulić.
Natura jest piękna, ale jej prawa są brutalne...  
Tak bardzo mi żal...

SOKÓŁ to po włosku FALCO (wym. falko)