deszcz

Co ja mogę ...

wtorek, maja 14, 2019


Już wszyscy zaczynają być na serio zmęczeni panującą aurą. Takiego maja "nie pamiętają najstarsi górale"... Za taki maj to nawet listopada nie warto oddawać. Najpiękniejszy wiosenny miesiąc zamienił się w "zemstę łagodnej zimy". Letnie sukienki wiszą i się kurzą. Poduszki z tarasu to chowam, to wyciągam, to znów chowam i tak na okrągło. O sadzeniu pomidorów to nawet nie myślę, bo w ogródku takie bajoro, że hej! I tylko zerkam co godzinę na meteo.it i odświeżam i odświeżam w nadziei na lepsze widoki. 
Dziś od czasu do czasu coś niby słońce przebija, ale takie słońce to nie słońce. Takie słońce to chyba o toskańskiej wiośnie nigdy nie słyszało.



Woda w rzece opada. Już się tak nie kotłuje, już się nurt uspokaja i grozy nie sieje. Kaczki wychodzą z chaszczy, a na brzegu znów czapla czatuje... 
Tylko co z tego jak jutro zapowiadają kolejne nawałnice, a termometry wciąż mają nie okazywać nam litości. 
Tomek łapie oddech między jedną klasówką a drugą, Mikołaj zwiedza baptysterium we Florencji, a ja gonię za obowiązkami. 
Jest tylko jeden jedyny plus całego pogodowego zamieszania - przy takiej aurze na pewno szybciej uporam się z obróbką zdjęć, bo ani na spacer, ani w góry, ani nawet na spokojną włóczęgę z aparatem trudno mieć ochotę. 

W takiej sytuacji to chyba tylko zaszyć się w kuchni i cieszyć wiosennymi smakami - szparagi, taccole, groszek i bób, truskawki, czereśnie i pierwsze poziomki - i dlatego już dziś w Kuchni Kamiennego Domu podzielę się z Wami nowym przepisem. 
Choć tyle mogę... bo co ja mogę? 
Nawet słowa jakieś takie niegramotne, oklapłe jak wychłostane deszczem majowe maki, myśli skotłowane, zdjęcia byle jakie...
Chciałoby się powiedzieć "oby do wiosny"! Ale do jakiej wiosny?

RETUSZOWAĆ ZDJĘCIA - to po włosku RITOCCARE LE FOTO

chłopcy

Jeszcze jedno słowo o zimnie

środa, listopada 15, 2017



Jeśli jest coś czego szczerze, z całego serca nie znoszę, to jest to zimno, zima i śnieg. W tej kwestii żadnych wyjątków. Dla mnie nie ma, że ładnie, że uroczo śnieżek prószy, że tak nastrojowo, bożonarodzeniowo. Niech sobie leży śnieg w Alpach, w Dolomitach, bo przecież ludzie chcą poszusować, ja sama jednak naprawdę nie mam nic przeciwko zimie, w której ekstremalne zimno to piętnaście stopni na plusie. Za oknem też wolę widzieć zieleń i słońce zamiast białego puchu. Już chyba kiedyś o tym pisałam, że mnie zimno po prostu "boli". Może w poprzednim wcieleniu byłam niedźwiedziem? Bynajmniej nie polarnym. A tak poważnie, to chyba kolejna dziecięca trauma...

Poniedziałkowy śnieg prawie całkiem stopniał, tylko wysoko w górach jeszcze świat jest pobielony. Jego nadejście - co ciekawe - przyćmiło nawet mundialową porażkę. Przede wszystkim dlatego, że nie tylko prąd wysadziło, ale też tv przestała działać. Ranek następnego dnia natomiast odsłonił szkody, jakich dokonał śnieżny armagedon. Nie tylko nieprzejezdne drogi, ale też disastro w gajach kasztanowych. Połamane wiekowe drzewa, których grube konary trzasnęły jak zapałki. Aż niewiarygodne … Sama z przestrachem patrzyłam na  moją piękną akację, pod którą się latem fotografowałam. Zgięta pod ciężarem śniegu, położyła gałęzie na tarasowej posadzce, ale cudem przetrwała w całości. 
Śnieżny armagedon nie uderzył tylko w Appennino, biało było w Bolonii i co ciekawsze na Sardynii! Teraz śniegowa chmura wędruje sobie na południe.

