ja

Kiedy cichną cykady ...

sobota, sierpnia 31, 2019


Woda jeszcze taka ciepła, a piasek wciąż palący, zupełnie jakby wakacje i lato były gdzieś na półmetku... Dzień kojący, spokojny, bez najmniejszego "muszę". Przez jeden dzień od dawna nic nie musiałam... Piątek był dniem, w którym ewentualnie MOGŁAM - mogłam nic nie chcieć albo chcieć, mogłam leżeć w słońcu i tylko przewracać się z boku na bok, mogłam sączyć chłodne spumante w plażowym barze, mogłam biegać wzdłuż plaży, wpadać z impetem do morza, mogłam przesypywać piasek między palcami, mogłam patrzeć spod na pół przymkniętych powiek na kąpiących się chłopców, na horyzont, na dryfującego dmuchanego jednorożca... Przez cały jeden dzień MOGŁAM, a nie musiałam. Przez cały jeden dzień słońce, piasek i woda rozpieszczały mnie z największą czułością. Zupełnie jakby lato, które odchodzi chciało się ze mną pożegnać najczulej jak można. Z czułością, od której aż ściska w gardle...

To "mogłam", to lenistwo, to ciepło, to wszystko razem działało intensywnie na wszystkie zmysły. Już dawno nie było mi tak dobrze... Tak dobrze, bez żadnego, najmniejszego nawet ale... Są takie dni, które z jakiegoś powodu zapadają w serce. Ten takim był, choć przecież nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. 

Tymczasem to już ostatni sierpniowy weekend i ostatnie sierpniowe morze. I dziś też będziemy celebrować ostatni sierpniowy dzień, tym razem domowo, ogrodowo i kulinarnie. Upał trzymać ma nas w objęciach do jutra. Za nim niestety idzie deszcz i choć może upał jeszcze do nas wróci, bo jednak szerokość geograficzna do czegoś zobowiązuje, to jednak nie da się zaprzeczyć, że ... lato, moje ukochane lato właśnie się kończy. 
Cykady dobrze o tym wiedzą - ich granie nagle umilkło...


 LATO SIĘ KOŃCZY to po włosku L'ESTATE STA FINENDO (wym. lestate sta finendo)

blog

Wigilia urodzin i niech się licznik kręci!

środa, lipca 31, 2019


- A może zjesz jeszcze ziemniaczka? - pytam z troską patrząc na resztki, których jakimś cudem nie pochłonęliśmy.
- Ale ciociu ja mówiłem już, że się najadłem - odpowiada M. z lekkim zniecierpliwieniem w głosie.
- No tak, tak... Widzisz... ciocia to już w takim wieku, że zapomina.
- Ciocia to się świetnie trzyma i nie wygląda na swoje lata... Tak jak mamusia! - w tym momencie przytula się do S. z wylewną czułością.
- Wiesz jak to się nazywa?
- Wiem.
- Lizus dupus pospolitus. 
- Wystarczy lizus - kwituje rezolutnie.
Chwilę potem staje za plecami starszych chłopców i teatralnym szeptem dodaje: - Opłaca się. Jak jestem czasem lizusem to mama każe mi mniej sprzątać. 
To był tylko jeden z wielu "kwiatków" M., które pokolorowały ten wieczór. 
I w ogóle wszystko tego dnia było miłe, ciepłe, serdeczne, radosne, sielankowe, że lepszej wigilii moich urodzin nie mogłabym sobie wyobrazić. 


- Czy Mario musi palić?
- Sam go zapytaj.
- A co mam powiedzieć? 
- "Devi fumare?"
- Tylko i tak nie zrozumiem, co mi odpowie. 
- Nieważne, cokolwiek by ci powiedział, ty mu odpowiedz: "Mi dispiace".

M. zbliżył się do Mario, zagaił o paleniu, tak jak łatwo było przewidzieć - Mario w odpowiedzi wymamrotał coś pod nosem i w międzyczasie M. drugiej kwestii już zapomniał. 
- Mi dispiace - przypomniałam teatralnym szeptem, na co Mario znów coś wymamrotał przekonany oczywiście, że to moja inicjatywa.

M.: "Czy Mario wie co ma napisane na koszulce?"

