środa, 7 października 2015

Ponad chmurami

 

- Buty choć masz odpowiednie? - pyta Mario przez telefon.
- Oczywiście, że mam.
- Na peeeewnooo? 
- Na pewno!!
- Jestem za 15 minut.


Idziemy w góry. Teoretycznie - zorientować się czy są grzyby, a tak naprawdę - żeby "rozruszać nogi" - jak mówi Mario. Pogoda bardzo wątpliwa, nawet kozy odprowadzają nas zadziwionym wzrokiem, jakby chciały się zapytać, czy to aby na pewno dobry pomysł. 


Kierujemy się na Gamberaldi. Na wzgórzach osiadły chmury, białe kłęby niczym wata na peerelowskiej choince. Zostawiamy samochód przy kapliczce, dalej lepiej iść na piechotę, błoto i górskie szlaki dobre są dla prawdziwych fuori strada. 


- Patrz jaki ładny! - podnoszę spod stóp dorodnego "brązowiaka" i chowam do kieszeni. Kilka kroków dalej, droga jest nimi usłana. Kiedy schylam się po kolejnego dostrzegam też w mchu dwa grzyby. Choć może grzyby to zbyt wiele powiedziane - dwie kurki. 
- Popatrz! 
- O! Dobry znak. 
Szukamy dalej, co i raz upychając w kieszeni bardziej okazałe kasztany, ale grzybów już więcej nic a nic.


Idziemy dalej przystając co kilka kroków, bo przed nami zaczynają rozciągać się widoki nieznane, w nowej szacie, coraz bardziej zadziwiające. 
- Wiesz jaki to kaliber? - pyta nagle Mario - trącając butem pusty, rozjechany nabój.
- Nie - odpowiadam lapidarnie i prycham pod nosem, bo polowanie i broń to temat, który kompletnie mnie nie interesuje.
- 12.
- Achaaa. - Przewracam wymownie oczami, ale też zaraz sama ganię się w myślach. Nigdy nie wiadomo, jaka wiedza się człowiekowi w życiu przyda. Kaliber 12, zapamiętam.  


Wchodzimy w kolejny kasztanowy gaj, znów dopychamy kieszenie. 
- Ale tu ładnie... - najchętniej sfotografowałabym każdego "jeżyka" po kolei. 
Kierujemy się drogą w kierunku miejsc grzybowych. Droga tam, gdzie słońce nie dochodzi, jest błotnista, a po bokach zalegają dywany zmokłych liści. 


- Wejśc to wejść, ale zejść ... - myślę sobie, kiedy idziemy pod górę i już widzę oczami wyobrażni, jak moje szanowne cztery litery lądują widowiskowym ślizgiem w błocie. Będę się martwić w drodze powrotnej.



Chmury przesuwają się na naszej wysokości, mogę ich niemal dotknąć. Właśnie taki spacer ponad światem był mi potrzebny. W tym błocie, liściach, kasztanach widzę kwintesencję października. Znów jak mała dziewczynka drepczę za moim przewodnikiem i słucham opowieści o domach, miejscach i ludziach. 




Dochodzimy do rozwidlenia szlaków. W prawo ... 
- Byliśmy tam w czerwcu. Chodźmy w lewo. Mondera 20 minut. Co tam jest?
- Stare podere. Kamienna rudera.
Jeśli mam przed sobą dom z kamienia, lecę jak na skrzydłach... 
Idziemy teraz granią, jeszcze wyżej, jeszcze bardziej ponad światem pięknym choć pochmurnym, pod niebem sinym i gniewnym. W morzu wciąż mocnej zieleni tylko dąbki karłowate miały odwagę się zezłocić, są teraz jak pstrokate piegi na mugellańskiej twarzy... 


- Jesteśmy na miejscu. To tu. Zobacz! Na Gamognę stąd 5 godzin!
- Eee przesada. 
- No ja nie wiem...
- Jak ktoś się zatrzymuje i fotografuje kasztany, cyklameny i liście to i więcej.
- No dobrze, a gdzie podere?
- Powinno być tutaj blisko.


- Zobacz to ślady daniela. 
- Zrobię zdjęcie - to przynajmniej ciekawsze niż jakiś tam kalibry - kpię sobie w duszy. 
- Duży musiał być. 
Nieco w dole zza drzew wyłania się fragment kamiennych murów. 
- O! Jest i dom! Podejdźmy bliżej.


Podchodzimy, obchodzimy z każdej strony. Jest nawet ogłoszenie o sprzedaży, ale okiem znawcy oceniam, że cena jest mocno przesadzona. Za domem rozciągają się złote łąki, zupełnie jak na Gamberaldi. Choć mokro i jesiennie, to margerytki jeszcze się nie poddały, a mrówki uwijają się jak w ukropie, jakby chciały zdążyć przed deszczem.




Dochodzimy na sam koniec grani. Widać stąd samochód, który zostawiliśmy przy kapliczce. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że przeszliśmy ładny kawał drogi. Próbujemy zidentyfikować poszczególne domy, które akurat wyłonią się z mgieł. 
- Popatrz tam! 
- Jest niezwykły!
- Kto tam mieszka?
- Nie wiem, nie mam nawet pojęcia jak się tam dojeżdża. Chcesz podejść bliżej?
- Chyba już dziś nie damy rady, ale koniecznie musimy w to miejsce wrócić. Wyobrażam sobie jak tu musi być wiosną ... A ten dom ... to ideał. Mieszkać ponad światem...
- Za jakiś czas ludzie nauczą się przemieszczać w powietrzu tanim kosztem. Zobaczysz to kwestia lat, technika rozwija się w niesamowitym tempie. Wtedy znów wrócą do łask domy na odludziu, tak jak choćby ta rudera. Teraz zrobienie drogi kosztowałoby więcej niż sama nieruchomość. To co dziś wydaje nam się czystą fantazją za kilka lat może stać się zwykłą codziennością... 



