cmentarz

W zadumaniu, bez ołowiu na duszy

piątek, listopada 02, 2018


Dobrze, że prognozy pogody mylą się czasem też na naszą korzyść. Ostatecznie nie lało wczoraj cały dzień, tak jak zapowiadano. Na jakiś czas deszcz łaskawie ustał, więc spokojnie mogliśmy pojechać na cmentarz, przejść między grobami, zadumać się, powspominać, poprawić chryzantemy na grobie mamy Mario. Po raz kolejny urzekła mnie atmosfera tutejszego cmentarza. Atmosfera pogodna nawet w niepogodę. Małe groby gęsto obok siebie, skromne, nienapuszone. Bez ton kwiatów i dziesiątek zniczy. Bez rywalizacji, kto ładniejszy i droższy przyniesie. Patrzyłam na ludzi zbitych w grupki - rodziny, znajomi, przyjaciele. To mały cmentarz, więc mogłam dokładnie słyszeć ich rozmowy - wspominali tych, którzy odeszli lata temu i zamyślali się nad tymi, których zabrakło całkiem niedawno. 
Stałam przed grobem Anny, kiedy dwa groby dalej zatrzymał się staruszek. Zerknęłam na tablicę nagrobną. Mój Boże, taki młody człowiek - pomyślałam - pewnie syn, a ten staruszek to ojciec. Mężczyzna zaczął szeptać, a szeptał na tyle głośno albo ja byłam na tyle blisko, bo to przecież mały cmentarz, że nawet jeśli nie chciałam, słowa tak czy inaczej dochodziły moich uszu. To nie była modlitwa, to była rozmowa. Ot taka zwykła najzwyklejsza. Poczułam się jak intruz i zaraz oddaliłam się pod pretekstem zerknięcia na inne groby.  


Pięknie wyglądają polskie nekropolie, które o zmroku lśnią tysiącami światełek. Jednak jest w nich też coś przygnębiającego, coś co osiadało mi zawsze jak ołów na duszy i ciągnęło w dół przez cały listopad. Tu tego nie ma. Mam wrażenie - i nie raz już o tym pisałam - że w Italii nawet cmentarze są bardziej pogodne i to co ważne - przynajmniej tu w Marradi, bo może na większych cmentarzach jest inaczej - nie ma tej całej komercyjnej otoczki. Nie ma też gonitwy, rywalizacji, rewii mody. Nie chcę być niesprawiedliwa, nie że znów gloryfikuję Italię, ale tak szczerze przyznajmy w ten szczególny dzień 1 listopada na pewno nie raz każdy z nas choć raz był świadkiem "przedziwnych" cmentarnych scen i dialogów. 

***
- Idziemy, bo chaos się robi - powiedział Mario.
Podreptałam za nim bez słowa aleją starych cyprysów i aż uśmiechnęłam się pod nosem na ten "chaos" w jego mniemaniu. - Chyba nigdy nie widziałeś cmentarnego chaosu - skomentowałam pod nosem, bardziej do siebie, bo Mario i tak nie zrozumiałby co mam na myśli. 

Nim nastał wieczór, a deszcz dalej powstrzymywał łzy, wyciągnęłam jeszcze chłopców na krotki spacer we troje. 
- Smutno ci, że nie możesz iść do swojego taty na grób.
- Smutno, ale nie dlatego, że nie mogę iść właśnie dziś. Niektórzy nie chodzą na cmentarz cały rok, a przypominają sobie o zmarłych 1 listopada. Bardziej będzie mi smutno 18-tego.
- Wtedy kiedy umarł? 
- Tak. Kiedy mieszkaliśmy w Warszawie bywałam tam dosyć często, czasem nikomu nic nie mówiąc. Na rocznice, dni ojca, urodziny, imieniny, święta i bez okazji, za każdym razem kiedy potrzebowałam "porozmawiać". Smutno mi dlatego, że już od 3 lat nie byłam przy jego grobie. Choć myślę sobie, że nie ważne są lampki i kwiaty, tylko pamięć, którą mamy w sercu. A ta towarzyszy mi każdego dnia.

