Adriatyk

O kolorach, morzu i wydmach

piątek, marca 11, 2022

Dom z Kamienia - Lido di Dante - Katarzyna Nowacka

W styczniu znarowione morze zabrało sobie całą wydmę - jedną z tych, które tworzą najładniejszy fragment riviera romagnola. Adriatyckie wybrzeże na wysokości Emilii - Romanii oczywiście nie należy do grona najładniejszych włoskich plaż, ale wydmy tuż obok Lido di Dante, które - nawiasem mówiąc - są ścisłym rezerwatem to na pewno miejsce wyjątkowo fotogeniczne.
Plaża nie jest tu oszpecona betonowymi hotelami, ani nakrapiana latem parasolami, zamiast tego są tylko wydmy, wyrzucone na brzeg pnie drzew wyczyszczone przez morską wodę niemal do białego, a za wydmami piniowy las. Tutaj też wpada do morza rzeka Bevano. Krajobraz jest tak bardzo dziewiczy... 

Zawsze od 1 marca do 15 lipca rezerwat zamknięty jest na kłódkę, bowiem jest to okres lęgowy ptaków, w pozostałym okresie można spacerować tylko wyznaczonym szlakiem.  

Wczoraj, kiedy niespodziewanie z jednego małego "okienka" zrobiło mi się "okienko" na pół dnia, korzystając, że jest Paw, a co za tym idzie - też większa mobilność - zaproponowałam spontanicznie spacer nad morzem. 

Dom z Kamienia - Lido di Dante - Katarzyna Nowacka

Pomyślałam, że na te wszystkie troski, które leżą odłogiem na ramionach, banalny szum fal mógłby być zbawienny. Pogoda postanowiła tym razem być bardzo przymilna, więc niewiele myśląc ruszyliśmy w kierunku Lido. 

Na plaży nie było prawie nikogo. Poza nami snuły się pojedyncze osoby. Natomiast w miejscu, gdzie przebiega granica rezerwatu stał ciężki sprzęt z dźwigiem włącznie. Robotnik już z daleka dał ręką znak, że przejścia nie ma. Podobno lokalne władze próbują uratować plaże Lido di Dante, choć walka z naturą to zwykle walka na straconej pozycji. Mówi się, że słynne wydmy prędzej czy później morze pochłonie co do ostatniego kawałeczka... 

Dom z Kamienia - Lido di Dante - Katarzyna Nowacka
Dom z Kamienia - Lido di Dante - Katarzyna Nowacka
Dom z Kamienia - Lido di Dante - Katarzyna Nowacka

- Piękna sukienka! Wyglądasz jak wiosna - powiedziała spacerująca z dwoma psami starsza pani w niebieskiej kurtce. 
Podziękowałam najładniej jak umiałam, życzyłam nam obu, żeby ta wiosna jak najszybciej się rozgościła, a kobieta odwdzięczyła się ciepłym uśmiechem i poszła dalej.  

Dom z Kamienia - Lido di Dante - Katarzyna Nowacka

Sukienka rzeczywiście ładna. Pani Basia teraz się nie chwali, bo trudno w takich czasach pisać o sukienkach... Ale ja to zrobię za Panią Basię. Ja wiem, że czas okropny, ale każdy z nas ma swoją pracę, która zapewnia nam byt, a jeśli ta praca jakoś będzie szła do przodu, to ze wszystkim wtedy trochę łatwiej. Bez tego się zwyczajnie nie da. To nie nasza wina, że sytuacja na świecie jest taka jaka jest. Przecież, kiedy ja martwiłam się okładką książki, przez myśl mi nawet nie przyszło, że jej premiera będzie w tak beznadziejnym momencie. Na pewno też Pani Basia, kiedy wybierała materiały, nie przypuszczała jaka czeka nas wiosna...

Ale trzeba dalej żyć i pracować. Każdy z nas teraz przestraszony jest cenami benzyny, euro, gazu i pewnie o fanaberiach nie myśli, ale jeśli drogie Czytelniczki w tym całym chaosie będziecie szukały mimo wszystko kolorów, to one u Pani Basi są w pięknym wydaniu.  

Dom z Kamienia,  blog Katarzyna Nowacka

Zaraz nowy weekend i być może nowe plany, choć sama nie wiem, co z tymi planami będzie... W głowie zmora popiskuje od dwóch dni, choć jeszcze udaje się ją trzymać pod butem i mam nadzieję, że tak już zostanie. Humor z wielu względów taki sobie. 

W mojej dziecięcej naiwności mam nadzieję, że tak jak robotnicy specjaliści naprawią wydmy nad Adriatykiem, tak też uda się naprawić inne obszary życia... 

Dobrego dnia. 