Na termometrze to 5 to 7 stopni, choć odczuwalna przeze mnie to -20. Opatulam się więc szczelnie jakbym co najmniej na polarną ekspedycję się wybierała i powtarzam - oby do wiosny!  



Najmilsze chwile to teraz te przy kominku. Niezmiennie ulubione: ciepło ognia, słodycz mandarynek i opowieści chłopców. 
- A nikt się nie będzie śmiał, że mam czapkę?
- Dlaczego ktoś miałby się śmiać? 
- Bo tu nikt czapki nie nosi.
- Mario nosi od września do maja i raczej wątpię, żeby się przejmował czy ktoś się z tego śmieje czy nie. Zimno ci w głowę?
- Zimno. 
- Po to właśnie ktoś wymyślił czapkę. Poza tym ładnie w niej wyglądasz.


Słucham relacji Mikołaja z konkursu matematycznego i z klasówki z przedmiotu "tecnologia" , słucham opowieści o wulkanach, streszczenia historii jaką wymyślił Tomek, w której to roboty spierają się z człowiekiem i myślę sobie, że muszę podsunąć mu Lema do poczytania. Słucham i słucham i zaraz robi się ciepłej… 
STRESZCZENIE to po włosku RIASSUNTO (wym. riassunto)

kwiecień

Pogodowe narzekanie i nie tylko

piątek, kwietnia 21, 2017


Jak może być tak zimno?? - mamroczę pod nosem sama do siebie. W ciągu dnia na słońcu, za wiatrem niby znośnie, ale jednak ciut za zimno, żeby siedzieć na tarasie, tak jak jeszcze kilka dni temu. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że te 13 stopni w dzień to żadne zimno w porównaniu do tego co w północnej części Europy, ale z mojego punktu widzenia, kiedy już biegaliśmy w krótkich spodenkach i nogi w morzu moczyliśmy to daleka Syberia. A ja wszystko zniosę, wszystko przetrwam, ale z jednym poradzić sobie nie umiem - zimno mnie wykańcza. A zimno na koniec kwietnia doprowadza mnie wprost do szału. 
Tak czy inaczej chyba powinnam się cieszyć, bo u nas przynajmniej słońce i lazur nieba, a w Puglii to ponoć nawet śnieg padał. Śnieg! Na południu Włoch! W kwietniu! Jakiś absurd!


Pocieszam się, że od jutra wracają temperatury w miarę normalne, choć 18 stopni, które pokazuje mój pogodowy kwadracik, to dla mnie jeszcze nie ciepło - to po prostu już nie bardzo zimno. 
Koncert w Lucce zbliża się wielkimi krokami, ręce zacierałam na myśl o tym wydarzeniu, bo i dla dzieci coś nowego i dla mnie i po mieście sobie może bardziej dogłębnie pospaceruję, a nie w deszczu… Tymczasem rzut oka na prognozy znów mi podniósł ciśnienie. Akurat w środę ma być zimno co gorsza ma padać gęsty deszcz! Nie pozostaje mi nic innego jak wizualizować toskańskie słońce i wierzyć, że prognozy są wiarygodne co najwyżej na dwa dni do przodu.


A tak w ogóle niezależnie od pogody to dobrze, że już piątek! Nie chce się wierzyć, że tydzień minął od naszego świątecznego rodzinnego plażowania. Nie będę znów pisać farmazonów o gnającym czasie, każdy wie jak jest… 
Tak czy inaczej weekend zapowiada się atrakcyjnie. Mam nadzieję, że uda nam się wyskoczyć na festę Sangiovese do Modigliany i wyjść choć na chwilę w góry. Ja od siebie obiecuję, że po dłuższej ciszy znów zapachnie w Kuchni Kamiennego Domu. Kilka ciekawych przepisów czeka na przetestowanie, tym bardziej, że pora teraz inspirująca, bo warzywniak zazielenił się od bobu, groszku i szparagów! 
Dobrego weekendu! Ciepłego przede wszystkim!  

