Lamone

Kontrowersje wokół matury i "amerykańska" plaża

sobota, czerwca 10, 2023

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Katarzyna Nowacka

W czwartek wieczorem wydany został komunikat, że maturzyści z terenów, które ucierpiały w ostatniej powodzi zwolnieni są z egzaminów pisemnych. Zmierzą się tylko z egzaminami ustnymi. Decyzja nieco kontrowersyjna, nawet jeśli to standard w takich sytuacjach - podobnie było jedenaście lat temu, kiedy Emilia Romagna została w tym samym czasie dotknięta trzęsieniem ziemi - i wcale nie spodobała się uczniom. 

Przegadaliśmy z Tomkiem cały wieczór i doskonale rozumiałam jego rozżalenie. Jeśli ktoś "bimbał" sobie przez ostatnie lata, temu oczywiście takie rozporządzenie jest bardzo na rękę, ale ci którzy włożyli w naukę dużo zaangażowania, wcale tą decyzją nie są uradowania. Tomek, który generalnie bardzo lubi pisać, dla którego jest to zawsze możliwość wypowiedzenia się, był rozżalony podwójnie. Jaka matka taki syn...

Próbowałam pocieszyć jak umiałam, próbując skierować uwagę na umiejętności, które nabył w czasie ostatnich pięciu lat, na to co przeżył, czego doświadczył, na szerokie horyzonty z jakimi kończy liceum. 
- Masz dopiero 19 lat, a już takie bogactwo. Jesteś dwujęzyczny polsko-włoski, a do tego władasz perfekcyjnie angielskim, francuskim i dobrze radzisz sobie po niemiecku, masz wiedzę o jakiej mi w twoim wieku nawet się nie śniło, choć wydawało mi się, że byłam taka mądra. Wiem, że to wszystko nie tak - najpierw była pandemia, teraz to. Ale, może spróbuj potraktować to jako lekcję. Nie zawsze wszystko będzie szło tak, jak sobie wymyślimy. Na szczęście wybrany przez ciebie kierunek nie jest oblegany, więc nie musisz się z nikim ścigać i walczyć o punkty. 

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Katarzyna Nowacka

Po kolacji poszliśmy na lody. Cztery kilometry czerwcowego spaceru i długich rozmów o przyszłości, o przyjaźni, o wakacyjnych planach, o filmach, o wszystkim. Mikołaj w tym czasie siedział w teatrze i podziwiał spektakl marradyjskich trzecioklasistów, którzy już na dobre żegnają się z tutejszą szkołą. Taki spektakl to jedna z tych rzeczy, którą pandemia zabrała Mikołajowi. 
 
Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Katarzyna Nowacka

Pani Basia znów odświeżyła moją garderobę. W czwartek wieczorem podekscytowana otwierałam dostarczone w ciągu dnia pudło. Wyskoczyły z niego zwiewności i nowe kolory... Najchętniej ubrałabym się we wszystko na raz! Zapraszam Was serdecznie do odwiedzenia sklepu, gdzie już za chwilę pojawią się nowości. 

Piątkowe popołudnie z racji kilku odwołanych lekcji, było zdecydowanie luźniejsze, niż zazwyczaj. Pogoda wyjątkowo nie kaprysiła. Ten początek lata w tym roku jest dziwny. Niby bardzo ciepło, wręcz duszno, ale na ten moment bez żadnych super upalnych frontów, zamiast tego częste burze, które przekładają się na radość grzybiarzy. 

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Katarzyna Nowacka

Pojechaliśmy z Mario na krótką przejażdżkę w poszukiwaniu scenerii do zdjęć i ostatecznie wylądowaliśmy na starej dobrej plaży, którą marradyjczycy szumnie nazywają "Miami" - wymawiane "majeemi". 
To jedno z tych miejsc, do których zawsze będę miała sentyment... 

Z toskańskiego notesu (lipiec 2010)

- Pojedziemy „na Majeemi” - zadecydował Mario.
- Gdzie? - dopytywałam.
- Majeemi! Miejsce nad rzeką, z wybrzeżem usłanym płaskimi głazami.
- aaa Miami, tak? nie Majeeemi! - próbowałam się wymądrzać.
- my tu mówimy Majeeemi - uciął dyskusję Mario.