Dom z Kamienia,  blog Katarzyna Nowacka
Dom z Kamienia,  blog Katarzyna Nowacka
Dom z Kamienia,  blog Katarzyna Nowacka
Dom z Kamienia,  blog Katarzyna Nowacka
Dom z Kamienia,  blog Katarzyna Nowacka
Dom z Kamienia,  blog Katarzyna Nowacka


Adriatyk

Morska superstrada

piątek, października 25, 2019


Staliśmy i patrzyliśmy jak morze uparcie starało się wyrzucić na brzeg wielką meduzę. Za którymś z kolei chlupnięciem galaretowata masa wylądowała na plaży i na pół zagrzebała się w piasku. Takiej meduzy jeszcze nie widziałam.


W czwartek jakoś tak wyszło, że pół dnia zrobiło się wolne. Do tego Mikołaj wracał dopiero o czwartej, chłopcy starsi jeszcze później, więc Paw zaczął przebąkiwać, że może gdzieś byśmy się przejechali. Gdzieś...
Wybór celu wcale nie był taki łatwy, bo jak na złość po raz pierwszy chyba w całym październiku niebo zasnuło się i powoli powoli z ołowianych chmur zaczynał sączyć się deszcz. 
Przejrzałam wszystkie destynacje na mapie pogodowej, z żalem odrzuciłam Florencję, gdzie lać miało od rana, przez myśl przemknęła Bologna, ale zabrakło przekonania, potem Cesena ale i tę w końcu skreśliłam i ostatecznie, kiedy już byliśmy w Faenzie, zdecydowaliśmy by pojechać w stronę Ravenny.  


A tak naprawdę to zamiast do Ravenny dotarliśmy do Marina di Ravenna, ot tyle by wykorzystać bezdeszczowy moment i pospacerować wzdłuż morza. Byliśmy tam już kiedyś, ale dosłownie na chwilę, dawno temu przejazdem. 
Okazało się, że wilgotna i zwykle chłodna o tej porze roku riwiera Romanii przyjęła nas tym razem przyjemnie ciepłym powietrzem, a niebo choć ołowiane, a co za tym idzie też fotogeniczne, szczęśliwie oszczędziło nam deszczu. Momentami zdawało się nawet jakby przez grubą, pochmurną zasłonę próbowało przecisnąć się słońce.


Marina di Ravenna to miejscowość, jakich wiele na tym odcinku wybrzeża. Jej turystyczny bum miał miejsce w latach 60-tych ubiegłego wieku i wtedy to właśnie postanowiono stworzyć dla letników i mieszkańców dodatkową atrakcję, która szybko stała się popularna nie tylko wśród mieszkańców Mariny, ale też całej Ravenny i okolic. 
Tutaj właśnie zbudowano słynną "palizzatę" - trasę spacerową prowadzącą w morze, długą na prawie 3 kilometry! Początkowo było to klasyczne molo na palach, dziś jednak to niemal prawdziwa droga, prosta i gładka jak superstrada, której końca nie widać... Rozmywa się on na horyzoncie i już już zdaje się być na wyciągnięcie ręki, ale jednocześnie jakby wciąż tkwiło się w tym samym miejscu. 


Wyobrażam sobie, że w niedzielę, latem, w święta, jest tu ruch jak na prawdziwej "człokostradzie", ale w czwartkowy ranek nie było prawie nikogo. Gdzieś tam przemykali pojedynczy spacerowicze, wędkarze na rowerach i mewy nad głową. Morze było nostalgiczne, spokojne, jakby szukało wyciszenia nim nadejdą listopadowe sztormy...


Niesamowity był to spacer, gdzie po jednej stronie rybackie szałasy, po drugiej port usiany lasem masztów i dookoła tylko morze. Morze i ten jego spokój u schyłku października. Im dalej w głąb morza, tym cieplej, tym ciszej... Tak pięknie się tegoroczny październik z nami żegna. 


Wiem, wiem... Miało być o Florencji, o wyjeździe Niklasa, miało być zupełnie o czymś innym. Tymczasem ta Marina wyskoczyła całkiem spontanicznie, więc dziś mówię Wam DZIEŃ DOBRY w nadmorskim klimacie. Dzień dobry i dobrego już prawie weekendu!
Ps.
Wybaczcie dzisiejsze spóźnienie, ale rankiem musieliśmy odwieźć i pożegnać naszego Gościa. 
ODJAZD to po włosku PARTENZA (wym. partenca)



Adriatyk

Ci co byli i co będą, a do tego wiry i żabki w wodach Adriatyku

czwartek, sierpnia 22, 2019


Zbiorowy rodzinny czas powoli dobiega końca... To w ogóle cud, że udało nam się tak spontanicznie spotkać. Tego "wydarzenia" nie było w długoterminowym programie. Ot pewnego dnia, zdaje się jakby wczoraj "Anka" napisała: "jadę!" i przyjechała. A dosłownie dzień później dołączyli państwo J. z A. I tak mieliśmy wspólny rodzinny czas, który już za chwilę przejdzie do historii. 
Razem na wojażowaniu, razem przy stole, razem w odmętach Adriatyku i na rozpalonej sierpniem plaży. Razem przy pizzy, przy spritzu, przy winie, przy bistecce, przy misce makaronu. Razem... 

