białe sukienki

Już cyklameny, jeszcze białe sukienki...

piątek, września 07, 2018


Przed nami jeszcze tydzień wakacji, ale Mikołaj już spakował plecak. Niby żal mu wolnego czasu, ale jednocześnie zaczął tęsknić za szkołą. To chyba dobry znak. Jeśli dziecko w tym wieku chętnie wraca do szkoły, to znaczy, że szkoła jest na medal. Chęć powrotu Mikołaj przekornie tłumaczy też tym, że im szybciej zacznie się szkoła, tym szybciej znów będą wakacje. To jeszcze ten wiek, kiedy chce się przyspieszyć czas, który i tak sam z siebie galopuje jak głupi.  


Pierwsze od dłuższego czasu wolne dni - prawie wolne - wykorzystaliśmy w pełni. Był i piknik i morze i Faenza i Florencja i Strada del Sole ... Codziennie coś, by odwrócić uwagę od ubywającego lata. Choć trzeba przyznać, że jego schyłek w tym roku piękny i gorący. Temperatura jak w środku sezonu. Nawet jeśli zakwitły już pierwsze cyklameny, a brzegi lipowych liści jesiennie zrudziały, to moje letnie sukienki spać jeszcze nie idą. 


Na Strada del Sole nie spotkaliśmy żywego ducha, za to przy jednym z kamiennych domów cały zwierzyniec. Kury, kaczki, koguty, koń i "truflowe" szczeniaki. Droga po zimowych zawieruchach, które położyły pokotem stare cyprysy została już dawno uprzątnięta. Znów można przejechać całą grań od Tredozio aż do Modigliany i podziwiać kolorowe winnice, pagórki, doliny, miasteczka w dole i kamienne posiadłości przycupnięte ponad nimi.  


Próbuję naładować baterie przed nowym tygodniem. To będą dni pełne napięcia, ważnych wydarzeń, trudnych rozmów. To będzie czas podejmowania w końcu ostatecznej decyzji. Na samą myśl o tym opadam sił. Chciałabym, żeby niektóre sprawy załatwiali za mnie inni, mimo swojego wieku w pewnych sytuacjach czuję się bezradna, bezbronna i dziko przestraszona. Mam nadzieję, że następny weekend przyniesie wytchnienie i będę mogła tylko uśmiechnąć się błogo do tych moich zmartwień i obaw. 
Dobrego dnia!
NAPIĘCIE - TENSIONE  (wym. tensione)

blog

Kiedy wszystkie drogi prowadzą donikąd

poniedziałek, marca 19, 2018


Tak naprawdę wiosna zacznie się jutro czy pojutrze, ale kiedy w niedzielny wieczór po entym odświeżeniu strony z prognozami meteorologów, zobaczyłam, że śniegowe gwiazdki za nic nie chcą się odkleić od "lunedì", pomyślałam - basta! Jeden czy dwa dni nikogo nie zbawią, a od tych bamboszy, futra i ognia już się słabo człowiekowi robi. Mój blog i przynajmniej tu mogę sobie wiosnę zrobić, kiedy tylko mi się podoba. 
Wprawdzie wiosenne zdjęcie wizytówkowe okazało się w tym roku nie lada wyzwaniem i ostatecznie, cóż... wyszło jak wyszło. 
Wiosnę średnio na nim widać, ot kolorowa sukienka i kilka kwitnących badyli, ale pod koniec marca lepsza taka wiosna niż jakakolwiek zima...  


Piątek był pięknym dniem i ruszając Rangerem spod domu zaznaczyłam Mario, że mając na uwadze prognozy na następne dni, bez zdjęcia nie możemy wrócić. Pomysł padł na jedną z naszych ulubionych dróg Strada del Sole
- Pamiętasz to drzewo samotne?
- I gdyby tak pole już było soczyście zielone...
- A to drzewo kwitnące! 
- Dobre! Bardzo dobre!


Jakież było jednak nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że wysadzana cyprysami droga została zmasakrowana. Czy to był Burian, czy jego śnieg, czy mróz, a może jakaś wichura... W każdym razie nie było drzewa, które choć w części nie byłoby uszkodzone. Serce pękało z żalu. 
Dojechaliśmy do znajomego domostwa, a zaraz za nim spotkała nas niespodzianka. Jedno z drzew blokowało drogę. Od tej strony widać jeszcze nikt nie sprzątał. 
- Piły na pokładzie nie mam niestety. 
- Błąd! Prawdziwy Ranger musi być przygotowany na każdą ewentualność.


Zjechaliśmy więc z grani inną cyprysową drogą w stronę Tredozio i tam już dalej skierowaliśmy się na Modiglianę, jednak ochota na samotne drzewo jakoś we mnie zgasła. 
- To co robimy? 
- Mało jeszcze wiosny.
- Ale ja muszę mieć zdjęcie DZIŚ!
- Trzeba kierować się w stronę Romanii. Brisighella?
Zaczęliśmy się znów wspinać, tym razem jednak drogą łagodniejszą, bo pagórki otaczające miasteczko nie są już tak wymagające jak nasze graniczne. Na znajomym rozwidleniu obraliśmy nieznaną drogę. Ranger gruchotał kamyczkami szutrowego podłoża, a my rozglądaliśmy się za jakimś kwitnącym drzewem.


W końcu za kolejnym zakrętem ukazało się drzewo kwieciem białym obsypane. Mario zaplątał się w chaszcze i dalej gałązki do scenografii zdjęcia kompletować. Patrzyłam jak wywija myśliwskim nożem i zastanawiałam się czy już mnie w duszy przeklina czy dopiero zacznie. W każdym razie nie wyglądał na poirytowanego, dał się wręcz porwać tej mojej misji fotografowania niemożliwego.


- Zróbmy zdjęcie tu. 
- Tu? 
- Wiosna i tak mizerna. Już późno. Zegar tyka. Jeśli dalej będzie lepiej, zrobimy następne.

Tu
drugie tu
i jeszcze jedno tu
Ruszyliśmy dalej. Wpakowałam się z pseudo bukietem do samochodu i dalej oczy wytrzeszczałam jak sokół w poszukiwaniu skrawka wiosny. Ranger znów zagrzechotał kamyczkami, ale już chwilę potem przystanął, bo oto przed nami droga malowniczo zakręcała i co ważniejsze w krajobrazie pojawiła się odrobina zieleni. 
- Tu całkiem ładnie.  


Do przodu do tyłu, wolniej, szybciej, jeden kadr i drugi i coś tam będzie. Bez mojego aparatu to nie to samo. Zdjęcia są jakie są. Można powiedzieć jaka wiosna, takie zdjęcia.   


- Coś już mamy, ale zobaczymy dalej, ciekawe dokąd dojedziemy.
Znów wpakowałam się z badylami do samochodu, jednak już po kilkudziesięciu metrach czekała na nas niespodzianka: 


- A może byśmy spróbowali na tej krętej drodze z cyprysami? Trzeba skręcić na tym rozwidleniu... 
Jednak na rozwidleniu kolejna tego dnia niespodzianka: Strada chiusa ... 
To już zostawię bez komentarza. 
Takie to było nasze wiosny szukanie. Przejechaliśmy 70 kilometrów, ale wszystkie drogi zaprowadziły donikąd. Tak czy inaczej blog wita Was dziś wiosennie, na przekór temu co za oknem, nawet jeśli szczęśliwie śniegu jeszcze nie widać.
Miałam dylemat, które ostatecznie zdjęcie ma być na wizytówce. Zdecydował głos większości.
Dobrego tygodnia!

ZAMKNIĘTA DROGA to STRADA CHIUSA (wym. strada kiuza)


Dom z kamienia

Marzenia, które nigdy nie idą spać

wtorek, października 24, 2017


Marzenia. Czasem tłuką się po głowie dniem i nocą, czasem na chwilę przykrywają się kurzem. Marzenia leżą na jednej półce ze wspomnieniami, są z tej samej bajki, mają podobne DNA. Marzenia i wspomnienia w jednym stały domu. Najlepiej w Domu z Kamienia… 


Gdzieś pomiędzy Toskanią i Romanią snuje się la strada del sole i nie mam tu na myśli słynnej autostrady, tylko szutrową drogę zaplątaną w ciszę Apeninów. O drodze tej pisałam nie raz i nie dwa, bo stała się jednym z moich ulubionych odkryć. A dziś napisać muszę jeszcze raz, bo to przez nią znów moje marzenie nabrało jaskrawych kolorów. 
Najpierw były same cuda…
Ludzie zbierający oliwki, niebieski ptak na drzewie, winnice oblane popołudniowym światłem… A potem zza jednej z tych winnic wyłonił się on. Kamienny Dom. Dom jak z moich snów.


