rozmowy

Jeszcze jedna dysputa o poszukiwaniu celu

niedziela, listopada 27, 2022

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii

I pomyśleć, że listopad naprawdę zaczyna pakować walizki... 

Biforco po raz pierwszy dziś w nocy zaliczyło delikatny przymrozek. Niebo na szczęście pogodne i mam nadzieję, że zaplanowany trekking uda się przednio. 
Ranek mnie roztkliwił, rozczulił, wzruszył, bo zabrałam się z przeglądanie tegorocznej galerii - w różnych celach, to znaczy przeglądałam pod kątem czterech różnych potrzeb. Przekopując się zdjęcie po zdjęciu, odpłynęłam kompletnie we wspomnienia z ostatnich miesięcy. Nie będę ich tu dziś wywlekać, bo na to tradycyjnie przyjdzie czas na koniec roku. 

W sobotni wieczór - ulubiony w całym moim tygodniu, bo jedyny, kiedy nie nęka mnie widmo brzęczenia budzika nazajutrz - siedzieliśmy przy stole i znów ożywiła się dyskusja jaką destynację wybrać na jednodniowy około świąteczny wypad. 

- Do Austrii - upierał się Mikołaj. 
- Na JEDNODNIOWY wypad - przypomniałam kolejny raz. 
- No to do Rzymu.
- O Jezu! Tylko nie do dużego miasta! - zablokował propozycję Tomek.
- Do Comacchio - Mikołaj wpadł z jednaj skrajności w drugą. 
- No błagam! W Comacchio byliśmy sto razy. 
- Ale już dawno nie byliśmy - bronił swojej propozycji. 
- A może do Orvieto? - zaproponowałam.
- A co takiego jest w Orvieto? - zapytali chórem, ale odebrałam to pytanie jako prowokację, więc w odpowiedzi wykrzesałam ze spojrzenia wszystkie pioruny jakie miałam w rezerwie. 
- Ale dlaczego nie do Austrii? - Mikołaj jakby głuchy był na moje argumenty. 
- Bo to daleko!
- Ja mówiłem, jedźmy do Livorno! - Tomek upierał się przy pierwszym pomyśle. 
- Livorno zawsze jest super, ale może coś nowego? O! Może do Lukki?
- A co jest w Lucce? - zapytał kpiąco Mikołaj.
- Puccini! - chciałam być sprytna i uderzyć w muzyczne tony.
- Ale on nie żyje! 
- Wybierzcie tak w promieniu do 200 maksymalnie do 300 kilometrów. 
- Do Austrii byłoby super. 
- Może Turyn? - rzuciłam kolejną propozycję, pomijając Austrię milczeniem.
- O! - ożywił się Tomek na tę destynację. Turyn...
- Ale przecież nie chciałeś dużego miasta! 

Nie doszliśmy jeszcze do żadnego konsensusu, ale kiedy rankiem odpłynęłam w te moje sentymenty, w jednym z miliona okien otwartych na komputerze wyszukałam coś bardzo interesującego. Obstawiam, że przynajmniej Tomek na taką propozycję tylko przyklaśnie!

Tymczasem idę przygotować plecak, dopisać jeszcze kilka słów, tam gdzie trzeba, zamknąć kilka okien internetowej wyszukiwarki i może zakręcić jakieś ciasto, bo po trekkingu miło będzie coś słodkiego złapać na podwieczorek.    

Pięknego dnia!

PROMIEŃ to po włosku RAGGIO (wym. radżdżio)
 

rozmowy

Listopadowe targowisko próżności i kto ma dobre imię

piątek, listopada 18, 2022

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii

Po południu chmury zaczęły się przepychać z błękitem. Niebo nie było już tak jednolicie szare jak w minionych dniach. Listopad też potrafi być artystą przez duże A. W czwartek przed ostatnimi lekcjami wyszłam z domu i znów ruszyłam galopem, tym razem odziana jak należy - w moją białą kapotkę. Co ciekawe już po kilku krokach czułam, że ta kapotka była trochę na wyrost. Mimo chmur i kilkudniowego deszczu aura była całkiem przyjemna. Parasol, który złapałam na wszelki wypadek, też okazał się zbędnym balastem. Dopiero teraz w drugiej połowie listopada dolina przepoczwarzyła się jesiennie.   