ZA ZIMNO to po włosku TROPPO FREDDO (wym. troppo freddo)

dzieci

Niechęć moja, radość dzieci.

niedziela, listopada 13, 2016


O mojej niechęci do zimy i śniegu wiedzą już chyba wszyscy. Nie lubię i koniec, nie lubię tak bardzo, jak tylko można nie lubić. I nawet odrobinę na święta, żeby białe były, nie interesuje mnie nic a nic. Nie mam nic przeciwko ciepłemu, zielonemu Natale! I tak jak wielka jest ta moja niechęć do białego puchu, tak wprost proporcjonalna jest radość z niego moich dzieci. Radość tak nieokiełznana i wrzaskliwa, jakby urodzili się na równiku, a nie w kraju raczej północnym!
Jak tylko w sobotni ranek rozeszły się głosy, że w górach spadł śnieg, zaraz zaczęli prosić Mario, by ten zawiózł ich na jedną z przełęczy, to choć bałwana ulepią! Tomek podekscytowany szukał rękawiczek i przebierał nogami z niecierpliwości.


Ruszyliśmy na Sambukę wczesnym popołudniem, jednak mimo kilku godzin słońca, śniegu ocalało jeszcze całkiem sporo. Bielą pokryte było pobocze już od Passo della Colla. Miejscami widać było nawet ślady po przejechaniu pługów. Chłopcy z nosami przyklejonymi do szyb wykrzykiwali tylko co chwilę - tu, tu się zatrzymajmy! 
W końcu dojechaliśmy do przełęczy Sambuca, a ci jak nie wyskoczą, jak się nie zaczną tarzać w tym śniegu wstrętnym, rzucać bryłami i sobie wrzucać gdzie popadnie….
Stałam tylko z boku zastrzegając, że nie mam ochoty do zabawy być wciągnięta, bo generalnie nawet bez dotykania wstrętnego białego, powoli przechodziłam w stan hibernacji. Zrobiłam więc kilka zdjęć przestępując nerwowo z nogi na nogę i szczękając zębami niemiłosiernie, aż w końcu doprowadzając swoją wytrzymałość na zimno do granic niemożliwości, czyli po około 10 minutach zarządziłam powrót. 


Oczywiście góry piękne, nawet w śniegu, Sambuca wzrusza mnie niezmiennie, ale przenikliwe zimno zdecydowanie ogranicza moją radość. Musiałabym się chyba ubrać jak na polarną wyprawę, może jakieś skóry foki, czy sama nie wiem co, żeby móc normalnie funkcjonować. Teraz kiedy liście opadły, można wędrować graniami ciesząc oczy panoramą, widać Toskanię, Romanię i Apuany, a jak słońce jaskrawe to i morze w oddali… Poszłabym na wyprawę z termosem, z plecakiem, poszłabym chętnie, ale na to pewnie szybko czasu nie znajdę.


I na koniec jeszcze słońce i księżyc, jakby nagroda pocieszenia dla mnie, że zimno upiorne przez chwilę musiałam znosić. Mugello chowa się powoli w mroku, a nad Casaglią wstaje księżyc, ponoć wyjątkowo wielki tym razem. Oto moje małe cudowności dnia powszedniego.


POKRYWAĆ to znaczy COPRIRE (wym. koprire)

Boże Narodzenie

Obliczenia i szkolne ciekawostki

czwartek, listopada 10, 2016



Jedna trzecia listopada za mną, jeszcze tylko dwadzieścia listopadowych dni… 
Ja wiem, że sama jestem orędownikiem filozofii, by żyć powoli i cieszyć się każdym dniem, ale jeśli chodzi o listopad, to trudno mi być jej wierną. Odliczam dni do przesilenia. Jesień na szczęście za połową, a to oznacza, że za miesiąc i dwa tygodnie, a nawet mniej, dnia zacznie przybywać!!! Nie żebym tęskniła za zimą, ale chodzi o to, że potem to już tak jakoś z górki… Z zimnem się wciąż nie mogę pogodzić, choć jak mówi Mario - teraz to nie zimno, teraz to jeszcze tropiki! Może i tropiki, ale ja zaczęłam marznąć niemiłosiernie. Zimno mi w każdy włos na głowie, zimno czuję każdą komórką. Wyciągnęłam już zimowe kurtki i ciepłe skarpety i czapki i szaliki… Jakoś przetrwam! Choć pewnie Mario ma rację … minusowych temperatur jeszcze w tym sezonie nie widzieliśmy.



- O popatrzcie chłopcy! Dziś dziewiąty! - obwieszczam przy śniadaniu radosną nowinę. - A dziewiątego czerwca zaczynają się wakacje, czyli … - Zaczynam liczyć na palcach - dicembre, gennaio, febbraio… Zostało tylko siedem miesięcy szkoły!
Patrzą na mnie zaspanym i niedowierzającym wzrokiem. 
- Masz jakieś lepsze pocieszenie?
- Za trzy tygodnie i kilka dni mamy długi weekend - Immacolata!
- To już lepiej.
***



- Mamusiu wiesz jakiego pochodzenia byli Etruskowie?
- Tak naprawdę nikt tego nie wie na pewno.
- Prawdopodobnie turckiego…
- Jakiego???
- Tomek chciał powiedzieć, że to byli "Turki" - pomaga Mikołaj.
Najpierw zaczynam się śmiać, a potem urządzam krótką lekcję polskiego.
- Pochodzenia tureckiego. Turcy. A skąd o tym wiesz? 
- Uczyliśmy się na "sztuce".
- A wiesz, skąd się wzięło mówienie "Salute!", kiedy ktoś kichnie?
- Nie mam pojęcia.
- Kiedy w Toskanii panowała zaraza "peste nera" (dżuma), to jeśli ktoś miał tylko katar, mówiło się, że jest szczęściarzem i okazem zdrowia. Jak kichnął, zaraz słyszał - Salute! Zdrowie!
- A to ciekawe, tego też dowiedziałeś się w szkole?
- Tak, na "arte". Prof. Stefania nam opowiadała.
- Fajnie macie w tej szkole.
***

Dziś szkolne zebranie u Mikołaja. Być może zapadnie decyzja odnośnie "długiej" wycieczki na koniec szkoły podstawowej. Kolejka do walizki Mikołaja jest już pokaźna, na wypadek gdyby wygrała najciekawsza propozycja. 
- A wiesz mamusiu, że szopka w końcu będzie? - obwieszcza Mikołaj przy kolacji.
- Co ty mówisz??? Nie wierzę!
- Na zebraniu wam o tym powiedzą. 
- A to dobre! Jeśli to prawda, to ciekawa jestem, co sprawiło, że "nieugięty" zmienił decyzję… 
- Nie wiem…
- Wiesz co? Teraz sobie przypominam, że kiedy dziś odbierałam Tomka, to słychać było świąteczne śpiewy. Aż się zdziwiłam, ale pomyślałam, że może choć na koncert wyrazili zgodę. Tak czy inaczej uwierzę, jak usłyszę to w szkole na własne uszy! To byłby prawdziwy cud bożonarodzeniowy...
Dobrego dnia!

Ps. Zdjęcia pochodzą z zeszłego roku, kiedy to listopad rozpieszczał nas pogodą jakiej nie powstydziłby się nawet sierpień. Było minęło… ale lubię do nich wracać.

codzienność

Panda z czerwonym nosem, czyli zima w Toskanii, a zdjecia na przekór

czwartek, stycznia 21, 2016


Idę do Marradi. Cisza jak makiem zasiał, chyba wszyscy zaszyli się we własnych pieleszach. Niesie się tylko moje rytmiczne tup tup tup obcasów na asfalcie, szybkie jak odgłos towarzyszący pisaniu na maszynie. Szybsze niż zwykle i to nie dlatego, że się spieszę, ale dlatego, by się rozgrzać. Przebieram nogami niczym Korzeniowski na olimpiadzie i dygam jak mogę każdym mięśniem, ale mam wrażenie, że krew od mrozu krzepnie mi w żyłach. Mróz w Toskanii??? - 7, -5?? Na mróz to ja się nie zgadzałam!
Zimno? Proszę bardzo! Niech będzie zimno, w końcu to styczeń, a Toskania to jednak nie tropiki, zaakceptuję 10 stopni, no dobrze ... 5, w ekstremalnych przypadkach, kiedy to kosy chowają się w kominie, niech będzie nawet 0, ale mróz??? Mróz??? Co to, to nie. 


Owijam się ciaśniej pandą, a dłonie zaciśnięte w pięści chowam w pandowe rękawiczki. Co i raz ktoś tam przemknie, ale przy takiej temperaturze nawet trudno "ciaoo" okrasić uśmiechem. Zesztywniała mi twarz jak po znieczuleniu dentystycznym! 