...
Lamone to bardzo malownicza rzeka. Mario pokazał nam jej przyjemne zakole poniżej Popolano. Niemożliwością byłoby trafienie tam „z drogi”, rzeka pozostaje w całkowitym ukryciu, wije się pomiędzy polami i budynkami, chowa się pod drzewami i tylko wtajemniczonych zaprasza w swój ożywczy cień. Miejscowi nazywają to zakole Miami, bowiem panują tu idealne warunki do spędzania leniwych dni, można wygodnie się opalać, na płaskich, rozgrzanych słońcem głazach, można się kąpać, łowić ryby lub siedzieć w cieniu z książką i szklaneczką wina.  

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Katarzyna Nowacka

Opowiadałam o tym miejscu już kilka razy, ale lubię myślami wracać do tamtej chwili. Przyjechaliśmy tam po raz pierwszy w pewien czerwcowy dzień 2010 roku. To był początek naszych wakacji. Wtedy też, tak jak teraz, pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Tamten dzień zaczął się burzą i deszczem w Campigno, gdzie wybraliśmy się na spacer, a skończył upałem i kąpielą właśnie tu na Majeeemi. I pomyśleć, że minęło 13 lat...  

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Katarzyna Nowacka
Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Katarzyna Nowacka

Na mnie już pora. Dziś lekcji tylko ociupinka, więc mam nadzieję, że znajdzie się czas na więcej zdjęć, na jeszcze jedne lody, na kilka rozdziałów - i tych przeczytanych i tych napisanych... 

O grzybach w naszym tegorocznym czerwcowym menu znów nie napisałam. To już zostanie na jutro. Jutro też opowiem w jaką grę grałam z Tomkiem do 23.00 i z Mikołajem 0 7 rano. Jutro też pojawi się na YouTube kolejny - tym razem podróżniczy odcinek Domu z Kamienia. 

Pięknej soboty!

NAZYWAĆ to po włosku CHIAMARE (wym. kiamare)

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii, Katarzyna Nowacka

Lamone

Charakter rzeki

niedziela, września 13, 2020

Lamone - Marradi Toskania nieznana

- Czy zwróciłeś uwagę, że rzeka przez ostatnie lata zmieniła nieco swoją trasę?
- Tak, wiem... - Tomek przytaknął i z przejętymi ode mnie zakupami ruszył w stronę do domu.
- To niesamowite... - powiedziałam już bardziej do siebie.

Widzę to wyraźnie, bo kamień, na którym kiedyś, kiedy jeszcze chłopcy byli mali kładłam ręcznik i rozkładałam się między jedną lekcją a drugą, by dotrzymać im towarzystwa i schłodzić nogi aż po kolana, dziś znajduje się kompletnie poza rzecznym nurtem. Wyschnięty jak pieprz i jeśli ma jakiś kontakt z wodą, to chyba tylko z deszczówką. 

Rzeka przesunęła się maksymalnie w stronę lewego, wymurowanego brzegu. Zajęło jej to tylko kilka lat. Oczywiście wody teraz tyle co kot napłakał, ale to normalne po lecie. Pamiętam jak się Tomek kiedyś oburzył, kiedy jedna z jego koleżanek przyjechała na kasztanową sagrę, a potem pytała Tomka:
- Co to za strumyk płynie przez wasze Marradi?
- Jaki strumyk! Strumyk??? To przecież Lamone! 
Lamone koleżanka znała, bo nim nasza rzeka wpadnie do Adriatyku, najpierw przepływa przez Faenzę, ale trudno jej było uwierzyć, że ten górski "strumyk" to właśnie znana jej dobrze rzeka.

Mnie też kiedy patrzę na tak jak teraz wyschnięte koryto trudno uwierzyć, że czasem potrafi się wodą wypełnić do wysokości naszych schodków. Rzeka jest zupełnie nieprzewidywalna. 

***
Przedostatni dzień wakacji Tomek postanowił poświęcić na rysowanie. Rysował zawzięcie przez kilka godzin i był temu tak oddany, że świat przestał dla niego istnieć. Patrzyłam na niego i w tym momencie, ze wzrokiem skupionym, z mazakiem tak jak dawniej trzymanym "niepoprawnie" wydał mi się wciąż tym małym Tomciem... 

Mikołaj kiedy już uporał się z ostatnimi lekcjami - zostawionymi koncertowo na ostatnią chwilę - oddał się z radością swojemu ulubionemu zajęciu - "zbijaniu bąków".  
I tak minął nam przedostatni dzień wakacji...

