góry

Cztery strony świata

piątek, stycznia 11, 2019


Na moją propozycję wypadu w niedzielę do Florencji, Tomek tylko westchnął.
- Pusia... Nie tym razem. Zmęczony jestem i mam dużo nauki. Mieli rację z tym styczniem, że to najtrudniejszy miesiąc. 
- Dobrze, dobrze, Florencja nie ucieknie. 
Pomyślałam, że w sumie to dobrze, że i mnie też przyda się leniwy dzień, a ponieważ w zeszłą niedzielę pracowałam przy zdjęciach, wyjątkowo nie mogłam się doczekać zbliżającego się  weekendu i odrobiny spokoju. 
A potem napisała do mnie V. z zapytaniem o sesję zdjęciową i tak wizję leniwego weekendu szlag trafił. Nie odmówię, wiadomo. Praca to praca, a odpocznę kiedy indziej... 


Schematy lekcji, prace domowe, pomysły na zdjęcia, gdzie pojechać, co zrobić, jak gościom, turystom ubarwić wakacje... Moja głowa pracuje ciągle na najwyższych obrotach. Czasem mam marzy mi się, żeby ktoś coś wymyślił dla mnie. Dlatego kiedy Mario kolejny raz zapytał - "cosa facciamo (co robimy)?" - opadły mi skrzydła, wszystko mi opadło. 
- A może ty coś wymyślisz? Ja przecież nie robię nic innego tylko cały czas organizuję, planuję, wymyślam dla wszystkich dookoła. 
- Boh...
Mruknął tylko coś pod nosem, ale chyba za entym razem, kiedy taki dialog powtórzyliśmy, zrozumiał, bo w czwartek przyjechał punktualnie (!!!) wraz z końcem moich porannych lekcji, a w bagażniku rangera leżała butelka wina, chleb, szynka i kawałek sera. Masz czas na kanapkę w górach zamiast klasycznego obiadu?
Miałam! Jasne, że miałam! 


I tak wspięliśmy się ponad dolinę, na jeden z piękniejszych punktów widokowych. Z tym wspięliśmy to może przesadziłam, bo to był ledwie krótki spacer, ale też nadmiaru czasu nie miałam, żeby prawdziwe eskapady urządzać. Pogoda była bajeczna, a za wzniesieniem, osłonięci przed wiatrem wiejącym z nizin miało się wrażenie, że to już marzec ... W oddali zieleniły się pola, a nad gajami kasztanowymi unosiły się smugi dymu. Zimowe porządki. 

- Co to jest ten czubeczek góry, który tam wystaje?
- Boh... Nie mam pojęcia. Aż tak nie mam orientacji. Mogę ci mniej więcej pokazać gdzie będzie Firenze, Arezzo, Pisa. - Mario wyznaczał ręką punkty na horyzoncie.
- Nie, nie, trochę bardziej na wschód - ja wyznaczyłam swoje. 
- Poczekaj gdzie będzie południe?
- O tu na wprost! Która jest godzina... 12.07, a zatem idealnie przed nami.
- Nieee.
- Jak to nie??? Tam jest wschód, tam zachód, a południe na wprost. Po polsku akurat w tym przypadku jest łatwiej. Słowo wschód pochodzi od słowa wschodzić. A wasze est ovest sud... są ciut abstrakcyjne.
Dziwiłam się jak to możliwe, że Mario, stary myśliwy i traper nie wie takich rzeczy. Choć w sumie znamy się tak długo i nie jedno już słyszałam, więc chyba niczemu nie powinnam się dziwić.
Wyciągnął telefon, na którym wyświetlił kompas. Strzałka pokazywała północ dokładnie za naszymi plecami. Przed nami było południe. 
- Teraz mi wierzysz? 
- Eh si....
- To będzie na bloga, wiesz o tym? 
- Człowiek uczy się całe życie.

DOBREGO DNIA!

Strony świata po włosku to:
SUD - POŁUDNIE
NORD - PÓŁNOC
EST - WSCHÓD
OVEST - ZACHÓD

Castagneto in musica

Muzyka na najpiękniejszym "balkonie" Doliny Lamone.

niedziela, lipca 02, 2017


- Poczekamy tu na zachód?
- Poczekamy. 
- A przesuniesz aparat? 
Przesuwam nikona, a Mikołaj zaraz układa się wygodnie jak kociak, chociaż taki już duży, że tylko głowa mieści się na moich kolanach. Przyklejamy się ciasno jedno do drugiego, żeby było nam cieplej, bo wieje niemiłosiernie. Jakaś kobieta wcześniej przy stole powiedziała,  że to corina. Nie znam się na wiatrach, więc wierzę na słowo. Niech będzie corina. 
Siedzimy na najpiękniejszym "balkonie" doliny Lamone. Znam to miejsce, odkąd kilka lat temu trafiliśmy tu trochę przypadkiem spacerując po kasztanowym gaju. Od tego czasu zawsze powtarzałam, że nie ma piękniejszego położenia, że nikt nie ma z okna ładniejszych widoków niż Giorgio. Widać stąd całą dolinę, łagodne falowanie szczytów aż po horyzont, widać stąd nawet morze… Mieszkać w takim miejscu to znaczy mieć wszystkie wschody i zachody słońca na wyłączność! Czego chcieć więcej?  
Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że wielu marradyjczyków nigdy tu nie było. Piangiorgio było dla niektórych prawdziwym odkryciem tego wieczoru. 


Coroczne lipcowe wydarzenie, jedna z naszych najpiękniejszych fest - Castagneto in Musica w tym roku przeniosło się z Sulpiano na Piangiorgio. Obydwa miejsca są tak piękne, że  zdają się być nierealne, jednak jeśli chodzi o Piangiorgio … No cóż … Brak słów…
Jak co roku była polenta i piadiny i słodkości kasztanowe i kasztanowe piwo i oczywiście muzyka. Kasztany w tytule i kasztany w menu, bowiem organizatorem wydarzenia jak każdego roku była Strada del Marrone. 


- Ruszmy się, bo nas zaraz stąd wywieje. Słońce jeszcze wysoko. Przejdziemy się trochę, a potem znów tu wrócimy.
- Poczekaj chwilę! - Mikołaj wypatrzył w dole rozległej łąki dwie przyjaciółki i tyle go widzieli. Zostaliśmy we dwoje.
- Chcesz coś jeszcze zjeść? - zapytałam Tomka.
- Napiłbym się wody. 
- A ja wina! Chodź, pokręcimy się trochę wśród ludzi. Do zachodu jeszcze trochę.
Muzyka grała, corina zrywała ze stołów plastikowe talerzyki, a słońce powoli, powolutku żegnało się z pierwszym lipcowym dniem. 


ZACHÓD to oczywiście TRAMONTO (wym. tramonto)

Sambuca

Pozdrowienia z przełęczy

poniedziałek, stycznia 16, 2017


Po obfitym obiedzie u myśliwych, wstaliśmy od stołu nieco ociężali. Dzień był jeszcze wczesny, a pogoda bajeczna. Słońce zalało całą dolinę Lamone i Mugello, to był dobry moment, by wybrać się na krótką przejażdżkę. Przekonani, że Sambuca zaprezentuje się zimowo, tak jak tylko ona potrafi, nie braliśmy tym razem pod uwagę innych kierunków.


Tymczasem słońce dotarło nawet "wysoko" w góry, śnieg zniknął z konarów, a lodowe dekoracje rozpłynęły się w niebycie. Tylko na zacienionych odcinkach drogi, na zakrętach chronionych przez skalne mury sięgające nieba, tam gdzie słońce nigdy nie dochodzi resztki bieli przypominały o zimie.


Tak niedawno szukałam tu płonących buków, fotografowałam kolory jesieni… Jak przedziwnie zmienia się świat z miesiąca na miesiąc, jakie wszystko inne, gdy te kolory się przetasują …
Szukałam tej bieli, tylko dla zdjęć, nie żebym sama za nią tęskniła. 
- Przecież ty mamusiu tak lubisz biały kolor.
- Lubię, ale na moich letnich sukienkach…

Ekstremalny kontakt ze śniegiem, maksimum moich możliwości, specjalnie na potrzeby bloga.

Śniegu było jak na lekarstwo, ale Sambuca zachwyca w każdej szacie, o każdej porze dnia i roku. Trudno się nią nasycić. Ciągle jej potrzebuję. Niech tylko stopią się ostatnie śniegi i jak tylko rozlegnie się pierwsze "kuku", ruszam na szlak. Właśnie z przełęczy, chcę przewędrować cały dzień...


Śniegu było jak na lekarstwo, ale do czasu … Już następnego dnia …
O synu Olafa, dziękczynnym obiedzie i teatralnym wieczorze opowiem Wam już jutro. Dobrego tygodnia!

KIERUNEK to po włosku DIREZIONE (wym. direcjone)



łąki

Łąki z widokiem na morze

sobota, sierpnia 27, 2016


Kiedy otoczeni mrokiem szliśmy grzbietami Apeninów w ostatniej stralunacie, nie chciałam dać wiary słowom przyjaciela, który tłumaczył, że światła widoczne w oddali to Ravenna. 
- Niemożliwe - upierałam się, to będzie Faenza. Ravenna jest przecież prawie 80 km stąd!  
- Faenzy stąd nie zobaczysz. Zasłaniają ją góry. 
- Hm… - Na pewno myśliwi znają te góry i widoki lepiej niż ja, ale trudno mi było uwierzyć, że migające w ciemnościach światła to port stolicy Romanii.  


Kiedy w minionym tygodniu wracaliśmy z Faenzy i akurat wyjątkowo nigdzie nie musiałam się spieszyć postanowiliśmy dla odmiany nadłożyć odrobinę drogi i sprawdzić co się wydarzy, jeśli na znanym dobrze skrzyżowaniu pojedziemy w lewo, zamiast jak zwykle jechać prosto.
Tym sposobem zapuściliśmy się w kolejne bezdroża Romanii i znów znaleźliśmy zakątki sielskie i ciche. Miejsca jak z przesłodzonych tandetnych obrazków, które niespełnieni artyści sprzedają turystom. Pola zaorane, winnice oblepione dojrzałymi gronami, łąki słońcem wypalone i do tego jeszcze widok na morze!
Choć byliśmy zdecydowanie bliżej wschodniego wybrzeża, niż wtedy pod Monte Lavane, to jednak upewniłam się, że Renzo miał rację. Zatrzymaliśmy się na rozległej łące skąd nawet bez lornetki widać było Adriatyk, Ravennę, Forli, Castel Bolognese… Miałam wrażenie, że gdybym stanęła na palcach i jeszcze bardziej wyostrzyła szkła lornetki zobaczyłabym nawet Bolognę. 


Tak tam było pięknie… Trudno mi dobrać słowa, nie chcę popadać w egzaltację, czy ocierać się o banał, ale właśnie słowo pięknie pasowało tam jak ulał. Aż się chciało oddychać, ręce rozłożyć i latać albo … rzucać bryłami zbitej ziemi. 
Kiedyś buty… a jak nie buty, to cyprysowe szyszki, jak nie szyszki to ziemia. Zawsze znajdzie się coś co zainspiruje do zabawy, krótki przerywnik w zachwytach nad światem.  


Dzisiejsza festa "pożegnanie lata" i stralunata zostały odwołane. W Italii ogłoszono 27 sierpnia dniem żałoby narodowej. Tu wszyscy wciąż żyją ostatnią tragedią. Nie mówi się o niczym innym. Jeśli znajdziecie po południu chwilkę zerknijcie jeszcze raz do mojego posta "gruz", dopiszę kilka informacji, między innymi o pomocy. Jeśli ktoś z Was jest właśnie w Italii czy w jakimkolwiek zakątku świata i w prosty sposób, drobnym gestem będzie chciał pomóc poszkodowanym - podpowiem jak to zrobić. Tak wiele ludzi straciło wszystko… Trudno to sobie wyobrazić…

MIEĆ RACJĘ to po włosku AVERE RAGIONE  (wym. awere radżione)

góry

Passo del Giogo - niekończący się zachwyt

wtorek, marca 15, 2016



Był pałac - villa Medyceuszy, była tysiącletnia pieve i małe miasteczko, były gaje oliwne i szpalery cyprysów, były lody... Do pełni szczęścia brakowało tylko przestrzeni i wysokości ... 