- Za bóle porodowe twojej mamy! - wzniósł toast Mario. 
Rzeczywiście wigilia moich urodzin była doskonałym pretekstem do takiego toastu, bo mama nie raz opowiadała, że moje przyjście na świat wymęczyło ją porządnie przez długie godziny. Dziś to też jej święto. Wszystkiego najlepszego Mamuś z okazji 42 lat bycia MATKĄ!

Kolacja smakowała wyśmienicie, a atmosfera i sielankowy widok wprawiły nas w tak cudowny humor, że nie mieliśmy ochoty nigdzie się ruszać, tylko tak tkwić na tej ławeczkowej belce i tkwić bez końca...

"Nie dość, że jestem wyższa, to jeszcze mam koturny!" Na te słowa S. wskoczyła na belkę i "prawie" się wyrównało! 

Czego sobie dziś życzę? 
Zdrowia! Zdrowia i jeszcze raz zdrowia i po trzykroć zdrowia. Zdrowia dla mnie i całej rodziny. 
Życzę sobie szczęścia dla moich dzieci, bo to warunek konieczny i niezbędny do mojego szczęścia. 
Życzę sobie dobrych ludzi wokół, bo dobrzy ludzie blisko to jak wygrana na loterii!
Życzę sobie też wielu drobiazgów, ale drobiazgi to drobiazgi... Spełnią się, nie spełnią, ja będę dalej marzyć. 
Marzyć, pisać, zachwycać się, zadziwiać, podziwiać świat od rana do nocy!   

BUON COMPLEANNO A ME! Niech ten zaczynający się czterdziesty trzeci rok mojego życia, będzie przynajmniej tak dobry jak czterdziesty drugi, który dopełni się wraz z zachodem słońca.

Ps. A o innych kwiatkach M i o tym, co działo się nad Santerno opowiem już w kolejnych dniach. 
I cóż... CIAO LUGLIO! 

Dom z kamienia

Dom z Kamienia i Kobiety

sobota, marca 09, 2019


A tak w ogóle to ja muszę coś napisać a propos wczorajszego święta! 
Że życzenia, mimozy, głupoty na watsapp czy messenger to wiadomo. Ale kiedy po obiedzie usiadłam sobie chwilę dla relaksu, dopadła mnie pewna refleksja...

Tak sobie pomyślałam, że dzięki temu mojemu blogowi poznałam całą armię świetnych kobiet!!! Ale tak świetnych, że już możecie zacząć mi zazdrościć! 

Poznałam A., która jako jedna z pierwszych zaczęła zaglądać do Domu z Kamienia - czyli to już lata i niemal każdego ranka wymieniamy choćby wirtualny, symboliczny uścisk. A. ma w sobie niesamowitą mądrość i z jej słów staram się czerpać naukę!
Poznałam O., której w górach nic i nikt nie zatrzyma i naszego wędrowania po Apeninach nigdy nie będę miała dosyć! Martwa Baba wciąż do zdobycia!
Poznałam A., której europejską karierę śledzę z zapartym tchem i tylko czekam na odpowiedni moment, aż wyruszymy szlakiem Italia. 
Poznałam M., która pokonała wielkie zdrowotne trudności i wciąż jest piękna i ma tyle dobra w sobie!
Poznałam R., która blogowo wspiera, dzieli się wiedzą, zawsze wysłucha i choć jesteśmy z tej samej branży nie ma między nami zawiści.
Poznałam M., która tak się zaparła i swego dopięła, że mogłaby być wzorem dla innych i nie ważne, że teraz nie ma na nową sukienkę!
Poznałam S., która po cichu wiernie mi kibicuje i wspiera i której obiecuję już wkrótce górskie łazikowanie.
Poznałam A., która rad udzieliła jak stres opanować przed kamerą, która też wciąż pięknie uśmiecha się do życia. 
Poznałam J., z którą mimo różnicy wieku tak cudownie się rozumiemy i żartuję, że jest już marradyjską recydywistką. 
Poznałam A., która też do Marradi wraca i góry kocha i też szuka oparcia, dobrej energii i zadowolenia.   
Poznałam M., która kombinuje jak tu to życie przenieść i też dzieli się drobiazgami dnia powszedniego. 
Poznałam M. i jej przyjaciółki, które pokazują, że w nas kobietach drzemie nieprawdopodobna siła i wdzięk! 
Poznałam D., która też kipi kobiecością i wciąż pamięta i dzieli się siłą!
Poznałam A., której wielkiego serca nie zapomnimy do końca świata i mam nadzieję, że w końcu znów nas odwiedzi.
Poznałam O., która też po górach biega i w dojrzałym wieku zachwyca formą nastolatki i mam nadzieję, że też dołączy do grona recydywistek marradyjskich.
Poznałam M., która czasem bardzo mi mnie samą przypomina i za którą w czerwcu mocno trzymam kciuki.