***
Wieczorem Mario wpadł na kolację i przytachał ze sobą pudełko z prowiantem na dziś...
Dziś bowiem mamy zamiar nie myśleć o tym, że wakacje właśnie się kończą, dziś chcielibyśmy myśleć, że to dopiero początek lipca albo nawet połowa czerwca, że tyle wolnego, ciepłego jeszcze przed nami... Dziś mamy zamiar zanurzyć się jeszcze na chwilę w beztroskich, wakacyjnych klimatach.
Dziś podążymy z biegiem rzeki...

PODĄŻAĆ za kimś lub czymś to po włosku SEGUIRE (wym. seguire)

droga

Nie całkiem daleko od szosy

środa, stycznia 16, 2019

Fantino cascata Marradi

To było dokładnie pięć lat temu, kiedy w styczniowe dni odkrywałam ukryte zakola Lamone... Wiem, bo dziwnym zbiegiem okoliczności, po naszym wczorajszym spacerze do Frery, fejsbuk zaproponował Mario wspomnienie z 2014 roku. Ta sama aura, te same miejsca i nawet jeśli nie chcę się powtarzać, powiem - mój zachwyt też wciąż ten sam...

Niektóre fragmenty rzeki można dojrzeć tylko zimą i tylko idąc pieszo lub z okien pociągu. Wiele z nich zdaje się wręcz nieosiągalnymi. Latem można odkrywać Lamone podążając jej korytem. W "zielonym sezonie" pozostaje bowiem schowana przed światem, zupełnie jak tajemniczy, zaczarowany świat...

Marradi Fantino cascata

Przeszliśmy wczoraj osiem kilometrów. Dokładnie cztery, żeby dojść do wodospadu przy młynie Fantino i tyle samo, żeby wrócić. Spacer szosą to wprawdzie nie to samo co górska wyprawa, ale 8 kilometrów to dystans, który już delikatnie zaspokaja moje potrzeby wychodzenia się. W tym wszystkim oczywiście najpiękniejszy jest cel. Wodospad la Frera latem oblepiony ludźmi, spragnionymi chłodu (tak czy inaczej to wciąż miejsce dla wtajemniczonych), zimą samotny i opuszczony, krystalicznie zielonkawy, lśniący wilgotnymi głazami, soczystym mchem...

Mulino di Fantino Marradi

 - A popatrz tam! Rzeka raptownie opada w dół.
- Tam też musi być wodospad. 
- Czy tamta dróżka do niego zaprowadzi?
- Być może. Spróbujemy następnym razem. 
Dróżki cienkie i poplątane jak nitki spaghetti widać tylko teraz, kiedy drzewa ogołocone są z liści. Wiosną wszystko zarasta, zasłania się, maskuje, jakby pewne miejsca chciały koniecznie pozostać nieodkryte. 
Szukając moich starych wpisów na temat Fantino i Frery natknęłam się na artykuł mojego znajomego opisujący stare młyny w naszej okolicy. Wśród nich było zdjęcie Biforco. Okazuje się, że i tutaj, mniej więcej w miejscu gdzie stoi mój dom, był młyn, który w 1944 roku w czasie bombardowania przez Amerykanów został zburzony. Muszę koniecznie zapytać F. jak to z tym młynem było...
Planuję już następny spacer i kolejny... Tylko prognozy straszą złą pogodą. Zdaje się, że idzie do nas zima. Tymczasem jeszcze dziś i jutro będziemy cieszyć się marcem w styczniu.

Mulino della Frera Marradi

NIEOSIĄGALNY to po włosku IRRAGGIUNGIBILE (wym. irradżdżiundżibile)

Ps. Mnie fejsbuk przywitał innym wspomnieniem: mój prywatny alfabet napisany dokładnie 3 lata temu

Biforco

Dziecięcy raj

wtorek, sierpnia 07, 2018


Już nie raz pisałam, że nawet jeśli Lamone nie jest tak widowiskowa jak Santerno, to jednak swój niezaprzeczalny urok ma. A jeśli ktoś ma dobre oko i odrobinę intuicji to i tutaj znajdzie przecudnej urody zakola, zakątki jak z dawnej reklamy "timotei", zamaskowane wodospady, głębokie niecki wypełnione szmaragdową wodą. 
Woda w tych dniach niestety opadła, zupełnie jakby afrykański gorąc wycisnął z Lamone ostatnie poty. Tak czy inaczej rzeka wciąż jest dla wielu największą atrakcją. Mam tu na myśli przede wszystkim młodsze pokolenia. Po takich cudach wyciągnąć dzieciaki do dużego miasta na zwiedzanie wcale nie jest łatwo. Trzeba mieć w ręku naprawdę mocne argumenty i niekoniecznie mam na myśli Duomo czy Palazzo Vecchio... 