Od Grezzano droga zaczyna piąć się stromo w górę. Jesteśmy ciekawi dokąd też nas zaprowadzi. Nie napotykamy żadnych oznaczeń, ani informujących o tym, co nas czeka, ani o tym, żeby miała się skończyć. Zwęża się coraz bardziej i bardziej, biegnie przez las i łąki, przez zachwycające dzikie tereny. Przez dłuższy czas nie mija nas ani jeden samochód. Jakbyśmy byli sami na świecie. 



A potem niespodziewanie, z wąskiej wstążeczki z wyszczerbionym asfaltem rozwija się przed nami nowy pas drogi, niczym ten, na którym lądują boeingi. Oczywiście tak jak nagle się zaczyna, tak też chwilę potem raptownie kończy. Pojawiają się natomiast znaki o sporym nachyleniu. 10% ... 14% ... 15%. Jadąc na Passo della Colla czy na Sambucę nie czuje się wysokości, bo droga łamie się nieskończonością zakrętów i pnie powoli, łagodnie. Tu natomiast z każdym mijanym słupkiem czuje się wysokość. 




- Nie możemy być bardzo wysoko, bo nie ma śniegu, a na Colli przecież  jest. Tak czy inaczej wrażenie jest takie, jakbyśmy już nieba dotykali ...
- Jest nieziemsko...
- Ciekawe gdzie dojedziemy...
- Moja papierowa mapa mówi, że jedziemy w kierunku Firenzuoli, ale ta droga nie jest naniesiona. 





Przed nami pierwsza tablica. Zatrzymujemy się spragnieni informacji. Linea Gotica. Historia z czasów drugiej wojny światowej, niemieccy spadochroniarze, Amerykanie, ale o tym innym razem, opowiem tę historię, kiedy pokonam zaczynający się tam szlak na własnych nogach. Teraz jedziemy dalej.



Przystajemy co kilkadziesiąt metrów, bo widok jaki się stąd rozciąga ... tak będę się powtarzać - zapiera dech! Aż się człowiek zapowietrza z wrażenia i nie wie co powiedzieć. U stóp mamy Mugello, w oddali szczyty i pagórki otulające Florencję, jednym z nich jest Monte Scenario, na wyciągnięcie ręki po lewej stronie mamy Rontę, po prawej słynny autodrom Mugello. Mam wrażenie, że jak stanę na palcach, to zobaczę nawet morze...



Docieramy w końcu do najwyższego punku na trasie. 882 metry n.p.m. Jesteśmy na Passo del Giogo... 


Kocham moją Sambucę do szaleństwa, ma dla mnie "wartość sentymentalną", ale przełęcz Giogo - przyznam uczciwie - skradła moje serce od pierwszej chwili. Niekończące się połacie łąk, falujące łagodnie pagórki i wyższe szczyty, wyrastające za nimi, zupełnie jak niema obstawa. Przestrzeń! Tu naprawdę można złapać głęboki oddech. Już rodzi się plan na wycieczkę, na wiele wycieczek, bo odchodzi stąd tyle szlaków, że tylko życzę sobie, by życia na ich przedreptanie mi nie zabrakło. Najchętniej ruszyłabym natychmiast ... Badia di Moscheta, Monte Altuzzo, Casetta di Tiara...


Zjeżdżamy do Firenzuoli, ale do domu mamy ponad 40 km. Będzie jeszcze zdumiewająca rzeka i kolejne kamienne kościoły, a na koniec Mugello powie światu piękne dobranoc. Jeśli jeszcze nie znużyła Was nasza sobotnia włóczęga, czekam na Was już jutro rano przy gorącej kawie z ostatnią porcją relacji, a już wkrótce zabiorę Was na spacer do najbardziej gościnnego miasta Italii.  
  

PASSO to znaczy między innymi PRZEŁĘCZ (wym. passo)