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii

Popatrzyłam na do połowy ogołoconą z liści winnicę, na Monte Lavane w tle, na biforkowe dachy, na niebo to sine, to stalowe, miejscami w kolorze marengo, gołębim, królewskiego błękitu i nawet ametystowym. Klimat obrazu przypomniał mi Honfleur. Mikołaj powiedział wtedy, że było takie poetyckie. I teraz to Biforco w listopadowym anturażu, zmyte deszczem też wydało mi się czystą poezją. Ta sama tonacja kolorystyczna.

Stopy deptały po rubinach, szkarłacie, karmazynie. Po złocie, koralu, mahoniu... Jaka to uczta dla oczu! Jak dobrze, że na świecie jest tyle kolorów...

W drodze po zakupy miałam plan przystanąć na chwilę u Mario, którego Santa Barbara, też wzbudza teraz zachwyt wśród wszystkich marradyjczyków. Bluszcz oblepiający szczelnie czterowiekowe, kamienne mury przeszedł w karminową fazę. Coś nieprawdopodobnego. W ostatniej chwili zmieniłam jednak trasę, bo przy domu hurgotała piła, a Mario z pomocnikiem byli w ferworze układania drewna na opał. Może dziś w słońcu uda mi się złapać kilka kadrów ulubionego domku. 

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii

- Dlaczego Matka nam takie imiona wybrała? 
- Bo są ładne.
- Czyli nie było w tym jakiegoś głębszego sensu? 
- U Tomka to tak naprawdę był. A Twoje jest po prostu piękne. 
- Ja mam takie nudne imię - skarżył się - dlaczego nie Achille? Albo Tristan?
- Gdybyś się teraz urodził to pewnie poszłabym w kierunku literackim. Ale Mikołaj brzmi zacnie, a po włosku Nico jeszcze piękniej!
- Ja mam ładne imię - wtrącił się Tomek - dobrze się kojarzy. Thomas Edison, Thomas Eliot.
- Tomasz Mann...
- No właśnie - marudził dalej Mikołaj - a ja mam albo jakiś carów albo świętego Mikołaja.
- Tom i Jerry - droczył się Tomek, pokazując, że jego imię budzi same pozytywne skojarzenia.
- Myszka Miki! - złapał w lot młodszy. 
- Nie! Miki to Michał tak naprawdę - sprostował Tomek.
- Wiem, ale J. nazywa mnie Miki. 
- A wiesz, że niektórzy mówią na Mikołaja Nicolas? - zwrócił się znów do mnie. 
- Nicolas? A dlaczego? 
- Pewnie jeśli ja jestem dla nich Thomas to analogicznie Nico to Nicolas, wiesz w stylu Faramir i Boromir.
- O! To byłoby super! - rozpromienił się Mikołaj - Dlaczego nas tak Matka nie nazwała? 
- Może dlatego, że jak nadawała nam imiona to nie miała pięciu lat - pospieszył Tomek z odpowiedzią. 
- Albo Lancelot i Percewal? - fantazjował dalej Mikołaj.
- A może Artur i Merlin?
- Tristan i Izolda ładnie brzmi.
- Chciałam tylko zauważyć, że masz brata, a nie siostrę. Ty Tristan, a Tomek Izolda?
Mikołaj popatrzył przez chwilę na brata, jakby zaskoczony, że ten nagle okazał się być bratem a nie siostrą.
- A wyobraża sobie Matka jakby i mnie i Tomka nazwała Elvis?
- ?
- Jakby ktoś zapytał dlaczego tak, to by powiedziała jeden Elvis, bo Presley, a drugi Elvis, bo Costello. 
Potem  posypała się cała litania pomysłów na oryginalne imiona dla dwóch braci. Od Bolka i Lolka, przez Lorenzo i Giuliano, po... Kaina i Abla. 
- O, dobre! Wyobraża sobie Matka tak synów nazwać? 