Wpadam do supermarketu, jakbym uciekała przed bombardowaniem. Ufff ciepełko! Rzut oka na lustro przy warzywach, czy aby mi się panda nie przekrzywiła od tego olimpijskiego chodu... Panda na miejscu, pewnie sztywna z zimna, ale za to nochal mam czerwony, że tylko ze mną do cyrku bez charakteryzacji. Urocze zjawisko. Panda z czerwonym nosem...




- A te pomarańcze to dobre? 
- Pyszne! 
- Ale jak będą niedobre to ci je przyniosę i sama je sobie zjesz!
- Nie marudź!
- Bananów byś mi jeszcze dała. Nieee, te są niedojrzałe. 
- No popatrz przecież, że żółte, ładne.
- No nie wiem. 
- Wzięłaś dwie siaty owoców, chcesz zjeść wszystko dziś? Banany jeszcze dojrzeją.
- Tak mówisz?  
- Tylko nie kładź ich przy grzejniku, bo się czarne zrobią i wtedy na pewno mi je przyniesiesz.
- Ktoś musi być winny 
... itd.... itp...
Zamarzło mi wszystko, ale nie dyktafon w głowie i moje wyczulenie na drobiazgi. Nawet przy kilkustopniowym mrozie scenki rodzajowe wyrwane z marradyjskiej codzienności rozgrzewają mnie jak najlepszy grzejnik.



Dziś już czwartek, mróz odszedł, ponoć za kilka dni mamy mieć przedsmak wiosny!
A na rozgrzewkę komu zimno kilka wiosennych impresji z zeszłego roku! 
Dobrego końca tygodnia!

NOS to po włosku NASO (wym. nazo)

Jeszcze raz przepraszam za opoznienie w publikacji wczorajszych komentarzy. Wciaz jestem bez mojego komputera. A swoja droga i tu dziekuje za tyle milych slow. (Dopiane z telefonu stad brak polskich znakow).

Palazzuolo sul Senio

Przystanek w Palazzuolo

wtorek, stycznia 19, 2016

 
Droga z Sambuki osuwa się w dolinę Senio. Przed nami wyłania się klasztor Quadalto. Przypomina mi się pewien wczesnowiosenny dzień, jeden z najmilszych w całym minionym roku. Dzień, w którym wiosna była dopiero kwilącym niemowlęciem. Dzień, w którym dotarłam na Campanarę, odkryłam Piedimonte i Susinianę, w którym jadłam schiacciatę owiniętą w potłuszczony papier i w którym widziałam pierwsze gęste dywany stokrotek...    


- Kiedy znów pójdziemy na jakąś wyprawę w całkiem nowe miejsce? - pytam nieśmiało, bo wiem, że Mario wciąż ma na głowie układanie się z nowym domem i mało czasu na eskapady. 
- Kiedy chcesz. Jak tylko będę miał wolne - odpowiada zdecydowanie. Pewnie sam zmęczony jest chaosem ostatnich tygodni.
Zatrzymujemy się w Palazzuolo, w jednej z naszych ulubionych gelaterii, ale tylko Mikołaj po arktycznej zimnicy Sambuki ma ochotę i przede wszystkim odwagę zjeść lody. Dla reszty - grzane wino, gorąca czekolada i jabłkowe frittelle. Czuję jak odmarzają mi myśli, robi się przyjemnie ciepło. Za oknami średniowieczne, kamienne zabudowania odbijają się w wodach Senio. Gdyby nie dym unoszący się nad kominami, można byłoby pomyśleć, że wiosna właśnie wchodzi na scenę...


Z ostatniej chwili.
Dziś rano termometr przed barem pokazał -7! Odkąd tu jestem, czegoś takiego nie widziałam. Oby nie trwało długo! Mam nadzieję, że to są wcześniej niż zwykle i giorni della merla, a potem będzie już tylko lepiej!

Passo della Colla

Nic się nie zmieniło ...

poniedziałek, stycznia 18, 2016



Po niedzielnym obiedzie zgarnęliśmy do plecaka trochę łakoci i ruszyliśmy przed siebie. Dosłownie przed siebie. W stronę Campigno. 
- Pójdźmy tą drogą, gdzie jest aquedotto - zaproponowałam. - Tam jeszcze długo powinno być słońce.
- A możemy się zatrzymywać? - pyta Tomek wkładając do plecaka też notes i długopis.
- Możemy, a co będziesz robił? 
- Pisał. 
Moja krew! Mój syn! Moja satysfakcja, kiedy słyszę takie słowa, jest niezmierzona. 