Wyspa Jacksona, Wyspa Krokodyla, a teraz jeszcze Zatoka Cebul, jeśli się nie mylę. Każde dziecko przyjeżdżające do Marradi - Biforco zostawia coś od siebie - czy to nazwę nowego miejsca czy zakopany pod mostem skarb. 
To miejsce sprzyja rozwijaniu fantazji. Dzieciaki wędrują w górę rzeki, do Camurano, odkrywają nowe zakątki, a "przygody" mają przy tym niezwykłe... Przygody, których dorośli nie pojmą.

Ja natomiast mam swój kamień. Układam na nim legowisko i jak tylko mogę ucinam sobie poobiednią drzemkę. Lamone nuci kołysanki, szemranie zamiast kołysania, stopy w wodzie, słońca tulenie... I może aż wstyd tak bezczynnie w ciągu dnia, może powinnam zająć się czymś produktywnym, ale przez chwilę jestem jak marynarz otumaniony syrenim śpiewem. 

Chłopcy prosili - "nowy dom tylko nad rzeką". Ja odpowiadałam - "cudotwórcą nie jestem". Ale może jednak cuda same się wproszą... Okazuje się, że namierzone nowe lokum jest wciąż wolne. Po wstępnych rozmowach wszystko jest na tak. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, Lamone wciąż będzie naszą bliską sąsiadką. Zmienimy tylko jej brzeg...

NAD RZEKĄ to po włosku AL FIUME (wym. al fiume)

Lamone

Jak nie kochać?

niedziela, maja 06, 2018


Tak jak ciasto na pizzę, kiedy za bardzo wyrośnie i zaczyna wychodzić z misy, tak dolina Lamone wykipiała zielenią. Ostatnie deszcze i ciepło jeszcze bardziej tę zieleń podsyciły. Nie mieści się w ryzach, pochłonęła domy i rzekę. Całe miasteczko dosłownie zatopione jest w zieleni.
Szłam do Marradi w sobotni ranek i z zachwytem przystawałam co kilka kroków, żeby oczy spokojnie nacieszyć. Jak tego  wszystkiego nie kochać?


Jak nie kochać lip w świeżej zieleni, pod którymi można schronić się przed wiosennym deszczem. Lip, które malują drogę na Cardeto. Lip, które przeglądają się w Lamone jak w lustrze... 
Jak nie kochać czerwonych dachów, mostu, murów klasztoru, kwiatów, które Sandra wystawia przed swoim sklepem i lwa trzymającego się kurczowo masztu? Jak nie kochać gór, niemych strażników, które otulają miasteczko i chronią przed wielkim światem?


Zieleń to nie wszystko! Maki na wątłych nóżkach wyrastają nawet spomiędzy kamieni w murze. Santa Barbara w fioletowych irysach, ostatnie glicine oplata stare furtki i kładzie się na omszałych dachach.


W Marradi trwa konkurs fotograficzny. To dlatego wędrowałam pół soboty z Nikonem na szyi. Szukałam odpowiednich ujęć, jednak zamiast nich wypełniłam kartę pamięci wzruszeniami i wciąż niegasnącymi zachwytami. Na konkurs jeszcze coś znajdę, a tymczasem życzę Wam dobrej niedzieli i zostawiam z ujęciami kipiącej zieleni, soczystej doliny, Marradi amore mio...