Od Kaina i Abla zeszło na piekło i tak wróciliśmy znów do tematów poważniejszych. Nim kolacja dobiegła końca rozprawialiśmy o dantejskich kręgach piekieł. 

Ale teraz już weekend za pasem i na mnie czas, więc aby nie przeciągać wywodu, napiszę tylko: pięknego dnia! Pięknego weekendu!

Ps. Ja o swoim imieniu poprzynudzam pewnie za kilka dnia. 

NAZWAĆ to po włosku CHIAMARE (wym. kiamare)
  

rozmowy

Poezja i malarstwo - małżeństwo doskonałe

wtorek, października 25, 2022

Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech

Zaczęło się od tego, że kiedy pojechałam ostatnio do Florencji, Tomek poprosił mnie o tomik poezji. Nie miał na myśli nikogo konkretnego, ale dał pewne wytyczne - "abstrakcja, ale nie surrealizm, może trochę coś jak teksty De Andrè..."
Przekazałam taki opis panu w informacji w księgarni Feltrinelli, ale ten zmarszczył czoło i tylko się zafrasował na tak trudne zadanie. 

Szczerze mówiąc byłam pewna, że zaproponuje Dino Campana, a wtedy mogłabym się "pochwalić", że jak ktoś jest z Marradi to Dino zna na pamięć, ale taka propozycja nie padła. Zamiast tego mężczyzna podsunął mi pod nos japońską poezję Haiku, ale o tej rozmawialiśmy już z Tomkiem wcześniej i ta bardziej odpowiadała moim gustom niż jego, więc odstawiłam książkę na półkę. 

- To już nie kombinuj. Jest Whitman? - powiedział Tomek, kiedy zadzwoniłam skonsultować zakup. 
- Jest. 
Zapłaciłam za włosko - angielski tomik Walta Whitmana i poszłam na peron 17, a całe to zajście stało się potem przyczynkiem do bardzo inspirującej dyskusji.

- Ten pan w księgarni mógł zaproponować Dino Campana.
- I byłam pewna, że tak zrobi. 
- Campana jest świetny.
- Tak, do mnie też bardzo przemawia. 
- A gdyby jego poezja była obrazem, to czyje malarstwo ci tu pasuje? Czyja twórczość malarska jest odbiciem jego poezji? - zapytał Tomek.  
- Przecież to Chagall - odpowiedziałam bez cienia namysłu i tak to się zaczęło. Chyba przez godzinę "bawiliśmy" się malarstwem i poezją oraz prozą, a zabawa ta przeciągnęła się jeszcze na kolejny wieczór.
- De Andrè to Bo Bartlett, ale niektóre z jego tekstów to też van Gogh 
- A Pascoli to Silvestro Lega.
- A Munch to Kafka, tylko Kafka nie jest poetą...
 
Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech

Następnego dnia.
- Wiesz co, myślałem jeszcze nad tą poezją...
- Ja też! 
- I tak się zastanawiam, że Silvestro Lega to jednak Verga, a Pascoli to bardziej Jean-François Millet. 
- Oczywiście! Lega to Verga bez dwóch zdań. A Pascoli mógłby być też Chełmońskim.
- Nie znam. 
Tu pokazałam Tomkowi kilka propozycji Google, a przy okazji odkryłam, że reprodukcja obrazu, która wisiała w moim rodzinnym domu to właśnie Millet!

- Nadal jednak nie mogę znaleźć poezji odpowiadającej malarstwu Moneta. 
- A zastanawiałaś się kiedyś, co twoje pisanie odzwierciedla? Bo ja to ... (niestety ten fragment naszej rozmowy został przez Tomka ocenzurowany)!
- Ciekawe! Tak, ty to rzeczywiście..... A ja... A ja... Wiesz co... chyba moje pisanie to trochę Monet.
- Też tak uważam. Takie przyziemne. 
- Słucham? Moje pisanie przyziemne?
- Piszesz przecież o tych kwiatkach swoich. Przyziemne - w sensie, że takie normalne.
- No tak, tylko rozpływa się wszystko w świetle takim czy innym albo jest owiane mgiełką... Tak, zdecydowanie identyfikuję się z obrazami Moneta.

