Graticola d'Oro

Świętowania nigdy dosyć!

piątek, października 18, 2019


Już w czasie sierpniowej festy, którą wyprawiliśmy dla całego Marradi, mówiło się, że musimy zorganizować również kolację dla nas samych, by w końcu zamiast przygotowywać i podawać, móc również zasiąść do stołu i trzykrotne zwycięstwo w turnieju Graticola d'oro świętować jak należy. 
Jak zawsze przy takich okazjach - to znaczy przy grupowym świętowaniu - hasłem dyżurnym jest pizza. Już od września czekaliśmy na ten wspólny wieczór i jakoś do tej pory się nie składało, a poza tym wciąż brakowało drobnych upominków, jakimi miały być nagrodzone dzieciaki startujące w konkurencjach (J. i M. - mamy dla Was długopisy!) oraz nasi "szefowie". W końcu wszystko dotarło, data została ustalona i pizzeria wypełniła się takim gwarem, jakiego nie sposób sobie wyobrazić. Jak ktoś był kiedyś na włoskiej imprezie, na której są też  dzieci, ten wie o czym mówię.


Było nas ponad sześćdziesiąt osób, a ja naiwna myślałam, że dotrze zaledwie połowa! Po pierwsze wstępnie ustalona data 18, czyli piątek, z racji nieobecności kilku osób (w tym nas) została przesunięta na czwartek, a to przecież jeszcze nie weekend, poza tym zdawałoby się, że wraz z końcem lata mija ochota na wyjście i świętowanie ... Nic bardziej mylnego! Na świętowanie zawsze jest dobry czas, dobra pogoda, dobre wszystko! I przede wszystkim zawsze jest jakiś powód! 
Znów intensywnie myślimy o domu, ale nie dopuszczamy myśli o porzuceniu Biforco. To nasz cudowny mikrokosmos z jakże zupełnie innej galaktyki. 


A poza tym do Domu z Kamienia dotarł Paw. W drogę ruszył już pewnie N. z "dalekiej" Germanii. Mikołaj dostał dziewiątkę z geometrii i ze szkoły wyszedł dumny i blady. Słońce świeci, a październik wciąż pozostaje wierny swoim ideałom. 

Przed nami już prawie weekend i kolejna, przedostatnia tym razem sagra kasztanowa. 

Ja kolejny raz z całego serca dziękuję wszystkim Patronom! Mam nadzieję, że w następnym tygodniu znów uda mi się do Florencji wyskoczyć i uzupełnić materiał. Pozostało kilka miejsc do odwiedzenia i jeszcze wiele zdjęć do zrobienia. 

DOBREGO DNIA! DOBREGO WEEKENDU!

DOSYĆ, WYSTARCZAJĄCO to po włosku ABBASTANZA (wym. abbastanca)


Biforco

Trzykrotni zwycięzcy wygrywają też z pogodą!

sobota, sierpnia 24, 2019


Przez cały piątek chmury i pomrukiwania burzowe krążyły nad Biforco. Zupełnie jakby pogoda wystawiała nas na próbę. Jakby chciała wyzwać nas na pojedynek: wycofają się z imprezy przestraszeni taką aurą czy nie? Taki niby challenge! 

Ale wystawiać na próbę nas? Nas - trzykrotnych zwycięzców? Trzykrotnych triumfatorów złotego rusztu? Dobre sobie! Nie przestraszyły nas grzmoty, ani ołowiane chmury sunące ze wszystkich stron, ani nawet popołudniowy deszcz, który zmoczył stoły i ławki. 
Wręcz przeciwnie - ktoś przykazał, żeby na fejsbuku dla przypomnienia jeszcze raz udostępnić ogłoszenie, że Biforco deszczu się nie boi i festa tak czy inaczej się odbędzie.
I co? I deszcz ustał, a chmury złagodniały. Można powiedzieć, że to niemal jak czwarte zwycięstwo. 
Było ciepło i przyjemnie, a nasze obawy, że jednak pogoda ludzi wystraszy, rozwiały się jak ten deszcz i po 19.00 uwijaliśmy się jak w ukropie - nomen omen - pomiędzy garami bulgoczącej wody z makaronem, sosem i skwierczącą smażoną na oleju piadiną. 
Przybyli pobili zeszłoroczny rekord. Oszacowaliśmy, że przybyłych było około 250 osób, a impreza trwała do późna, jakby nikomu nie chciało się kończyć tak miłego wieczoru. 
Tak oto Biforco przypieczętowało swoje trzecie zwycięstwo, a ruszt znów powrócił do baru.  


I na koniec takie moje małe przemyślenia - roztkliwienia. 
Już zawsze będę cudzoziemką. To się wie. Będę nią w Italii nawet za sto lat, ale będę nią już zawsze też w Polsce. 
Jednak w tym wszystkim Biforco stało się takim moim mikroświatem, gdzie czuję się jak w domu. Jest mikroświatem, którego po tych kilku latach i ja stałam się częścią. 
Mario zdziwił się wczoraj widząc mnie uwijającą się wraz z innymi "niebieskimi koszulkami" przy polencie i słodkościach i nie wiem czy zrozumiał moje tłumaczenie jak wiele mam z tego radości. Obawiam się, że nie... 
A radość miałam naprawdę wielką - ze wspólnej pracy, ze wspólnej radości, ze wspólnych wspomnień, z toastów, żartów, z bycia tu i teraz. 
W takich momentach czuję wyraźnie, jak ciepło Biforco przytuliło nas do serca.


I tak oto przedostatnia letnia festa już za nami... Po drodze czeka nas wprawdzie jeszcze jedna "camminata" po górach o zachodzie słońca i fasolowa uczta, ale jakby nie było już dokładnie za tydzień wystrzelą nad Lamone fajerwerki obwieszczając koniec wakacyjnego rytmu. A lato?
Lato mam nadzieję, że mimo wszystko zostanie z nami jeszcze co najmniej przez miesiąc.

Ja tymczasem zmykam dziś do Florencji, będę mamić legendami i faktami, będę opowiadać o Michelangelo i Brunelleschim, będę znów czerpać radość z zachwytu moich Gości.
Dobrej soboty!

WYZWANIE to po włosku SFIDA (wym. sfida)

Biforco

Wcale nie takie drobne radości sierpniowych dni.

wtorek, sierpnia 13, 2019


Kiedy siedziałam przed komputerem na porannej lekcji, kątem oka zobaczyłam na moście oddalającego się D. - Grazie! - zawołałam za nim. 
Dzień wcześniej dzwoniła C. i pytała czy przypadkiem nie chcę trochę ich plonów ogródkowych. - Jasne! - odpowiedziałam - Takie dary przyjmę zawsze z radością! 
Myślałam, że C. miała na myśli kilka pomidorów i cukinii, tymczasem kiedy wniosłam do domu zostawione przy furtce przez D. pudło salon wypełnił się mieszanką niezwykłych zapachów. Lawenda, rozmaryn, bazylia, szałwia... Niespodzianka opatrzona listem kipiącym od ciepła i serdeczności, pełna była szalotki, czosnku, ogórków, pomidorów, kwiatów cukinii, bakłażanów i świeżych ziół. 
Byłam autentycznie wzruszona. Wzruszona nie tylko chęcią podzielenia się z nami tym, co ziemia zrodziła, ale też niezwykłą dbałością i finezją jak to wszystko było podane. Cała C.! 

Zaraz wyszperałam nowy przepis i na przystawkę do kolacji zaserwowałam grzanki z bakłażanowym pate'. 
Zależało mi na czymś szczególnie oryginalnym, bo miała przecież wpaść Contessa z Lexem. Ostatecznie jednak zjedliśmy kolację we własnym towarzystwie, bo Lex niefortunnie "zaniemógł". 
Przepisem na pate' z bakłażanów zaraz się z Wami podzielę. Wyszło bowiem super smaczne!  


Z racji zmiany planów po kolacji postanowiłam dołączyć do biforkowej brygady, która chyba z żalu, że czas prób i codziennych spotkań przed Graticolą minął, umówiła się na spotkanie w celu omówienia tradycyjnej festy, jaką wyprawia zawsze zwycięski rione. Trzeba było przedyskutować menu i datę i jeszcze kilka innych drobnych szczegółów. Tak naprawdę można to pewnie było obgadać w 15 minut. 
My natomiast tkwiliśmy tak przez dobre półtorej godziny. Siedzieliśmy na parkingu, na rozgrzanym jeszcze dniem asfalcie, w kółeczku jak harcerze przy ognisku - ktoś zażartował nawet, że brakuje nam tylko gitary - i nikomu za nic nie chciało się iść. Wspominaliśmy turniejowe zmagania, momenty trudne, momenty wzruszające i zabawne. Cieszyliśmy się chwilą, sobą, poczuciem niezwykłej wspólnoty... 

Zbliżamy się do połowy sierpnia... Został ostatni miesiąc wakacji. Upał panuje nieprawdopodobny. 
Cieszę się gorącymi wieczorami i ciepłymi rankami, cieszę się chłopcami w domu, cieszę smakiem pomidorów, białymi sukienkami, kolorowymi łąkami...

DOBREGO DNIA!

 DBAŁOŚĆ to po włosku CURA (wym. kura)

Biforco

Nie ma dwóch bez trzech!!! Ruszt wraca do biforkowego domu!!!

niedziela, sierpnia 11, 2019


Włosi mówią: non c'è due senza tre (nie ma dwóch bez trzech)... Nie będę się dziś silić na bycie mistrzynią suspensu. Powiem Wam to od razu! 
W Noc świętego Lorenzo, patrona Marradi, w noc spadających gwiazd,  tuż przed godziną pierwszą Złoty Ruszt wrócił do Biforco! 


Napisałam wczoraj "niech wygra najlepszy" i rzeczywiście trzeba przyznać: byliśmy/ jesteśmy najlepsi! To bycie najlepszymi to jednak wypadkowa wielu czynników i myślę, że każdy kto w niebieskiej koszulce emocjonował się wczoraj na placu zgodzi się ze mną, że najważniejszym z tych czynników jest nasz "szef" - caporione Olinto i jego prawa ręka Claudio. To oni trzeci raz z rzędu poprowadzili nas do zwycięstwa. Kolejnym ważnym czynnikiem jest "zgarnie" naszego rione. Biforco jest wyjątkowe, trzeba to przyznać. Tu trzymają się razem starsi i młodsi, a w grupie jest przecież siła.  

Na wieczorze otwarcia tegorocznego turnieju Olinto oddając ruszt, powiedział trochę pod nosem, ale na tyle głośno, że dało się słyszeć - "i tak go odbiorę". Pomyślałam wtedy, że to odważne. Ja w takich momentach nie umiem "zapeszać". Zawsze te wszystkie tfu tfu i tak dalej. A on właśnie nie! Nasz Caporione przekonany był, że sięgniemy po zwycięstwo kolejny raz. Może tak właśnie trzeba? Może kiedy w coś wkłada się całe serce, trzeba sobie samemu powiedzieć: uda mi się! wygram! 
Nie potrafię sobie przypomnieć, czy poznałam w moim już całkiem długim życiu kogoś z taką charyzmą, jaką obdarzony jest Olinto. To jest jedna z tych osób, która wstanie, machnie ręką i zaraz pójdą za nim wszyscy. Niesamowite. 
Kiedy kładłam się do łóżka, a była już prawie druga w nocy, bo po zwycięstwie musieliśmy oczywiście zaliczyć przejazd kawalkadą trąbiących samochodów, z wrażenia i wzruszenia nie mogłam zasnąć. Pięknie tu być, pięknie jest móc przeżywać takie chwile jak wczoraj, pięknie jest być elementem tego cudownego mikrokosmosu jakim jest Bifoco. 

Wygraliśmy, ale łatwo nie było. Krótką fotorelacją opowiem Wam jak przebiegały poszczególne konkurencje. Pierwszą z nich, o którą byliśmy spokojni przegraliśmy z kretesem. Pudełka nam nie wyszły. 


 Potem były eliminacje z arbuzowej koszykówki i tu karta się odwróciła. Przeszliśmy do półfinału.


W konkurencji "bicchierino" (kubeczek) szło nam świetnie, ale zajęliśmy trzecie miejsce.  


A potem zaczęło się pasmo sukcesów! "Muro" (ścianę) wygraliśmy w wielkim stylu. Kiedy Andrea łapał do kubła na plecach piłeczki rzucane przez jego syna Dario, ucichł nawet doping, by ich nie dekoncentrować. 


 Kolejna konkurencja - "pielucha" zostaje anulowana z przyczyn technicznych.


Półfinał w arbuzowej koszykówce wygrywa BIFORCO. Emocje rosną z minuty na minutę!
Zaczyna się sztafeta damsko męska z przecinania pnia. Wydaje się, że jesteśmy mocni, ale kobietom, mimo starań udaje się go przeciąć jako ostatnim. Cała nadzieja w części męskiej w Olinto i Robim, którzy muszą nadrobić stracony czas. Są jak maszyny, to co wyprawiają z piłą przechodzi ludzkie pojęcie, zupełnie jakby mieli w rękach siłę piły spalinowej! Ostatecznie zajmujemy w tej konkurencji drugie miejsce zaraz po I Confe'.


W tym momencie obliczam już w głowie punkty i dochodzi do mnie, że jakby już nie poszło ze sztafetą, to ruszt i tak wygraliśmy. Wysyłam wiadomości do Pawia i do S., a tu ogłaszają jeszcze jedną konkurencję - "spaghetti", więc ja znowu tfu tfu tfu... 


Uczestnicy mają w pięć minut zjeść bez używania rąk jak najwięcej spaghetti z sosem. Jesteśmy bezkonkurencyjni. Giulio w te kilka minut pochłania 1,5 kg pasty!!!


Jest dobrze, bardzo dobrze. Po cichu, przez zaciśnięte zęby rozchodzi się pomruk, że już wygraliśmy. Ktoś jedzie do Biforco by zabrać z mostu flagi. Będą potrzebne do wiwatowania...
I wreszcie ostatnia konkurencja. Sztafeta. 
Nie musimy się stresować, ruszt jakby nie poszło jest nasz! 
Tak czy inaczej uczestnicy z Claudio na czele do ostatniej chwili dają z siebie wszystko. Biforco sztafetę wygrywa, a kilka minut później na placu wybucha wielka niebiesko czerwona radość. Flagi falują, wrzeszczą starzy i młodzi. B'FORC wygrywa trzeci raz z rzędu. Wygrywa w pięknym stylu. 

Olinto wita na mecie wygrywającego ostatnią konkurencję Claudio.

W upalną sierpniową noc spadających gwiazd klaksony nie dają spać jeszcze do drugiej w nocy. Wszyscy muszą się dowiedzieć, że ruszt wrócił tam skąd przyszedł. 
Włosi mówią: non c'è due senza tre... il quarto vien da sè... (nie ma dwóch bez trzech, czwarte przychodzi samo). Ale to się okaże dopiero za rok!