Dom z kamienia

Hans i Christian ... bajka - nie bajka

poniedziałek, kwietnia 23, 2018



W niedzielny ranek przy brzegu rzeki Lamone tuż u stóp Domu z Kamienia pływały dwie małe kaczuszki. Dziw tylko brał, że takie maluchy, niemal noworodki bez swojej kaczej mamy wędrowały. Ruchy miały odrobinę jeszcze nieskoordynowane i w ogóle zdawały się  być przestraszone zaistniałą sytuacją. Rozglądaliśmy się, próbowaliśmy matkę - kaczkę namierzyć, ale na brzegu nieopodal siedziały w słońcu tylko dwa kaczory. 
Odprowadziliśmy maluchy wzrokiem, poczekaliśmy aż bezpiecznie miną szarego gąsiora, który jak lew strzeże bezpieczeństwa gęsi od jakiś dwóch tygodni wysiadującej jaja pod naszymi schodami. Kaczorki popłynęły w stronę dorosłych kaczorów, a my poszliśmy do Marradi na lody. 


Kiedy wróciliśmy, chłopcy z tarasu obejrzeli smutną scenę. Okazało się, że kaczorek tym razem był jeden i chyba z tęsknoty za matczynym towarzystwem za bardzo zbliżył się do gąsiora. Ten niewiele myśląc złapał go dziobem, przytopił, a potem majtnął nim na środek rzeki. Drużyna w składzie Tomek, Mikołaj i Mario ruszyła odnaleźć biedaka, który przestraszony schował się w zaroślach po drugiej stronie Lamone. Znalazł go Mikołaj, dokładnie tam gdzie zniknął im z oczu. Mario go utulił, ogrzał w dłoniach, ale choć serce w maluchu mocno łomotało, to jednak gąsior musiał przetrącić mu szyję i biedak po jakiejś godzinie ku rozpaczy chłopców zdechł. Na te swoje krótkie życie dostał nawet imię - Andersen.


 Obiad zjedliśmy w ciszy i chyba nikomu do końca nie smakował. Chłopcy szybko wstali od stołu, ale zaraz wrócili podekscytowani, bo w tym samym miejscu gdzie poranne kaczorki wypatrzyli kolejną parę malutkich jak piłeczka do golfa pisklaków wędrujących samotnie. 
- Coś jest nie tak. One są od razu samodzielne, ale nie wędrują bez matki. Musiało się jej coś przytrafić. 
- Jeśli ich nie zabierzemy, podzielą los swoich braci...
Małe kaczorki próbowały wdrapać się na stromy brzeg i kierowały się w najmniej odpowiednią stronę ... Tam gdzie szara gęś wysiaduje jaja, a gąsior - lew syczy i kłapie dziobem. 


Mario zaimponował wszystkim odwagą, bo od kiedy gniazdo wypełniło się jajami, nikt z nas nie ma odwagi zejść nad rzekę. Mario jednak pokazał gąsiorowi, że krzywdy mu nie robi i w ogóle, żeby tamten się zbyt nie szarogęsił, że jest tu tylko chwilowym dzikim lokatorem, a sam zaraz przez chaszcze zsunął się na brzeg. W tym czasie my z góry jak nawigator satelitarny przekazywaliśmy informacje o położeniu kaczorków.


 Misja zakończyła się sukcesem. Dwa kacze maluchy zostały uratowane od pewnej śmierci. Prawa natury są okrutne. Niby takie poetyckie to nasze Lamone, a jednak zasady tak jak w dżungli... 
Ulokowaliśmy kaczorki w skrzynce, wymościliśmy dno, przynieśliśmy jedzenie i wodę i obserwowaliśmy co się będzie działo. Przez pierwszą godzinę zdawały się jeszcze przestraszone, ale potem z każdą chwilą coraz bardziej śmiałe pluskały się w misce z wodą i zajadały przysmaki, które przywiózł nam znajomy pasjonat - hodowca ptactwa. Chłopcy oszaleli z radości. Niby tacy duzi, a z tymi kaczorkami już do wieczora i a czy im nie za zimno, a czy nie za ciepło, a może za dużo zjadły, a to, a tamto... Hans i Christian zostali nowymi mieszkańcami Kamiennego Domu. 
Podchowamy ich do czasu, kiedy już będą na tyle duże, żeby mogły samodzielnie ruszyć w świat. 
Przedziwny dzień. Maluchy wieczorem wydawały się znacznie większe niż rano. Chłopcy wyjęli je z pudełka i pozwoliły podreptać po salonie. Ubaw mieliśmy przedni! 