PRETEKST to po włosku SCUSA lub PRETESTO  (wym. skuza / pretesto)

cmentarz

Bez polemiki, czyli na scenę wchodzi listopad

czwartek, listopada 01, 2018


Niech szlag trafi tę pogodę! Czwartek miał być piękny i słoneczny, tymczasem już po obiedzie nadciągnęły nad dolinę nowe chmury i zaczęły straszyć ołowianym kolorem. Wystrój nieba wprost idealny na halloween. Zaczęło kropić dokładnie w momencie, kiedy wysiedliśmy w górach z samochodu. Mario i jego brat, jak na prawdziwych grzybiarzy przystało, nie odpuszczali. Zaplanowaliśmy wyprawę, więc nie zwracając na niebo zabrali się za przeczesywanie kolejnego grzybowego miejsca. Sukces przedsięwzięcia znikomy. Dowód na zdjęciu. Oprócz jednego porcino przynieśliśmy do domu inne jesienne podarki - jabłka i kasztany, których nikt nie chciał. 
Deszcz to przychodził to odchodził, słońce od czasu do czasu próbowało przebić się przez ołowianą zasłonę, aż w końcu nad wyschniętymi jesiennymi trawami rozciągnęła się tęcza. Tak oto październik schodził ze sceny...


Kiedy wróciłam do domu, chłopcy byli już prawie gotowi na wieczorne świętowanie z dolcetto o scherzetto. Każdego roku przy tej okazji rodzą się polemiki "za i przeciw allołin". Ja z obozu tych całkiem neutralnych. 
Dzieciaki niech się bawią - dlaczego nie? Zawsze mam przygotowane słodkości dla odwiedzających i przyznaję uczciwie, że lubię widok straszydeł czekających w progu na słodkie datki! Moi chłopcy wiedzą czym jest 1 i 2 listopada, ale tak czy inaczej 31 października lubią ganiać przebrani, pukać do kolejnych drzwi, a potem ucztować przy stole razem z przyjaciółmi. I dobrze! Tak właśnie było wczoraj. Wrócili do domu przed północą, a ja, jak stary "kapeć", siedziałam przy piecyku z książką i szklaneczką wina, przysypiałam i tylko co jakiś czas zerkałam na zegarek.
Dla mnie to dzień jak każdy inny, podobnie jak Sylwester, którego prawdę mówiąc też mogłabym zignorować. 


Ranek obudził się łzawy. Dudni deszczem i nic dobrego nie wróży. Mam nadzieję, że może choć na chwilę przestanie, bo chciałabym pójść na marradyjski cmentarz, na którym z nagrobnych zdjęć patrzy coraz więcej "znajomych twarzy". Postaram się nie wpaść w melancholię, co przy panującej aurze będzie nie lada wyzwaniem. Postaram się odpocząć, wyciszyć, zająć samą sobą. 
Mam nadzieję, że dziś na jedynym tak naprawdę ważnym dla mnie grobie, ktoś i ode mnie światełko zapali. Dziękuję.

Buongiorno novembre! Dzień dobry listopadzie!

PÓŁNOC (w sensie pory dnia) to po włosku MEZZANOTTE (wym. medzdzanotte)


chłopcy

Od zabawy do zadumania.

środa, listopada 01, 2017


Już od kilku dni chłopcy umawiali się z przyjacielem na wieczorne "DOLCETTO O SCHERZETTO?". Zaraz po szkole wyciągnęli przebrania, a Tomek tradycyjnie zabrał się za charakteryzację. Tym razem postanowił wystąpić jako legendarny Jack, ten od "halołinowych" dyń - Jack-o-lantern. Dla Tomka takie wydarzenia, to przede wszystkim okazja do pewnego rodzaju teatralnych występów. Mikołaj nie zawracał sobie głowy charakteryzacją. Skupił się na stroju i sprytnie postanowił zostać... człowiekiem bez twarzy. 