Być może kogoś pominęłam, więc wybaczcie! Jesteście wszystkie wspaniałe! Czasem do siebie podobne, a czasem tak bardzo różne. Z większością z Was w tym roku spotkam się znowu i już nie mogę się doczekać. Pozostałe mam nadzieję, że wrócą jak tylko to będzie możliwe. 
Dziękuję Wam za każde jedno słowo, za chwilę razem, za przegadane godziny, za lekcje, za spacery, za kilometry w nogach, za rady i za to że jesteście! Każda z Was mniej lub bardziej zaznaczyła swoją obecność w moim życiu. 

A dziś...
Dziś będzie inaczej. Dziś będzie dzień we dwoje, dla przełamania schematów albo raczej, żeby Tomka nie zamęczyć i dać odetchnąć od pociągów i całej reszty miejskiego zamieszania. Tylko ja i Mikołaj. Matka i Syn w Pięknym mieście!
Dobrego weekendu!!!

KOBIETY to po włosku DONNE lub też FEMMINE 

góry

Niby relaks, pani awaria, lęki i nowe sprawy.

wtorek, lutego 12, 2019


Marudziłam o te góry i marudziłam, aż wymarudziłam i w poniedziałek nim nastało południe dwuosobowa panda wturlała się na przełęcz Cavallary. Relaks! Relaks! Potrzebny mi relaks! Cisza gór! Lekkość głowy! Przez chwilę się nie martwić! 
Plan był dobry...
W momencie gdy zarzucałam na ramiona plecak, zadryndał watsapp. Cud, że w tych górach w ogóle jakiś sygnał się przemknął. Miałam zamiar machnąć ręką i telefonu nie dotykać przez całe moje górskie bytowanie, ale potem pomyślałam, że może to Tomek wraca jednak wcześniej więc warto sprawdzić. 
Wyciągnęłam telefon i zbladłam... "Kasia, czy już dojeżdżasz?" - pisał ktoś z numeru, którego nie miałam w kontaktach. "Gdzie dojeżdżam?" - pomyślałam sobie - "w góry przecież idę, relaks, relaks!" 
O matko! - zaraz mnie też olśniło! To musi być V. "Ważne spotkanie" jest nie we wtorek tylko jednak dziś!!! Jak mogłam pomylić???? Ja?? Ja, która zawsze jest na czas albo i przed czasem!! Internet pojawiał się i znikał, a ja szłam błotnistym szlakiem i trzęsącymi palcami wystukiwałam na telefonie litanię błagalno - przepraszająco - tłumaczących się wiadomości. 
Mario co jakiś czas tylko się odwracał i posyłał mi piorunujące spojrzenia, co było jak najbardziej zrozumiałe. Pewnie sobie myślał: "najpierw marudzi o góry, a potem idzie i przez dziesięć minut wzroku nie odrywa od telefonu". 
W końcu V. napisała, że mam się nie martwić, wszystko dobrze, że widzimy się we wtorek. 
Dobrze - nie dobrze, bo mój spokój i relaks szlag trafił. Starałam się mimo wszystko wyciszyć głowę, ale jednak po takim wstępie nie było to już wcale takie łatwe... Nie potrafię być wyrozumiała wobec samej siebie. Dla innych całkiem sporo, dla siebie samej - zero tolerancji.


Spacer oczywiście był piękny, choć wyżej w górach natura jeszcze przysypia ostatnią drzemką. Granie i doliny, buki i dęby, błoto pod nogami, a nad głową lazur i chmury na zmianę. Próbowaliśmy odtworzyć fragment szlaku, którym wędrowałam dawniej z moimi gośćmi, ale coś nam się poplątało. Trochę zbłądziliśmy, zahaczyliśmy o jakiś szałas, którego wcześniej nie widziałam, znaleźliśmy srebrzysty dąb jak z bajki, a potem znów wróciliśmy na szlak, doszliśmy prawie do "Segacci", na kamieniu za wiatrem zjedliśmy kanapki i w końcu ubłoceni po kolana zaczęliśmy kierować się do punktu wyjścia.  

Zrobię zdjęcie, to łatwiej znajdziemy szlak, z którego schodzimy...  


- Czasem, kiedy mam czas przysiąść i popatrzeć w niebo, zastanawiam się dokąd lecą samoloty, które nad moją głową zostawiają biały ślad. Jak myślisz - tamten dokąd leci? 
- Pewnie daleko... - odpowiedział lapidarnie Mario i tyle było moich wywodów.


- Zobacz, kupa wilka. Można z niej wiele wyczytać. 
- Na przykład kogo zjadł?
- Ten zdaje się pożarł małego dzika.


 Wróciliśmy utytłani po kolana. Relaks nie do końca mi się udał, bo już przez całą wyprawę kołatała mi się z tyłu głowy myśl, że nawaliłam w tak ważnej sprawie. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że dziś uda mi się zaprezentować z lepszej strony i że w ogóle coś z tego będzie. Poproszę uprzejmie o kciuki!  

Chwalę się też kolejnym krokiem "ku czemuś". Na fejsbuku możecie polubić i pomóc mi wypromować mój nowy "fanpejdż", dedykowany ślubom i fotografii - KASIA NOWACKA. Dopiero słowa mojej przyjaciółki, pomogły mi przezwyciężyć własne lęki. "Kiedy masz opory, kiedy się boisz, wyobraź sobie jakieś marzenie twoich dzieci, które chcesz spełnić" - powiedziała S. Bardzo zapadło mi to w serce. Postanowiłam mniej się bać, a co mi z tego wyjdzie czas pokaże.

DOBREGO WTORKU!

"ZALAJKOWAĆ" to po włosku METTERE "MI PIACE" (wym. mettere mi piace)

ja

Styczniowy weekend z pracą i atrakcjami

sobota, stycznia 12, 2019


W nocy złapał mróz. Trochę silniejszy niż zwykle. Krystalicznie czyste niebo już wczoraj wieczorem zapowiadało rześki poranek. Jak tylko ciemnym świtem Tomek przekroczył próg domu zaraz wyciągnął z kieszeni rękawiczki, a na głowę nasunął kaptur. Niech tylko wzejdzie słońce... Zaraz zrobi się całkiem przyjemnie. 


Za dnia jest pięknie. Można wygrzewać się na tarasie. Kubek kawy albo lepiej kieliszek wina, książka, coś ciepłego na ramiona i nic więcej do szczęścia nie trzeba. Oczywiście przydałoby się trochę wolnego czasu, by wprowadzić w czyn takie wizje, tymczasem czeka mnie kolejny bardzo pracowity weekend... 

Kiedy V. wyciągnęła wczoraj z szafy ubrania jakie kupiła specjalnie do sesji, aż jęknęłam z zachwytu. Najpierw zatarłam ręce z radości, bo zawsze marzyłam, żeby mieć taką sesję w portfolio, a zaraz potem zaczęłam się martwić - czy ja razem z moim Nikonem wzbiję się na prawdziwe wyżyny? Czy uda mi się zrealizować sesję marzeń przyszłej mamy? 

- Dlaczego ty się tak ciągle martwisz? - zapytał Mario po kolacji.
- Zawsze się martwię czy jestem/będę dość dobra. 
- Tu jesteśmy inni. Jeśli robię pizzę i sam uznam, że jest pyszna, to nie martwię się czy będzie smakowała innym, bo dałem z siebie wszystko i lepiej już nie umiem. 
- A ja nawet jeśli tysiąc osób pochwali moje pisanie albo zdjęcia, dalej będę w siebie wątpić na całej linii. Mam dużo wiary w innych, ale mnie samej wciąż tak bardzo jej brakuje. Jeśli ktoś mnie chwali zaraz wydaje mi się, że robi to tylko po to, żeby zrobić mi przyjemność. Ja się chyba nigdy nie zmienię.
- Wiesz, że ja nie jestem z tych, jak coś jest nie tak, to walę prosto z mostu. I ja ci mówię, nie powinnaś się martwić. Na pewno zdjęcia będą piękne. 
- Oby!