Nagle mgliste kłęby chmur zaczynają się przesuwać w naszą stronę. 
- Wracajmy, to nie wróży nic dobrego, a do samochodu mamy kilka ładnych kilometrów. 
Z minuty na minutę zmienia się krajobraz. Gór już prawie nie widać. Toniemy we mgle. Jeśli ktoś nie zna dobrze drogi, nie trudno zabłądzić. Robi mi się nieswojo.
- Nie zgubimy się, prawda? Zaraz nic nie będzie widać.  
- Nie uwierzysz, ale raz się zgubiłem, właśnie na Gamberaldi...
Wspaniale, grunt to usłyszeć słowa otuchy - myślę sobie.
- Nie martw się, nawet jak mieliby nas znaleźć za trzy dni, to z głodu nie umrzemy - żartuje Mario - jest październik, będziemy jeść kasztany. 
Mgła zaczyna się skraplać. Pochylam głowę i drępczę znów za Mario krok w krok, śledząc jego zabłocone buciory. Opierając się co jakiś czas, bo rozmokła droga sprawia, że zaczynam tracić przyczepność.
- Ej! A to? Wilk?? - na drodze, w błocie wyraźnie odciśnięta jest łapa z pazurami. 
- To może być wilk - Mario patrzy z każdej strony, przygląda się okiem znawcy. - Tak - dodaje po chwili - to wilk. Całkiem spora bestia. 
- Nie widziałam tych śladów, kiedy szliśmy w tamtą stronę. 
- Ja też nie, ale na pewno były, tylko nie zwróciliśmy uwagi. 
- Skąd wiesz?? Wyglądają na świeże. Pewnie stoi tu za drzewami i szczerzy na nas zęby. 
- Popatrz - Mario tym razem odciska swój but w błocie - widzisz? Jest mokro, więc odcisk wypełnia się wodą, ale ta woda jest czysta. Natomiast ta w łapie wilka jest już ustała. Musisz się nauczyć odczytywać ślady. Z drogi można się wiele dowiedzieć. Obserwuj naturę. 


Przekonuję sama siebie, że wilk przeszedł tędy wcześniej, choć pod stopami cały czas widzę ślady jego pokaźnych łap. Ale ze mnie tchórz, już Czerwony Kapturek miał w sobie więcej odwagi. To wszystko przez mgłę, robi się nagle tak mroczno. Oto gotowa sceneria, by kręcić thriller mrożący krew w żyłach. Kolory zgasły, a skraplająca się mgła, coraz bardziej staje się deszczem.



Ściągam bluzę i unoszę ją nad głową. Jeszcze tylko jedno zdjęcie i zamykam pod kurtką aparat. Nagle zaczyna się prawdziwe oberwanie chmury. Spodziewaliśmy się deszczu, ale nie drugiego potopu z nieba! Przyspieszamy kroku  szukając schronienia, choćby kawałka zadaszenia przy ostatnim kamiennym domu. Zdesperowani przeskakujemy przez barierkę, chroniącą wejście na taras. Ufff ...  
Ocalał od przemoczenia tylko aparat i papierosy Mario. 
- Burczy mi w brzuchu. Zjadłabym teraz kanapkę z finocchioną - marzę sobie na głos, zagłuszana przez strumienie wody, wyrzucane z siłą wodospadu z rynny tuż obok. - Na drugi raz wezmę coś do jedzenia. Nie masz choć cukierka? 


W ciągu kilkunastu minut drogi zamieniły się w rwące rzeki. Miejscami przydałby się kajak. Jedynie ślimaki, wylegające tłumnie zdają się być szczęśliwe z powodu takiej aury. Upychamy jeszcze kilka mokrych kasztanów po kieszeniach. Dzieci będą szczęśliwe. Znów przechodzimy koło kóz, które zerkają na nas, jakby chcialy powiedzieć - i co? czy to na pewno był dobry pomysł? 


Bardzo dobry! To była piękna wyprawa, choć w niewygodach, w błocie, w deszczu i we mgle. Odkryłam kolejne nowe miejsce. Teraz jeszcze silniejszy jest we mnie apetyt na następne kilometry mugellańskich szlaków. Chciałabym nawet dziś, mimo deszczu znów oderwać się od rzeczywistości i jeszcze raz znaleźć się w innym świecie, ponad chmurami...

ACQUAZZONE (wym. AKŁACCONE) to znaczy ULEWA

4 komentarze:

  1. Pięknie opowiadasz te historie. Czyta się je jednym tchem. A potem drugi raz i trzeci analizując każde słowo i próbując "znaleźć" się tam. I jeszcze jeden by napatrzeć się na zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne opowiadanie! Zdjęcia cudne;)) czekam z niecierpliwością na następne historie! Też mieszkam w Toskanii, ale nie znam jej od tej
    strony:( dzięki Tobie zwiedzam te wszystkie zielone zakątki! Mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogły się poznać;) pozdrawia miłego dnia (ania)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pani Kasiu wspaniałe zdjęcia a relację z wycieczki czyta się jak lekką przyjemną powieść :). Ma Pani dar pisania i mam nadzieję, że w końcu ktoś to należycie doceni :). Uwielbiam piesze wędrówki ale po Toskanii jeszcze nie wędrowałam, czytając tą relację mogę chociaż przez chwilę poczuć klimat odwiedzanych przez Panią miejsc. Pozdrawiam, Karolina

    OdpowiedzUsuń
  4. Mario wygląda jak zmokla kura:)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj