Adriatyk

Pasqua jak malowana nad malowanym słońcem Adriatykiem

piątek, kwietnia 06, 2018


Morze tak zaborcze, że zagarnęło całą plażę, słońce jaskrawe, jak na kwietniową wiosnę przystało, my tacy radośni, zrelaksowani jak w prawdziwe święta być powinno i stół prowizoryczny z desek przez fale wyrzucone zastawiony niemal na bogato. Odgrażałam się, że palcem nie tknę, że się lenię i nic nie robię, ale jednak ja to ja i serniczek jogurtowy i torta salata i pasta tuńczykowa i karkówka pieczona i jaja... gęsie - prezent od naszych gęsi. Taka to była ta Pasqua. Pasqua jak malowana nad malowanym słońcem wiosennym Adriatykiem.


- Ile jest stopni? 
- Pokazuje 25!
- Można zdjąć buty? 
- Można, tylko bez przesady z moczeniem! Woda jest lodowata.
Nie uważał tak na pewno plażowicz zażywający kąpieli tak ochoczo, jakby to co najmniej sierpień był!


 I gry i zabawy i czerpanie słońca garściami i zajadanie dobroci i skoki, biegi, konstrukcje z suchych patyków, tulenie... 
Morza dawno nie widziałam w tak urokliwej szacie. Przypływ pchał fale pod same wydmy. Kolor natomiast był bajeczny, zwykle jest taki jedynie na południu. 


Pasqua przypadała w tym roku 1 kwietnia. Chciałam do pełni szczęścia wykorzystać pierwszą niedzielę miesiąca i w drodze do domu jeszcze coś ładnego obejrzeć. Mój wybór padł na bazylikę Sant'Apollinare in Classe. Pomyślałam, że Paw będzie miał dodatkową atrakcję, a my już kiedyś się zachwyciliśmy, więc miło byłoby wrócić.


 Wracaliśmy do domu przez sady tonące w różu. Na niebie nie było żadnej chmurki. Dzień udał się lepiej niż się spodziewałam. Po kolacji czekało nas jeszcze miłe spotkanie. W końcu święta i to święta i nawet jeśli jesteśmy daleko, to nie mogło przecież zabraknąć chwili z najbliższymi. Dzięki wielkie temu, kto wymyślił komputer, skypa, internet, "łajfaj" i inne podobne dobrodziejstwa!
Dobrego weekendu! Nie skończyłam jeszcze bajać o świętach, a tymczasem znów na tapecie mamy piątek! I znów zapowiadają nam piękne słońce!

ZAGARNĄĆ, ZAJĄĆ - INVADERE (wym. inwadere)


Appennino Tosco - Romagnolo

Nienasyceni

czwartek, stycznia 25, 2018


Środowy ranek nie urzekał lazurowym niebem. Ni to mgła, ni chmury, coś wisiało w powietrzu i nijak nie chciało słońca dopuścić do głosu. Tak czy inaczej nim nastało południe nasz Czerwony Koszyk stał gotowy do drogi. Nie zamierzaliśmy dać się wystraszyć pogodzie. Zaopatrzeni w ciepłe kapoty i czapki ruszyliśmy w stronę wulkanu Monte Busca. Na trzeciej ostatniej przełęczy okazało się, że czapy będą musiały zostać w samochodzie. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie rozlał się przed nami rozświetlony lazur ...


Najpierw był zachwyt, potem zabawa i snucie naukowych teorii na temat tego przedziwnego zjawiska. Wreszcie przyszedł czas, by żółtym obrusem przykryć polny kamień. Z Czerwonego Koszyka wysypały się ser, prosciutto, wino, schiacciata, pizza i chleb.


Siedzieliśmy w słońcu styczniowym, jakby wiosennym, w restauracji Czerwony Koszyk z widokiem na Appennino Tosco - Romagnolo, zajadaliśmy proste przysmaki, nienasyceni do ostatniej kromki chleba. Nienasyceni słońcem i nienasyceni sobą...
Przesypują się ziarnka piasku, czas mija nieubłagalnie, dni zabiera. Kolejny nasz wspólny moment powoli dobiega końca, ale przecież będą następne i następne. Nim się obejrzymy znów będziemy się razem śmiać do rozpuku, do łez, wciąż nienasyceni ...

Zestaw podręczny do bruschetty

Przy drodze na Monte Busca zakwitły pierwsze fiołki i prymulki. Niech to będzie dobry znak!

ŚMIAĆ SIĘ DO ROZPUKU to po włosku RIDERE A CREPAPELLE (wym. ridere a krepapelle)

Czerwony koszyk

Lipcowe ranki

czwartek, lipca 13, 2017


Powinnam spać spokojnym snem i może wreszcie choć spróbować się wyspać … A jednak nawet kiedy wieczór przeciąga się do nocy, nie potrafię zrezygnować z wczesnych ranków. Z letnich wczesnych ranków. Z ranków lipcowych, które jeszcze nie znają słowa rześki. Z ranków ciepłych i leniwych. Z ranków dźwięczących świergotem natury, który wpada do domu przez otwarte na przestrzał drzwi i okna. Z ranków, które różową poświatą malują sąsiednie wzgórza. Tęsknię za tymi porankami cały rok...

Czerwony koszyk stoi spakowany. Zaraz włożę do niego słodkie pomidory i ogórki z własnego ogródka, od których już stolik się ugina. Po drodze kupimy też kawałek schiacciaty, trochę prosciutto i ser. Jakieś owoce … brzoskwinie, melona, arbuza. Jest tak ciepło, że na obiad najlepiej smakują owoce, a na plaży to już w ogóle... 

