Prace nad budową tratwy rozpoczęły się już zimą, potem były pierwsze nieudolne próby wodowania jej. Tyle pracy na darmo. Okazało się, że to co udało się w filmie Hanksowi niekoniecznie tak łatwo przełożyć na własne podwórko…
Pokłócili się przy tym z dziesięć razy, a mnie nerwy brały, bo czasem za bardzo bym chciałabym żeby wszystko było jak na obrazku. Kłócili się więc, obarczali winą za defekty i odpadające części, Tomek Mikołajowi wypominał dobitnie brak umiejętności konstruktorskich. A ja stałam i stałam na tarasie, bo sami przecież prosili, że mam udokumentować wiekopomną chwilę. Tymczasem nerwy we mnie puchły, bo już słuchać tych kłótni nie mogłam. Jak widać mam całkiem normalne dzieci!
W końcu jednak kłótnie ucichły, to co odpadło zostało na nowo przyczepione, złapali za wiosła i oto zaczęła się przygoda prawie jak z filmu!
Pływali po rzece jak prawdziwi żeglarze dumni ze swojej konstrukcji, która po tylu trudach raczyła udźwignąć ich i utrzymać na swoim pokładzie. Zabawa była przednia…
Cieszę się, że moja codzienność jest tak bardzo niecodzienna, ale cieszę się jeszcze bardziej, że zwykłe życie chłopców ma tu tyle kolorów. Że inspiruje, zniewala, że nie pozwala na nudę, rozwija, bawi, zaskakuje, uczy …
Ktokolwiek zobaczy to na własne oczy zaraz rozumie i sam przytakuje - w Warszawie by tego nie mieli…
Dzieci, których też w tym roku przewinęła się garstka przez Marradi, mogły tego życia zasmakować, zwolniły rytm, zakosztowały zabaw godnych Dzieci z Bullerbyn… Mam nadzieję, że wróciły do swoich domów z miłymi wspomnieniami.
A tu dokumentacja z wczorajszego wodowania i przedniej zabawy:
TRATWA to po włosku ZATTERA (wym. dzattera)