Zabawa była taka przednia, że chłopcy stracili zupełnie poczucie czasu. Oczywiście w taki dzień nie działała zasada - "w domu po zmroku" i pewnie gdyby nie mama F. do północy szwendaliby się ciemnymi zaułkami. Zjawili się w domu z worem łupów, a Mikołaj dzierżył w dłoni nadgryzioną kiełbasę. 
- A to? 
- Byliśmy u rzeźnika i dał nam kiełbasę.
- I gdzie jeszcze byliście?
- Martina (mój przyp. warzywniak) dała nam mandarynki... 
W worku między cukierkami walały się już tylko zielone listki.
- Starszy pan z warzywniaka na górze dał nam fistaszki.
Wśród zdobyczy ostały się tylko dwa orzeszki. 
- Mirko pszczelarz dał nam te ciasteczka. Są pyszne. Ciasteczka też dostaliśmy w piekarni. 
- A w barze jakimś byliście? 
- W centrale! Tam dostaliśmy najwięcej! I w Bar Biforco dali nam te cukierki.
- A u maestry Rity? Barbary?
- Nie! Zapomnieliśmy. Ale byliśmy u Federiki. 
Itd… Itp… 
Po raz pierwszy w historii nie upiekłam paluchów wiedźmy. Zajęta byłam spacerowaniem z Gośćmi po złotych łąkach Gamberaldi… Przygotowaliśmy jedynie zapas "kupnych" słodkości dla strasznych psotników, ale przy furtce tylko dwa razy rozległo się chóralne "dolcetto o scherzetto?"


Kiedy chłopcy pukali od domu do domu, na moim telefonie wyświetliło się zdjęcie. Na najważniejszym dla mnie grobie zamigotały 3 znicze. Ode mnie i od chłopców. Dziękuję Paw. Od dawna nie byłam na bródnowskim cmentarzu, ale nie znaczy to, że nie pamiętam. Pamiętam bardzo dobrze, nie ma dnia, bym nie myślała, nie wspominała, nawet jeśli za kilkanaście dni minie już 30 lat…

Zajrzę dziś znów na marradyjski cmentarz, choć prawdę mówiąc nie potrzebuję do tego święta, sama z siebie przychodzę tam dosyć często. 
A potem, by nie poddać się smutnym nastrojom, zamiast tradycyjnego obiadu przy stole mamy w planie piknik na złotych łąkach. Po wczorajszym spacerze Gamberaldi zyskało nowych fanów. 

Oby listopad był dla nas łaskawy!

TRZYDZIEŚCI to po włosku TRENTA (wym. trenta)

chłopcy

Na granicy melancholii

wtorek, października 31, 2017



W ostatni październikowy poniedziałek mgła z niziny nabrała rozpędu i dotarła prawie do Marradi. W Biforco nie było po niej śladu, ale już na rogatkach Marradi, na cmentarzu próbowała rozpanoszyć się w powietrzu, stłumić kolory chryzantem i otworzyć drzwi melancholii… Prawie jej się udało…

Miałam takie wrażenie, jakby nagle wraz z nastaniem ciszy, wraz z zabraniem kasztanowych kas z marradyjskich ulic poszła sobie radosna, kolorowa jesień. A przecież nie poszła! Wciąż tu jest, nawet jeśli gwar ucichł. Są też kolory, termometr w ciągu dnia wspina się jeszcze do 18 stopni, a o deszcz już nawet nikt nie pyta. Nie możemy w tym roku narzekać na jesień. 


Coś jednak było w powietrzu, coś stuzzicava i to chyba nie tylko mnie, bo nawet Mikołaj wyszedł ze szkoły bez uśmiechu, co do niego zupełnie niepodobne. Odsunął natychmiast moje podejrzenia, że coś poszło nie tak. Wręcz przeciwnie dzień w kwestii ocen należał do wybitnie udanych. Sprawdzian z muzyki zaliczył na 10! 
A przy okazji taka szkolna ciekawostka: w naszej szkole, jeśli dziecko prywatnie gra na jakimś instrumencie, nie musi grać na "obowiązkowym" flecie. Mikołaj przynosi swoją gitarę i to ona jest jego instrumentem zaliczeniowym. 
W temacie muzyki jeszcze dwa słowa o Tomku. W piątek rozemocjonowany do granic możliwości spożytkował swoje oszczędności i w pokoju stanął keyboard Yamaha. Ćwiczy w każdej wolnej chwili, a pochwały nauczyciela muzyki są dla niego jak naturalny doping. Najbardziej niezwykłe jest to, że nie uczy się "przedszkolnych klasyków" tylko natychmiast zabrał się za poważne muzyczne tematy. Aktualnie szlifuje Verdiego… Oto cały Tomek.