KACZĄTKO to po włosku ANATROCCOLO (wym. anatrokkolo)


dzikie orchidee

Świerszcze, węże i dzikie orchidee...

czwartek, kwietnia 19, 2018


Informacja z ostatniej chwili: zakwitły poziomki! Tak, tak, poziomki. Sama w to nie wierzyłam. Kiedy Mario obwieścił radosną nowinę, zaraz pobiegłam do ogródka i oczy zaczęłam ze zdziwienia przecierać! Nie żeby gdzieś jeden skromny kwiatuszek się gibał. Kwitną na potęgę! Jeśli żaden Burian tris nie wróci, na początku maja chłopcy będą mieć prawdziwą ucztę.
Oleandry potraktowałam - to znaczy Mario potraktował, bo ja wydawałam tylko komendy - tak jak A. przykazała. Krzewy żyją! Zostały przycięte i teraz tylko czekać aż odbiją. 
Kolejna informacja z ostatniej chwili - zaczynają kwitnąć bzy. Moje ulubione bzowe miejsce przy "domu Sycylijczyka" już się we fiolety stroi. Miałam się wdrapać zdjęcia zrobić, ale na spacerze za długo nam się zeszło i czas już naglił. Nie ma tego złego - mam pretekst, żeby dziś znów wyszarpać chwilkę dla siebie samej i ruszyć się z domu. 


Na spacer poszliśmy w jedno z moich ulubionych miejsc, skąd widać dolinę Lamone w całej rozciągłości. Stoi człowiek na zielonych łąkach, nakrapianych teraz szafirkami i tak się gapi i gapi i nagapić się nie może i już sam nie wie na co się gapić - czy zanurzyć wzrok w dolinie, czy wędrować po ginącym w oddali horyzoncie Apeninów... 


Wiosna obudziła niestety też pewne "zmory". Kilka metrów od miejsca gdzie zaparkowaliśmy samochód rozciągnięty jest pastuch. Trzeba zgrabnie przeskoczyć albo się przeczołgać i można iść dalej. I właśnie w momencie, kiedy Mario symulował dla hecy lekkie spotkanie prądem, kilka metrów obok coś się gwałtownie poruszyło i czmychnęło w dół. Tylko kawał czarnego ogona zdołał pochwycić mój sokoli wzrok. 
- Wąż! Widziałeś? Frustone!!! - niektóre węże umiem już rozpoznawać, a frustone jest czarny jak smoła. 
- Zobacz tutaj...
Na ścieżce przed nami wił się inny wąż, który w momencie gdy się zjawiliśmy musiał toczyć nierówną walkę z czarnym agresorem. Krwawiące ugryzienie nie pozostawiało wątpliwości. 
- A to nie żmija? - pytałam z daleka.
- Nie, nie. Chodź i zrób zdjęcie!
- Ale na pewno nie żmija? Wciąż ich nie rozróżniam.
- Słuchaj jak raz zobaczysz żmiję, to już nigdy nie będziesz miała wątpliwości.
- Wolałabym, żeby ten pierwszy raz nigdy nie nastąpił - powiedziałam bardziej do siebie. - Myślałam, że frustone tylko chłosta, a on pogryzł tego drugiego. 
- Frustone jest po prostu cattivo!


Jeszcze jedna informacja z ostatniej chwili. Łąki, po których spacerowałam wczoraj przed wieczorem bogate są w dzikie orchidee, odkryłam to kilka lat temu. Nigdzie indziej nie rośnie ich tyle co tutaj właśnie. I te zachwycające dzikie orchidee właśnie rozkwitły...  



Drogę, która wije się wśród tych łąk można nazwać świerszczowym szlakiem. Jedna norka obok drugiej. Ich czarniawi mieszkańcy siedzą na progu, ale tylko się człowiek nachyli zaraz umykają w głąb domostwa. Żadne wywabianie nie zdało wczoraj egzaminu, a Mario tak liczył na krótkie nagranie do wiosennego filmiku. 
- Nie jestem już w tym dobry albo zwyczajnie świerszcze teraz mądrzejsze - skwitował krótko. 



Taka piękna ta pora, taka piękna wiosna, piękna Toskania, zachwycająca moja dolina ... I tak sobie myślałam wczoraj, kiedy stałam na szczycie, a wiatr łopotał moją makową spódnicą - dzień wcześniej spacerowałam w cieniu florenckiego Duomo, a dziś jestem tu, tak daleko a tak blisko. Mam to wszystko na wyciągnięcie ręki. To wielkie szczęście, dziękuję za to każdego dnia...

ZŁY to znaczy CATTIVO (wym. kattivo)