- Niektórzy poeci są "łatwi". Turner to przecież Leopardi.
- A Łempicka? A Rubens? 
- A Hopper?
- Właśnie... mój ulubiony Hopper....
- Georges Braque  to T.S. Elliot.
- A Piekło Dantego to Beksiński - dodał od siebie Mikołaj.
- Hemingway to Winslow Homer!

A potem zrobiła się późna godzina i chłopcy wyszli do szkoły. Szkoda. Moglibyśmy się tak bawić i bawić. Może przy kolacji ta zabawa będzie miała kolejny ciąg dalszy... Bardzo to inspirujące konfrontować swoje luźne skojarzenia ze skojarzeniami innych.
Pięknego dnia!

 KOJARZYĆ, połączyć coś z czymś to po włosku ASSOCIARE (wym. assocziare)

Zdjęcia, żeby lepiej wczuć się w malarski klimat z muzeum w Rouen.

Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech
Dom z Kamienia blog o życiu we Włoszech

rozmowy

Chwile najcenniejsze - rozmowy z synem

czwartek, stycznia 28, 2021


 - Wiesz... mam nową uczennicę na włoski - mówię do Mikołaja przy obiedzie. We wtorki jadamy we dwoje, bo Tomek ma więcej lekcji.
- A lubi samurajów? - Mikołaj podnosi głowę znad talerza.
- Nie mam pojęcia!
- A Wikingów?
- A skąd ja mam wiedzieć?! 
- A pandy?
- Czy ty zwariowałeś? Co mnie to obchodzi?
- A goryle? 
- Mikołaj! Ja uczę włoskiego i nie pytam o takie rzeczy!
- To o czym wy rozmawiacie???? 
- Pytam na przykład skąd ktoś jest...
- No dobrze pani jest z...  i co dalej?
- Dlaczego chce się uczyć włoskiego...
- Pewnie dlatego, że kiedy już spotka samuraja będzie z nim chciała porozmawiać po włosku... - Mikołaj odpowiada sam sobie pod nosem.

***
- Serio Elton John jest zakupoholikiem? - pyta znów po chwili, bo akurat dzień wcześniej skończyliśmy oglądać Rocketman. 
- Podobno tak.
- To coś złego? 
- Każdy nałóg jest zły. Po co tyle kupować? 
- Zarobił? Ma dużo pieniędzy? To co komu do tego? Niech sobie robi z nimi co chce! 
- Też prawda, ale wiesz...
- Ja jakbym był bogaty to pojechałbym do Rosji i zrobiłbym sobie prawo jazdy na czołg. A potem kupiłbym sobie czołg.
- ???
- No wiadomo, że bym tu sobie czołgiem nie pojeździł, ale wyobrażasz sobie...? Schodzisz do garażu, a tam czołg?! 
W tym momencie wybucham gromkim śmiechem.
- A co się Matka śmieje? Matka nie wierzy? Ja na serio!
- Wiem i właśnie dlatego się śmieję.

***
- To ja teraz jadę na spacer z Mario, ok?
- Ok.
- Odgrzejesz Tomkowi obiad, ja będę przed piątą, bo jeszcze zakupy muszę zrobić po drodze. 
- A będzie Matka w markecie?
- Pewnie będzie.
- A kupi mi Matka "naczosy"? 
- Mogę ci kupić.
- A Matka wie, kto wynalazł naczosy? 
- Kto?
- Majowie!
- Serio? - wytrzeszczam oczy i zatrzymuję brudne talerze w locie.
- Nie, ale chciałem zobaczyć jaką matka zrobi minę. 

Dzień obudził się szary i zimny. Jakiś taki byle jaki. Ale niech Wam byle jako nie będzie - DOBREGO DNIA. 