A ja? A ja się plączę w codziennych obowiązkach. Staram się odpędzić melancholię, co to ją listopad jak dywan pod stopami rozkłada i człowiek stąpa niepewny, chwiejny, nijaki… Listopad niby od jutra, ale ta wczorajsza mgła była jak jego preludium.

Żeby tak całkiem depresyjnie nie było! Zapraszam Was zaraz do kuchni. Trudny ze mnie egzemplarz, czasem potrzebuję przysłowiowego "kopa". Wywołana do tablicy zaraz się spięłam i danie mam dla Was przepyszne, tylko zdjęcia do tego nijakie, bo ta melancholia … i takie tam…

Najpiękniejszy październik jaki widziały moje oczy mówi nam - do widzenia…
Na zdjęciach moje cmentarne odkrycie. Coś co wygląda jak otwór wentylatora, kryje w środku anioła. Ciekawe czy ktoś z marradyjczyków o tym wie?


GNIEŚĆ, UWIERAĆ to po włosku STUZZICARE (wym.stucc-ikare) 

cmentarz

Dwa powody, by odwiedzić Predappio

niedziela, stycznia 08, 2017


Do Predappio pojechaliśmy przede wszystkim po to, by na własne oczy zobaczyć grób Mussoliniego. Słynny Duce tu się urodził i tu w 1956 roku, po jedenastu latach od egzekucji został pochowany. Zaznaczę też na wstępie, że powodowała nami zwykła ciekawość a nie względy ideologiczne. Choć nazwisko nasuwa najgorsze skojarzenia, to jednak niezaprzeczalnie jest jednym z najważniejszych w historii Włoch minionego wieku. Ta wycieczka zmusiła mnie też do tego, by zagłębić się w nią odrobinę bardziej, a nie opierać się na opiniach innych, faktach zasłyszanych to tu to tam. 


Benito został pochowany w krypcie na cmentarzu w Predappio, administracyjnie znajdującym się już poza granicą miasteczka (gdybyście się kiedyś wybierali). Sam cmentarz z pewnością zasługuje na uwagę. Zaglądam na włoskie cmentarze przy każdej okazji i muszę przyznać, że ten jest jednym z ładniejszych jakie w życiu widziałam.  Krypta Mussoliniego znajduje się na wprost bramy wejściowej, prowadzi do niej główna aleja. 


To przedziwne miejsce... Czy się tego chce czy nie wywołuje w człowieku skrajne emocje. Widziałam zwykłych turystów zaciekawionych tak jak my, ale też i człowieka, który przed grobem przejęty oddawał hołd… 



Nie będę udawać historyka i przepisywać tu życiorysu Mussoliniego, brak mi kompetencji. Komu historia bliższa, ten zna jego dzieje, a kogo artykuł natchnie do zgłębienia tematu, temu na pewno wiarygodnych materiałów nie zabraknie. Ja sama dopiero tu zaczynam zaprzyjaźniać się ze znienawidzoną kiedyś historią. Szkoła zraziła mnie do niej skutecznie na długie lata i dopiero moje włoskie wojażowanie obudziło apetyt na jej poznawanie.


Wiele o Mussolinim można złego powiedzieć, ale też trzeba być sprawiedliwym i przyznać, że przynajmniej w jednej kwestii należy mu się pozytywne słowo. Kto dużo po Włoszech podróżuje, na pewno nie raz natknął się na tablice informujące o tym, że renowacja, rekonstrukcja danego zabytku odbyła się na życzenie Mussoliniego. Dzięki temu wiele z tych zabytków ocalało, przetrwało w dobrej kondycji, sama niejednokrotnie zwróciłam na to uwagę. Takie tablice widziałam w wielu starych kościołach, przy tunelu Gola del Furlo w Marche, duża część Romanii pokryta wcześniej bagniskami została osuszona i usystematyzowana dzięki siatce kanałów. Dziś to dobre tereny rolnicze, ale znikąd się to przecież nie wzięło. 


Tak czy inaczej daleko szukać nie trzeba. Jednym z zabytków odrestaurowanych "przez Mussoliniego" jest stojąca w granicy cmentarza tysiącletnia Pieve. Zachwycająca, jasna, przywodząca na myśl kościoły południa. Kamień zdrowy, mury, które każą wątpić w tak poważny wiek budowli…. 


Pieve di San Cassiano in Pennino to jeden z ważniejszych i ciekawszych kościołów tej części Romanii. Pierwsze wzmianki na piśmie pochodzą z 1001 roku, ale różne podania i legendy mówią o kompleksie religijnym już w V - VI wieku. Według niektórych to Galla Placida, córka rzymskiego imperatora była jego inicjatorką. Inna teoria mówi o tym, że pieve została zbudowana przez pierwszych katolików na resztkach świątyni pogańskiej. W owych czasach tędy przebiegał główny szlak prowadzący przez Apeniny do krainy Etrusków. 
Najstarszą częścią kościoła jest krypta, przypuszcza się, że pochodzi ona z epoki Bizancjum.


Pieve w wielu dokumentach określana była mianem bazyliki, co może świadczyć o jej szczególnej ważności w dawnych czasach. W XVII wieku ucierpiała poważnie prawdopodobnie w trzęsieniu ziemi, jednakże zaraz potem została odbudowana. Również kolejne wieki nie były dla niej łaskawe. Po każdym ze zniszczeń natychmiast poddawano ją odnowie. Niestety nie dbano przy tym o zachowanie oryginalnego kształtu i stylu. Dopiero w 1930 roku na prośbę Benito przystąpiono do prac, które ostatecznie zakończyły się w 1934 roku i przywróciły świątyni oryginalną formę. 
W Pieve di San Cassiano in Pennino został ochrzczony Mussolini. 

 

WÓDZ to po włosku DUCE (wym. ducze)

chłopcy

Dziecięce rozważania na temat przyszłości

środa, listopada 02, 2016


- Wiesz jak się będą nazywać moje dzieci? - zagadnął Mikołaj, kiedy we wczesne wtorkowe popołudnie szliśmy na cmentarz.
- Nie mam pojęcia, coś ostatnio o Kazimierzu wspominałeś.
- Kazimierz, Wladimir, Wania!
- Wladimir i Wania to rosyjskie imiona. 
- Lubię rosyjskie imiona. Jeśli byłyby dziewczynki to będą Katia i Natasza! Jeśli urodzą się w Ameryce albo w Australii to John, James, Jack. A jak we Włoszech to będą Dante i Beatrycze, albo Paolo i Francesca, albo Zeus i Hera …. i jeszcze Lorenzo bardzo mi się podoba.
- A ty? - zapytałam Tomka pełna nadziei, że może choć niektóre moje wnuki będą się nazywały odrobinę bardziej w moim guście.
- I mnie się Lorenzo podoba - Potwierdził Tomek. - Podobają mi się też: Marco i Simone. A jeśli w Polsce miałbym synów to nazwałbym ich Klimek, Radek i Remek.
- Ja się tak miałem nazywać!
- Dokładnie, Radek albo Klimek tak się miał nazywać Mikołaj.
- A dziewczynki jeśli urodzą się w Italii to Alice albo Caterina.
- Amore!!! 
- Caterina jak moja mama!