 

Idziemy pustą drogą w styczniowym słońcu i gdyby nie zimno dość dotkliwe, wydawać by się mogło, że to już przedwiośnie. Widzę oczami wyobraźni dywany prymulek, którymi na wiosnę pokrywają się tutejsze łąki, a że wiosna w Toskanii zaczyna się wcześniej, więc dni można zacząć odliczać. 

Nasz spacer zawsze rozciąga się w czasie - bo dziura, bo patyk, bo kamień, bo drzewo i mech i nie wiem co jeszcze...
Przy okazji odkrywamy trasę spacerową i miejsce odpoczynku naszego starszego sąsiada...
Śnieg!!

Teraz jednak w asfaltowych wyrwach skrzą się zamarznięte ślady deszczu, tu i tam, gdzie nie sięgają promienie słońca, bielą się resztki śniegu. I choć wypatruję z niecierpliwością pierwszych prymulek, to muszę uczciwie przyznać, że już jest pięknie, tu piękno krajobrazu nigdy nie znika. Moje Mugello jest jak zjawiskowa kobieta, która nawet w worku na ziemniaki wygląda oszałamiająco!


Kiedy jesteśmy już prawie przy acquedotto, w kieszeni zaczyna brzęczeć telefon. 
- Macie ochotę na spacer? - pyta Mario.
- Już jesteśmy na spacerze.
- A może gdzieś dalej? Może Sambuca? Myślisz, że na Sambuce jest jeszcze śnieg?
- Na pewno. Jesteśmy na drodze do Campigno, zawracamy. Spotkamy się w Biforco...



Na Colli sznur samochodów. Tłum przed restauracją jakby to był długi majowy weekend, nawet motocykliści w styczniowe, niedzielne popołudnie nie porzucają swojej ulubionej trasy.   
- Zatrzymajmy się na kawę. 
Barmanka wita mnie po imieniu. To znaczy być stąd ... 


Przy samochodzie dzieci korzystają z chwilowego postoju i bawią się tym, co ze śniegu zostało. Mario obserwując ich szaleństwa, pyta żartobliwie:
- Wy na pewno z kraju północy?
- Wiem, wiem, zachowują się, jakby nigdy śniegu nie widzieli. 
Pakujemy się znów do samochodu. Matko jak jest zimno!!!

Widok w stronę Borgo San Lorenzo



  

Sople na skalnych ścianach są niczym organy w starej katedrze. Białości już na szczęście niewiele. Wysiadamy tylko na chwilę, na dwa zdjęcia, na trzy kroki, ale zaraz lodowaty wiatr przegania nas do samochodu. Otulam się pandą jeszcze szczelniej. Mimo że zimno, to jakże cudownie...


Sambuca... Rok temu to ona ratowała mnie z poważnych smutków. I dziś już wiem na pewno, że Sambuca dobra jest na każde zło, większe czy mniejsze. Coś tam jest takiego, że wzruszenie wypełnia człowieka aż po czubki palców. Coś w powietrzu, w krajobrazie, coś w widocznym z daleka Lozzole, coś w kamiennych domach rozrzuconych w dolinach i w skałach surowo rysujących drogi... 

 

Wczoraj kolejny raz przekonałam się, że nawet po latach nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nawet jeśli "enty" raz zjeżdżam z Sambuki do Palazzuolo i znam już na pamięć każdy zakręt, to wciąż nie potrafię ostudzić emocji... Tu jest po prostu tak pięknie, że aż w gardle ściska. Sami popatrzcie. Przejedźcie się razem z nami. Dobrego poniedziałku! A jutro zatrzymamy się na vin brule' w znanym Wam już Palazzuolo.



Wybaczcie opóźnienie, błędy, inne niż zwykle rozmieszczenie, czcionki ecc... Zostałam bez swojego komputera i ratuję się pc chłopców. Mam nadzieję, że uda mi się szybko to zmienić, bo tak jest zdecydowanie trudniej.
INDEFINITO to znaczy NIEOKREŚLONY (wym. indefinito)