Dla kogoś pewnie rudera, dla mnie istna bajka. Dotykam murów, przysiadam na schodkach, zaglądam pod na pół zarwane stropy… - tu mogłaby być kuchnia, w tą stronę moja sypialnia, tu osobny domek dla gości - fantazjuję sobie w myślach do woli. Z jednej strony pstrokata winnica, z drugiej bura mazedga, a przed samym wejściem połać zielonej trawy, z figowcem i giugiolo obwieszonym podeschniętymi już owocami.


Na czerwonych drzwiach ktoś zawiesił podkowę. To musi być dobry dom. Tak czuję. Może kiedyś w podobny sposób znajdę Mój Dom. Może gdzieś ten Mój Dom na mnie czeka. Wciąż w to wierzę, wciąż o nim marzę… Nawet jeśli zazwyczaj już tylko po cichu.



Marzę sobie po cichu, ale takie odkrycia sprawiają, że od czasu do czasu znów na całe gardło muszę dać upust tęsknotom.
- Czy za rok będziemy mieć już Kamienny Dom? - pyta Tomek.
- Wątpię. Ani za rok, ani za dwa. Przed nami długa droga…
- A skąd możesz o tym wiedzieć?
- Masz rację, nigdy nic nie wiadomo.


Wspominam "mój" pierwszy kamienny dom, potem drugi i myślę sobie ile w tych kamiennych murach uzbierało się wspomnień, to właśnie dzięki nim narodziło się moje Wielkie Marzenie. Marzenie, które towarzyszy mi w każdej chwili, bo prawdziwe marzenia nigdy nie idą spać.
TOWARZYSZYĆ to po włosku ACCOMPAGNARE (wym. akkompaniare)

festa del sangiovese

Droga Słońca zamiast wina

poniedziałek, kwietnia 25, 2016


- Na pewno dziś jest ta festa w Modiglianie?
- Na pewno ... To znaczy tak myślę... Może lepiej zatrzymajmy się przy ogłoszeniach, tam jest plakat.
...
- I co tam jest napisane? 
- Zgadza się 23 i 24 aprile. Ale ... Zaczyna się o 17.30! Która jest godzina?
- Zdaje się, że mamy do spożytkowania sensownie ponad dwie godziny, nie będziemy  przecież wracać.


Dojechaliśmy do Modigliany wczesnym popołudniem i rzeczywiście festa była przygotowywana, ale o tej porze zdecydowanie jeszcze w powijakach. Pamiętacie żywe obrazy i festę dell'800? Otóż okazało się, że święto sangiovese to obok wspomnianego druga najważniejsza impreza w miasteczku, o czym informuje nawet tablica na wjeździe. 
- Pamiętasz ten niby klasztor, co to go widać ponad miastem? Może spróbujemy tam powęszyć dla zabicia czasu? 


Tym sposobem pojechaliśmy w górę drogą, której nie znałam. Cienką asfaltową wstążeczką, wśród winnic i urokliwych posiadłości. Kiedy jednak dotarliśmy do zamierzonego punktu, postanowiliśmy pojechać dalej, by przekonać się dokąd droga prowadzi. 
Strada del Sole ... Czy może być piękniejsza nazwa? Pomyślałam, że droga, która się tak nazywa, musi być zjawiskowa. I rzeczywiście była ... 



Po kilku kilometrach asfalt się skończył i strada del sole zamieniła się w swojską polną drogę, wysadzaną cyprysami i ginestre! 
- Musimy tu wrócić kiedy zakwitną, to dopiero będzie spektakl! Może to właśnie im  strada zawdzięcza swoją nazwę...
Droga prowadziła wzdłuż grani, co dawało możliwość podziwiania szerokiej panoramy - dwóch dolin oraz Forli w oddali. 
Przy drodze znajdowało się kilka domostw - trzy albo cztery, w tym chyba niektóre niezamieszkałe. 
- A to co? Kościół??
- Ja tu już kiedyś byłem ... - Mario dostał nagle olśnienia, choć wcześniej i on przekonany był, że tą drogą nigdy nie jechał. - Byłem tu na bank! Teraz poznaję, to miejsce nazywa się ... nazywa się.... 
- Taaa...
- Ciaooo !
Przed domem pojawiło się dwóch mężczyzn. Pozdrowili się serdecznie z Mario, rozpoznając się wzajemnie.
- A nie mówiłem! Nazywa się Cesata!!! 
Przepiękna posiadłość szkoda, że w tak wielkim zaniedbaniu! Aż miałam ochotę wsadzić nos do środka i zobaczyć, co kryje się za murami.  
Panowie porozmawiali chwilę o cytrynach, pomidorach, pawiach i wytłumaczyli, że droga w końcu zaprowadzi nas do Lutirano.
- A tu jeszcze Romagna czy już Toskania? - wiedzieliśmy, że cała droga plątała się gdzieś na pograniczu.
- Ha! Dokładnie granica, ta posiadłość znajduje się częściowo w Toskanii, a częściowo w Romagnii! 


Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, pozachwycaliśmy się, po czym zawróciliśmy i ruszyliśmy znów do Modigliany, przystając jednak na każdym zakręcie, bo widoki były zniewalające. Idealne miejsce na letni spacer, na piknik. Oprócz ginestre i cyprysów, małe powyginane wiatrem dąbki, dzikie róże, krzaki malin i jeżyn.


- Możemy biec przed samochodem? 
- Proszę, gnajcie przed siebie, byle ostrożnie!
Znów szaleństwo i wygłupy. Partyzanci, napady ecc... Dobrze, że jeszcze potrafią się bawić...



Dotarliśmy znów do Modigliany, która z tej perspektywy prezentuje się zdecydowanie najładniej i kiedy już obfotografowałam "rokkę" z każdej strony, zjechaliśmy powoli do miasta w poszukiwaniu straganów z winem. Poza brakiem miejsca do zaparkowania i balonowymi kiśćmi winogron, jeszcze się ducha festy nie wyczuwało. 

Największe glicine jakie w życiu widziałam! Budynek jest dwupiętrowy!
Skierowaliśmy się w stronę zabytkowego centrum. Tu zbijano dopiero stragany i ustawiano wino. Patrząc na postęp prac, można było przypuszczać, że festa zacznie się za kilka ładnych godzin.
Znów napatoczył się ktoś znajomy, zaangażowany nawet w całą organizację, więc zaczęliśmy wypytywać a co, a jak, a gdzie, a o której... 
Okazało się, że o 17.30 istotnie zaczynała się festa, ale na początek były to fachowe degustacje i konkurs dla winnic. Potem po 20.00 ruszała kolacja. A ta miała być niezwykła. W kasie kupowało się bilet i ruszało przez miasto przystając w czterech wyznaczonych punktach i jedząc napipierw przystawki, potem dania pierwsze, drugie, aż na słodkościach i kawie kończąc. Propozycja była kusząca, jednak wątpliwa pogoda, dzieci zmęczone hasaniem, głód, który groził, że do 20.00 nas wykończy, sprawiły, że pokręciliśmy się trochę po mieście i z żalem wróciliśmy do domu. 
Żal jednak szybko został zmyty z pokładu i kolacja, ku radości chłopców i tak była wyjątkowa, więc nie ma tego złego ...
Gdyby nie to, że niedziela od rana do nocy cała była w strugach deszczu, do Modigliany byśmy oczywiście wrócili, ale sangiovese mieszające się w kieliszku z deszczówką, to niekoniecznie to o czym marzyłam. 
Wrócimy w przyszłym roku!  


ZAMIAST to po włosku INVECE DI (wym. inwecze di)