Po długich dysputach na temat imion potomków dotarliśmy w końcu na cmentarz. Celowo wybrałam moment wczesnopoobiedni. Wiedziałam, że o tej porze pewnie nikogo nie będzie i rzeczywiście się nie myliłam. Przeszliśmy jedną z najnowszych alejek i zatrzymaliśmy się przy grobie mamy Mario. Potem obejrzeliśmy tabliczki na ostatnich grobach i z ulgą stwierdziłam, że od mojej ostatniej wizyty żadne nowe zdjęcie, żadna znajoma twarz nie przybyła. 



W rogu cmentarza, na górze, zupełnie na uboczu znajduje się kilka maleńkich grobów. Niektóre zdają się już opuszczone, choć daty nie takie znowu stare. Kilka z mojego pokolenia. 
Wśród nich stoi krzyż samotny, mały maleńki, na trawie, bez światełka, bez kwiatka, bez imienia. 
W Mikołaju znów się wrażliwość obudziła. Kilka białych kamyczków, jakiś kwiatek znaleziony w pobliżu…
- Popatrz, zrobiłem mu grobek…
- Bravo...


Pospacerowaliśmy jeszcze chwilę, odwiedziliśmy groby, na których widnieją zdjęcia osób mniej lub bardziej znanych nam z codziennego życia, a potem wolniutko spacerkiem ruszyliśmy w kierunku domu. Pogoda była piękna. To trywialne określenie pasuje tu najbardziej - po prostu piękna! Tak piękna, że na placu przystanęliśmy na lody, zupełnie jakby to lato było!


- Mamusiu czy ty mnie widzisz z nowoczesną dziewczyną?
- A co to znaczy według ciebie nowoczesna dziewczyna?
- No wiesz … robi takie pozy … i zachwyca się takimi głupotami jak nowy ajfon i chce sobie zrobić tatuaż …
- A zatem nie, nie widzę cię z taką dziewczyną, bo chyba nie byłbyś szczęśliwy. Ty byś pewnie chciał taką, która ubierze się w trapery tak jak ty i pobiegnie z tobą do lasu, a potem nagotuje ci michę tortelli.
Mikołaj uśmiecha się szubrawo…
- Moja dziewczyna będzie zajmowała się domem, ale ja będę ciężko pracował na zewnątrz. 
- Dobrze, ale pamiętaj, że kobiecie w domu też warto czasem pomóc.
- A w moim domu to ja chciałbym być głównym kucharzem - wtrącił się Tomek.
- Wspaniale! Taki mąż to skarb!


Szliśmy do Biforco w listopadowym cieple, a chłopcy jeden przez drugiego snuli plany na przyszłość. Spowalniałam krok, jak mogłam, by nasz wspólny czas bez innych obowiązków trwał jak najdłużej. W domu jest zawsze tysiąc rozproszeń…
Ręka w rękę, wzdłuż Lamone, ze słońcem na twarzy, nienagadani... 


Na cmentarzu bródnowskim pali się lampka też ode mnie. Dziękuję.

NAZYWAĆ SIĘ - to CHIAMARSI (wym.kiamarsi)

cmentarz

Listopad ma kiepski "PR"

wtorek, listopada 01, 2016


Czy o listopadzie można mieć w ogóle dobre mniemanie? Nie zaczyna się jak styczeń zabawą, ani jak kwiecień żartami, nawet nie jak maj świętem pracy, tylko najsmutniej jak można - cmentarzem. Wprawdzie 1 listopada to Ognissanti, a dopiero 2 jest dedykowany zmarłym, ale i tak cały weekend mija zwykle z cmentarnej atmosferze. Niby można go bronić parafrazując słynną wypowiedź - nieważne jak zaczyna, ważne jak kończy - ale w tym wypadku to takie nienaturalne… 
Na szczęście - tak jak pisałam w poprzednich latach - tutaj cmentarna atmosfera nie jest taka ciężka i depresyjna. Znicze nie wypełniają marketowych półek, bo znicze są elektryczne. Kwiaty kupuje się w kwiaciarniach albo przed cmentarzami i to też w ilościach ograniczonych, bo groby włoskie są małe, więc nawet gdyby człowiek chciał ścigać się z rodziną o to, czyje chryzantemy większe, ładniejsze, to miejsca mu zwyczajnie nie wystarczy. 
Najważniejsza jest sama wizyta na cmentarzu i tak właśnie być powinno…