Poza pracą czeka mnie też coś ekstra i jeśli dobrze pójdzie dwa razy ktoś inny poda do stołu. Już w niedzielę dzieciaki będą ugoszczone po królewsku w zamian za kelnerską pracę w czasie kasztanowych sagr, a dziś wieczorem myśliwi przygotują pieczoną porchettę. 
Niech to będzie dobry weekend!

DAĆ Z SIEBIE WSZYSTKO to METTERCELA TUTTA (wym. metterczela tutta)

ja

Wczesnostyczniowe refleksje

czwartek, stycznia 03, 2019


Jeszcze przez kilka dni dzieci w Italii, a zatem też te w Kamiennym Domu cieszą się świątecznymi feriami. W sklepach, na wystawach pojawiły się Befany. Tradycji znów stanie się zadość i już w sobotni wieczór Mario przywdzieje damskie fatałaszki, by zatańczyć z najmłodszymi kółko graniaste i rozdać skarpety wypełnione łakociami. Temperatura poleciała na łeb na szyję, ale niebo każdego dnia raczy nas zimowym krystalicznym lazurem.  
Ja... 
Ja wracam już powoli do zajęć, powoli powoli rozpędzam się do normalnego rytmu i już mi żal na myśl o przyszłym tygodniu, bo tak bardzo lubię mieć dzieci w domu. Poza tym miniony czas był tak intensywny, że na odpoczynek uszczknęłam go sobie ledwo ledwo... Chciałoby się jeszcze trochę samego wolnego, bez świątecznych i noworocznych atrakcji.

W środę po lekcjach i po obiedzie ruszyłam na samotny spacer. Nie znalazłam chętnego do towarzystwa, ale też wcale smutno mi nie było, bo przynajmniej jak człowiek sam maszeruje to ma czas na sensowne poukładanie myśli w głowie. 
I tak sobie dreptałam przez kilka kilometrów w stronę Campigno, wymieniałam noworoczne życzenia z innymi drepczącymi, zachwycałam się długimi nogami mojego cienia, podziwiałam dolinę, której krajobraz znam na pamięć i myślałam o styczniu - że tak naprawdę choć zimy nie lubię, to styczeń nawet całkiem całkiem. 
Po pierwsze czuć już różnicę w długości dnia. Kiedy wracaliśmy znad morza o 17.30 było jeszcze trochę światła. Po drugie zaraz po Befanie mogę z czystym sumieniem wymieść z każdego kąta wszystkie świąteczne klamoty, które tak jak cieszą przed świętami, tak też irytują po Nowym Roku. W styczniu też intensywniej Goście zaczynają planowanie wakacji i nowy notes powoli zapełnia się notatkami. W styczniu to w ogóle jakoś tak niedaleko się wydaje do marca, do prymulek, do kwiatów san Giuseppe. I nawet jeśli znów zwali nam się na głowę jakiś Burian, to zawsze to inaczej, zawsze łatwiej przyjąć na klatę niż taki atak zimy dajmy na to w listopadzie. 


Na te ostatnie kilka dni ferii mam jeszcze nieśmiałe plany, ale co nam z nich wyjdzie, to zobaczymy. Słyszę zew gór. Słyszę tak mocno mocno, że oprzeć się trudno. 
Dobrego dnia! 

MOCNO to po włosku FORTE (wym. forte)

Dom z kamienia

Scarlett i przerwy w dostawie prądu.

środa, sierpnia 22, 2018


Mija dzień za dniem, a każdy następny zdaje się bardziej intensywny od poprzedniego. Nawet jeśli mówię - jutro pas, jutro więcej odpocznę, to potem i tak wszystko toczy się swoim wariackim rytmem. Ale tak jest dobrze. Na odpoczynek przyjdzie czas jesienią, choć tak naprawdę pewnie dopiero zimą, bo zdaje się, że kolejne tygodnie też do nudnych nie będą należały. Można powiedzieć, że prowadzę teraz prawdziwie "otwarty dom". Ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, ktoś przysiada, wino popijają, ciasto na pizzę pod okiem Mario gniotą. Dzieci biegają w te i z powrotem, rzeka, salon, a to pić, a to do baru, a to ryby łowić, piknikować pod zmęczoną pelargonią, powstanie odgrywać na płaskim brzegu rzeki i tak do nocy. Prawdziwie późnej nocy... 


