Ze zdziwieniem przyglądałam się liczbie widocznej na bocznym marginesie i czytałam na głos: "milion pięćset tysięcy … " Byłam szczerze zaskoczona.
Licznik odwiedzin na blogu rośnie. Przez ostatnie dziesięć miesięcy drzwi Kamiennego Domu otworzyły się połowę tego, co w ostatnich latach, odkąd blog w ogóle istnieje….
- Nieźle i co z tego masz? - usłyszałam zaraz pytanie.
- Satysfakcję.
Wielką satysfakcję i basta, niech tak zostanie, choć może ktoś inny na moim miejscu zrobiłby z tego większy użytek. Jedyne czego bym chciała, to żeby pewnego dnia to moje pisanie znalazło się na papierze. Poza tym niech będzie tak jak jest. Nigdy nie pisałam tu pod publikę, nigdy też dla poklasku. Zawsze z serca, spontanicznie. Raz lepiej raz gorzej, ale nigdy pod przymusem. To jeszcze nie rocznicowe podsumowanie ale już dziś dziękuję Wam za tyle odwiedzin.
Nie wiedzieć czemu ze wszystkich blogów, które znam, to właśnie mój wywołuje też tyle skrajnych emocji, wiecznie pod obstrzałem "hejtu" i nieustającej krytyki. To oczywiście podcina skrzydła, ale jak widać nie dość skutecznie. Wciąż tu jestem i dalej zanudzam moimi ścieżkami na toskańskiej prowincji, kamiennymi ruderami, codziennymi dialogami, kwiatkami, motylkami, kluskami na talerzu. Ja po prostu muszę pisać. Muszę!
Kolejny trudny moment, jeszcze raz zrobiło się bardzo pod górę. Tak stromo, że nosem dotykam ściany … Znów boksuję się z rzeczywistością i staram się nie upaść, bo jak upadnę to chyba nie wstanę. Zerkam do starych postów i pocieszam się - bywało przecież jeszcze gorzej i jakoś dałam radę … Dobrze, że o tym kiedyś pisałam, bo dziś już bym pewnie nie pamiętała. Blog pisany dla innych dziś mnie samą podnosi na duchu.
Idę dalej … Nowy dzień do zapisania, nowe możliwości, nigdy nic nie wiadomo...
IDĘ DALEJ … VADO AVANTI… (wym.wado awanti)