Oczywiście wyznaję też zasadę, że nie potrzebne święta, aby iść na cmentarz, ja bywam tam sama z siebie dosyć często, a nie wtedy, kiedy kalendarz nakazuje. Tak czy inaczej będę i dziś, przemknę po cichutku, żeby nikomu nie przeszkadzać, nie zakłócić rodzinnych spotkań. Pójdę na pomyślenie, na wychodzenie, zajrzę na maleńkie cmentarze za murami, za szpalerami cyprysów.

*** 

- Mam napisać, opowiedzieć jakąś anegdotę o osobie, którą znałem i już nie żyje - oświadczył Mikołaj po przyjściu ze szkoły. - I co teraz?
- Szczęściarz z ciebie, nie masz nikogo, o kim mógłbyś napisać. Jak chcesz opowiem ci o Dziadku. - Myślę o czym tu opowiedzieć, cofam się pamięcią do szczęśliwych dziecięcych wakacji, do świąt beztroskich, do wiosennych wojaży pomarańczowym garbusem… Zaczynam opowieść i zaraz urywam, potem kolejną i znów... - Wiesz, to co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to niestety smutny moment. To dzień, kiedy ostatni raz go widziałam. Opowiadam minuta po minucie, o pierwszym śniegu za oknem, o książce od historii, o granatowej kurtce, o noszach, o zniekształconych słowach i zmienionej twarzy… O strachu i o niedowierzaniu i o mrugnięciu okiem, ostatnim małym geście, który zakończył moją dziecięcą epokę...

Mikołaj patrzy na mnie wielkimi oczami i pyta rzeczowo - ile miałaś lat?
- 10.
- A dziadek?
- 46.
- Dalej ci smutno.
- Zawsze będzie mi trochę smutno.

I to tyle na dziś, mam zamiar nie dać powalić się złym myślom… 

NIE PRZESZKADZAĆ to znaczy NON DISTURBARE (wym. non disturbare)

cmentarz

Minione pokolenia

poniedziałek, listopada 02, 2015



Wczesne popołudnie na marradyjskim cmentarzu. Cisza i słońce. Na skromnych grobach białe, żółte i fioletowe chryzantemy. Z okazji święta otwarte prywatne kaplice. Dookoła wzgórza. Wzdłuż murów cyprysy, na środku pusty grób Campany, a po bokach świeżo przekopana ziemia po ostatnich ekshumacjach.
Lubię włoskie cmentarze, odwiedzam je przy każdej okazji. Zwłaszcza, gdy pustoszeją, gdy jestem prawie sama, tak jak teraz, kiedy wszyscy poszli na obiad. Niesamowity spokój, bez gryzącego w gardło bólu niezapomnienia. 


Chodzę między grobami i uczę się minionych marradyjskich pokoleń, córka tej, mąż tamtej, siostra tego, syn tamtego. Na każdym grobie czy tablicy zdjęcie, najczęściej ludzkie, radosne, codzienne. Nauczyciel, krawiec, malarz, stolarz... 
Przybyło też kilka nowych grobów odkąd tu zamieszkałam. Twarze znajome, ludzie których pamiętam z uśmiechniętego buongiorno albo zza sklepowej lady.


Wciąż nie udało mi się rozwiązać zagadki polskiego grobu na marradyjskim cmentarzu. Nikt nie pamięta, nikt nic nie wie. Zostawiam Wam więc zdjęcie, może ktoś będzie miał ochotę zabawić się w detektywa.  



Inna atmosfera, spokojniej, skromniej, ciszej. Nawet tu czuć w powietrzu włoską pogodę ducha. 
- Jak dobrze, że już novembre - powiedział rano Mikołaj - i zaraz będzie dicembre.
- A ja chciałabym już gennaio ... - odpowiadam.Ale póki co postarajmy cieszyć się każdym dziś...  

GENEREZIONE to znaczy POKOLENIE (wym. dżeneracjone)