Nad Domem z Kamienia niebo wciąż pogodne, a do tego upał nieziemski, że każdy jak mucha w smole, ruchy ma spowolnione. Za dnia każdy szuka cienia, odrobiny przewiewu. Dopiero po południu, kiedy gorąc piekielny odpuszcza, można coś zrobić, ruszyć się żwawiej, nabrać rozpędu. 
Coś jednak jest w powietrzu, coś co zdefiniować ciężko, czy to jego zapach, czy przejrzystość zakłócona, coś co sprawia, że aż mnie z żalu w dołku ściska. Starzeje się ostatni z letnich braci. 


Taki to był wtorek z lekcjami, z przyspieszonym kursem robienia pizzy, ze spacerem po Palazzo Torriani, z poranną nerwówką wokół ślubnych dokumentów, z poczuciem, że znów nie zrobiłam wszystkiego tego co powinnam... Momentami czuję się tak jakby ktoś odcinał mi dopływ prądu. Oto dowód na to, że nie jestem cyborgiem i mnie też zdarzają się momenty słabości. 


Zamykam oczy i myślę: skontrolować Tomka wzrok, dowieźć brakujące dokumenty do liceum, umówić chłopców na szczepienia i do dentysty, kupić książki do szkoły, obrobić zaległe zdjęcia, dla tamtych przygotować ofertę, innym odpowiedzieć na maile... 
A potem kończy się tak, że znów jestem jak Scarlett: jutro, pomyślę o tym jutro...

POMYŚLĘ O TYM JUTRO - CI PENSERÒ DOMANI (wym. czi pensero domani)

Graticola d'Oro

O letnich radościach banalnie i o tym jak się doigrałam

wtorek, lipca 24, 2018


Oto jedna z moich największych letnich radości - miska pomidorów z własnego ogródka z kilkoma listkami bazylii i oliwą. Jak są pomidory to ja już mam co jeść i mogę tak codziennie, do znudzenia, bo te pomidory takie dobre! Wszystkie gatunki w tym roku spisały się na medal.
Drugą z letnich radości jest rzeka. Wprawdzie po wczorajszej burzy zamuliło ją kolejny raz, ale jutro, pojutrze oczyści się i znów będziemy moczyć nogi, brodzić, chlapać się dla ochłody. 
Trzecia letnia radość to kolacje i obiady przy Santa Barbara. Grilowane mięso, warzywa, schłodzone wino, cisza i spokój, ledwie słyszalne szemranie Lamone i nasze rozmowy bez końca. I oto nie dalej jak wczoraj takim właśnie momentem cieszyliśmy się razem z naszymi Gośćmi. Zdjęcia są, a jakże, ale już nie zdążyłam się z nimi rozprawić, bo po kolacji czekały na nas próby do turnieju złotego rusztu. I tak dochodzimy do kolejnej letniej radości - Graticola d'Oro...


Próba skończyła się przed 23.00 Znów siedzieliśmy gęsto na środku parkingu, na krawężniku w blasku księżyca i studiowaliśmy detale do tanecznego występu. 
Jest takie powiedzenie: "pysk szczeka, pysk dostanie". 
W zeszłym roku po spektaklu nad basenem podeszłam do naszego "szefa" - capo rione i pogratulowałam pomysłu i wykonania. Jednocześnie wyraziłam swoje życzenie, że w przyszłym roku sama porzuciłabym na chwilę rolę fotografa, by wykazać się na scenie razem z innymi biforczykami. Powiedziałam, że chcę i ja być częścią grupy. "Nie ma problemu" - odpowiedział O. i słowa dotrzymał! Dotrzymał najmocniej jak umiał. Doigrałam się! Trzeba było siedzieć cicho, robić zdjęcia i nigdzie się nie pchać. 
Zdradzić scenariusza i pomysłu jeszcze nie mogę, ale powiem tylko, że swoją minutę w dosyć widowiskowym "kwartecie" na marradyjskiej, letniej scenie będę miała. I żeby na tym się skończyło...
- Jak idą balletti? - zawołał za mną O., kiedy po dwóch godzinach podniosłam się z krawężnika.
- Idą, idą, jakoś...
-Pamiętasz, że jeszcze jesteś zapisana do "surf" (konkurencja deska surfingowa).
- Dio ... A mogłam siedzieć cicho... - Co mnie podkusiło??
W jakimś filmie to było ... "No! Aleś se pan narobił!"

WYRAZIĆ to po włosku ESPRIMERE (wym. esprimere)