Wydarzenia sprzed dobrych kilku lat okroiły bardzo nasze grono "przyjaciół" i rodziny, a nasz wyjazd jak się potem okazało tu i tam postawił stempel, stał się kropką nad "i". 
Ale są osoby, które trwały obok kiedy było bardzo dobrze i wtedy kiedy było źle, kiedy rośliśmy w siłę i kiedy wszystko się waliło. Są osoby w najbliższym gronie, które były, są i będą niezależnie od wszystkiego. Dziś z wielkiego tłumu rodziny i przyjaciół została w sumie niewielka grupka. Garstka, która regularnie nas odwiedza, za którą prawdziwie tęsknimy, z którą związani jesteśmy czymś więcej niż tylko więzy krwi.
Mniej znaczy więcej. 
Już tęsknimy!


 - Zrób mi "wira" - prosi Mikołaj i wyciąga się na wodzie, a ja łapiąc go pod pachy nagle mam wrażenie jakbym ciągnęła za sobą wieloryba. 
- Już się nie da... Za duży jesteś.
Chwilę potem on podpływa do mnie od tyłu, z zaskoczenia łapie mnie w pół i wyrzuca ponad taflę wody. Role znów się odwróciły...
A przecież dopiero co i oni byli tacy mali jak K. i F... 
Kręcę dmuchane kółko z najmłodszym w środku. Pokazuję K. jak żabką nogi i ręce układać, jak unieść się na wodzie - ja wielki "ekspert" od pływania. 
Ekspert nie ekspert, ale K. po kilku próbach przekonuje się, że ciotka nie kłamie. Pływanie nie jest takie trudne. To się da zrobić! Nie wiem czyja satysfakcja większa - moja czy jego?
- Tata patrz! - woła w stronę T. 
Kudłata blond czupryna radośnie unosi się nad wodą. Pierwsze koty za płoty.


Zachmurzyło się. Idzie deszcz. Mam nadzieję, że nie pokrzyżuje bardzo planów na kolejne dni. Dzień dobry w czwartek!

WIĘZY to po włosku LEGAMI (wym. legami)

Adriatyk

Powitanie morza

poniedziałek, czerwca 03, 2019


Kilka dni temu napisałam, że z listopada nagle przeskoczyliśmy do lipca. Wczorajsze morze nie było jednak lipcowe, ale jak najbardziej sierpniowe! W tym wszystkim tylko temperatura wody pozostała majowa, co też nie przeszkodziło chłopcom skorzystać z pierwszej w tym roku kąpieli. 
Piasek pod stopami palił jak rozżarzone węgle. Słońce grzało tak mocno, że z naszym prowiantem z koszyka musieliśmy uwijać się raz dwa, bo nie przyszło mi do głowy, że to już jest ten moment, kiedy oprócz jedzenia trzeba zapakować wkłady chłodzące. Prosciutto crudo na oczach zamieniało się w cotto, a z porchetty tłuszcz wytapiał się, jakby ktoś położył ją bezpośrednio na patelni... 
I ludzie! Ludzi było tyle, jakby to naprawdę był szczyt sezonu! Z drugiej strony trudno się dziwić! Był to bowiem pierwszy od dawna weekend z aurą, która pozwoliła nie tylko wyjść domu, ale i cieszyć się dniem, jak na wiosnę tudzież lato przystało. Morze przeżywało prawdziwą inwazję, której oczywiście i my byliśmy częścią. 
Ale było pięknie! Pięknie i letnio! 


Przez krótki moment czułam się tak, jakbym była na wakacjach... Przez krótką chwilę prawdziwy relaks, niemyślenie, przysłuchiwanie się rozmowom plażowiczów, przesypywanie piasku między palcami, układanie wzorków z muszelek, kieliszek chłodnego wina w barze... Tak dobrze...


A potem wracaliśmy przez wsie i miasteczka Romanii, gdzie pola płonące makami, gdzie zboże jeszcze bardziej zielone niż złote, gdzie od ziemi dopiero odbijają się słoneczniki i kukurydza, gdzie jaśmin mami zapachem. W taki dzień nawet monotonna nizina wydawała się piękną krainą spokojności...

INWAZJA to po włosku INVASIONE (wym. inwazjone)