A wczorajszy obiad też był przepyszny i do tego zaserwowany przez Gości. Nawet palcem nie ruszyłam, tylko zasiadłam do stołu jak królowa. Tak się przez chwilę "rozkrólowiłam", że nawet od zrobienia zdjęć poczułam się zwolniona, więc uwierzyć trzeba mi na słowo! Tacy to Goście nas odwiedzają, serce kradną, wchodzą prawie do rodziny, stają się częścią naszej mikrospołeczności, a ja znów się w myślach zadziwiam - wszystko przez ten Dom z Kamienia … 
Kolejny lipcowy tydzień przechyla szalę ku końcowi. Dni mijają intensywnie, jakby każdy następny był jeszcze bardziej kolorowy od poprzedniego.
Dziś morze, jutro góry. 
Dziś czerwony koszyk, jutro plecak. 
Dziś słona woda, jutro na pewno słony pot … 

DOBREGO DNIA! 

SŁONY to po włosku SALATO (wym. salato)

cinta senese

Ponte della Pia i sekrety Czerwonego Koszyka

niedziela, marca 12, 2017


Ponad pięćset kilometrów w jeden dzień. Kierunek: za Sienę. Cel główny: San Galgano i coś jeszcze, może nawet morze. Pogoda: wymarzona. Bagażnik: koc, plecak ze sprzętem fotograficznym, zapas wody i Czerwony Koszyk… prawie pusty. Tak, tak! Prawie pusty i od tego właśnie chciałam zacząć.
Jak już wiele razy wspominałam nasze wyprawy są ekonomiczne do granic możliwości. Oczywiście miło byłoby usiąść w jakiejś lokalnej trattorii, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Tym razem doznaliśmy jednak olśnienia i stwierdziliśmy, że błędem jest wypełnianie koszyka w domu. Można przecież popróbować smaków lokalnych robiąc zakupy po drodze lub na miejscu. Wiadomo przecież, że w Italii wszystko się zmienia co kilka kilometrów. Tu specjalnością jest jakaś kiełbasa, tam wypiekają słynny chleb, tu pasta taka a nie inna, tam miasteczko słynie z wina itd itd … Jak tylko wjechaliśmy do provincia Siena, zaraz zjechaliśmy z autostrady i jadąc w kierunku San Galgano, które miało być naszym pierwszym celem, zaczęliśmy wypatrywać szyldów: alimentari, salumeria.




Długo czekać nie musieliśmy. Już po kilku kilometrach, w maleńkiej osadzie napotkaliśmy sklepik jak z włoskiego filmu. Kiedy weszłam do środka i zobaczyłam za ladą sprzedawcę zaraz odwróciłam się na pięcie i pobiegłam po aparat! Miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie. Salumiere miał na nosie starodawne okulary, wąsy jak bajkowy oberżysta, ubrany był w długi fartuch i uśmiechał się do nas serdecznie zachwalając swoje produkty. Kupiliśmy to z czego Siena słynie. Pokaźny kawałek, a nawet dwa pieczonej porchetty i kilka kiełbasek z cinta senese - gatunku świni typowego dla tej części regionu. 
Oto sposób jak dobrze zjeść i nie zbankrutować na toskańskich wakacjach. Pamiętajcie jednak, aby szukać lokalnych sklepików, a nie zaopatrywać się w "prodotti tipici" na słynnych placach i deptakach turystycznych miast. 



Kiedy Czerwony Koszyk się zapełnił poczuliśmy się spokojniejsi. W naszych wojażach musimy mieć dwa zapasy: zapas benzyny i zapas jedzenia!
Do San Galgano brakowało kilkunastu kilometrów…
- Patrzcie!!! Jaki most!
Zaraz się zatrzymaliśmy i podekscytowani wyskoczyliśmy z samochodu. To co nieplanowane, nieoczekiwane, to co odkryje się przypadkiem jest zawsze najpiękniejsze...



Il Ponte della Pia pochodzi z czasów rzymskich, ale odbudowany został w średniowieczu w XIII wieku. Most znajduje się przy drodze nr 73 zaraz za miasteczkiem Rosia i wznosi się nad potokiem o tej samej nazwie. W dawnych czasach jego rola była istotna - znajdował się bowiem na drodze zwanej Via Massetana, która łączyła Sienę z Maremmą. 
Kamienny most prawdopodobnie wziął swoją nazwę od niejakiej Pia de' Tolomei, pochodzącej ze Sieny szlachcianki, która należała do rodziny Guastelloni di Siena. Jak mówi legenda nieszczęsna Pia, która nie zdołała dać swojemu drugiemu mężowi żadnego potomka, została przez niego zepchnięta z zamkowej wieży. Mówi się, że kiedy nastaje noc "przechadza się" po moście spowita w białe szaty, nie dotykając stopami ziemi. 
Legenda legendą, ale prawda jest taka, że Pia rzeczywiście życia pięknego nie miała. Jej drugie małżeństwo, jak wiele podobnych w tamtych czasach, było politycznym układem. Jej historia musiała poruszyć samego Alighieri, bo i Pia swoje miejsce w czyśćcu "dantejskim" znalazła. To też kolejny dowód na to, że Divina Commedia to kronika dawnych wieków.
    

Sfotografowaliśmy most i siebie na nim we wszystkich możliwych ujęciach i zaraz ruszyliśmy dalej. Nie mogłam się doczekać San Galgano, ale też coraz częściej myślałam o apetycznym kawałku porchetty spoczywającym w Czerwonym Koszyku… 


SKLEP Z WĘDLINAMI to po włosku SALUMERIA (salumerija)