CZOŁG to po włosku CARRO ARMATO (wym. karro armato)

rozmowy

A gdyby tak...

sobota, listopada 28, 2020

Biforco, Castellone, Dom z Kamienia blog

- Pusia wyobraź sobie, że jutro budzisz się, a na świecie poza tobą nie ma nikogo. Świat jest taki jak był, ale wszyscy ludzie zniknęli. Co robisz? - takie pytanie rzucił Tomek gdy byliśmy gdzieś w połowie naszej piątkowej wyprawy...
- Najpierw jest mi smutno, że was nie ma. Potem, kiedy już ochłonę zaczynam zabezpieczać sobie prowiant na jak najdłuższe przetrwanie. A ty?
- Ja też. Potem wypuściłbym zwierzęta. Na przykład jakieś krowy zamknięte, psy.
- To i ZOO też trzeba byłoby otworzyć.
- Potem zorganizowałbym sobie broń.
- Po co broń skoro jesteś sam na świecie?
- Jak natura przejmie już cały świat, to żeby bronić się przed dzikimi zwierzętami.
- Świat zdziczałby bardzo szybko. Wystarczy przypomnieć sobie co było wiosną w czasie kwarantanny.


- A gdzie byś Pusia poszła?
- Pochodziłabym po Italii.
- Nie chciałabyś iść dalej??? 
- No dobrze... Pochodziłabym po Europie. Doszłabym nad ocean. Ale najbardziej to jednak po Italii. A ty? 
- Ja poszedłbym zobaczyć strefę 51.
- Najpierw musiałbyś przepłynąć ocean!
- To wybrałbym drogę przez Azję i dostałbym się najpierw na Alaskę. Musiałbym jakiś samochód sobie załatwić. 
- Ciekawe na ile wystarczyłoby paliwa? Pomyśl, że powoli powoli wszystko przestałoby normalnie funkcjonować. 
- Albo konia. Konia to bym sobie wziął na pewno i psa. 
- Może muła i takie coś co ciągną wiesz... coś jak sanie jeśli miałbyś wędrować przez Syberię. 


- Co byś jadł? 
- Od czasu do czasu zabiłbym jakąś krowę.
- Krowa duża. Nie zjadłbyś jej całej. Musiałbyś najwyżej osiąść gdzieś na dłużej, bo bez sensu takie marnotrastwo. Kto wie czy działałby prąd albo przez ile jeszcze czasu działałby bez obsługi ludzi, a zatem może nie miałbyś nawet lodówki. Lepiej już ustrzelić jakąś kaczkę.
- Pusia! Kaczki w życiu bym nie zabił. 


- O! I jeszcze wiesz co Pusia? Wziąłbym sobie z muzeum jakieś znane dzieło sztuki. 
- I co? z Giocondą na tych saniach maszerowałbyś przez Syberię na Alaskę?
- Gioconda za duża. 
- Wcale nie jest duża - rozkładam ręce - o taka mniej więcej. 
- To jednak za duża.
- Mógłbyś sobie wziąć jakiś dzbanek Etrusków na przykład. 
- Dobry pomysł! Choć w sumie... Po co mi taki gadżet skoro i tak nie można go nikomu pokazać?
- Ale z tym muzeum to ciekawe. Można byłoby wejść i wziąć sobie na przykład jakieś piękne zabytkowe odzienie.
- I koronę królowej! 
- Albo ciekawie byłoby sobie pomieszkać w jakimś ładnym palazzo! 
- Trzeba pamiętać Pusia, że nikt by nie czyścił kanałów, więc w miastach szybko zaczęłoby trochę zalewać. 
- Czyli jak zawsze w górach byłoby najlepiej... Popatrz jakie światło. Idziemy, gadamy, ale czy widzisz jak jest pięknie? 
- Widzę Pusia, widzę...

Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog
Marradi - Biforco, Dom z Kamienia blog

Kawa już wystygła, wiem, wiem... Będzie na poobiednią lekturę. Spacer mieliśmy we dwoje tak piękny, że słów brak. I pewnie mogłabym napisać coś więcej, ale czas się znów skrócił. Obiad na kuchni pyrkocze i mam teraz nadzieję na spokojną dalszą część soboty. Jutro opowiem Wam o tym dlaczego nie spałam pół nocy i jak minęło moje spotkanie w gminie. Kciuki w najbliższych dniach tak czy inaczej milo widziane.

Odpoczywajcie!   

NIKOGO NIE MA to po włosku NON C'È NESSUNO (wym. non cze nessuno)

rozmowy

Pierwsze "kwiatki" Mikołaja za Rzeką i kawałek ogrodu

poniedziałek, listopada 09, 2020

Kasia - Dom z Kamienia blog, życie w Toskanii

- Myślę, że niedługo nas zamkną na amen. To chyba nieuniknione.
- O to będziemy sobie już całkiem siedzieć w domu - chłopcom wizja powtórki z wiosennej "rozrywki" wcale nie wydawała się straszna.
- Nie! Tym razem ani myślę. Z tego domu wychodzisz, nikt cię nie widzi, potem sto metrów ulicą i już jesteś w górach. Raz dziennie będziemy robić wyprawę na Castellone.
- Ale dlaczego? 
- Jak dlaczego? Trzeba się ruszać. My szczęśliwie mieszkając w Biforco możemy wędrować bez napotkania żywej duszy, więc nawet gdyby znów ogłosili zamknięcie wszystkiego, z wędrowania nie będziemy rezygnować.
Popatrzyli na mnie przez chwilę wyraźnie nieprzekonani, po czym odezwał się Mikołaj:
- Matka ma teraz taką dużą kuchnię, więc będzie sobie mogła biegać po kuchni. 

Kasia z Domu z Kamienia - blog o życiu w Toskanii

- Co matka woli: goryle czy szympansy? - pyta Mikołaj ni z gruszki ni z pietruszki.
- A ty znowu... Co ja mam woleć? Obojętne mi są.
- Matka nie lubi zwierząt.
- Nie, że Matka nie lubi zwierząt, tylko się nie zastanawia nad takimi wyborami. 
- Smutek. 
- Mikołaj! To tak jak ja bym ciebie pytała czy wolisz... - zastanawiam się przez chwilę nad odpowiednim porównaniem. Nawet Tomek oderwał wzrok od talerza i patrzy na mnie wyczekująco. - Wiem! To tak jakbym ja zapytała: Mikołaj a ty wolisz Nałkowską czy Dąbrowską?
- Dąbrowską! - odpowiada bez chwili wahania. 
- Bo?
- Bo napisała Noce i Dnie. 
Kurtyna.

Kasia z Domu z Kamienia - blog o życiu w Toskanii

W niedzielę prawie udało mi się wytrwać w odpoczynku. Prawie, bo oczywiście coś tam przeniosłam, coś tam spakowałam i rozpakowałam. Nastawiłam też pranie, żeby sprawdzić czy darowana pralka po naprawie działa. Przetestowałam też piekarnik i z radością muszę napisać, że pizza udała się na medal. Wprawdzie składników na niej było mało, bo brakowało tego i owego, ale samo ciasto wyszło koncertowo

Odpocząć też troszkę odpoczęłam, a raczej złapałam chwilowy oddech. Chłopców wyciągnęłam na spacer, wprawdzie nie w góry, tak jak mi się marzyło, tylko do Marradi na ciepłą czekoladę, ale ostatecznie wolałam z nimi do baru, niż sama w góry. Pogoda była jak malowana. Żaden tam listopad tylko październik jak malowany. Słońce, ciepło, feria barw jesiennych w pełnym jeszcze splendorze. 

Aż się prosiło wystawić stół do ogrodu i zjeść obiad pod gołym niebem. Ha! I tu dwa słowa w kwestii ogrodu, bo ktoś zapytał czy w ogóle jest. A zatem już wyjaśniam i na zdjęciach pokazuję skrawki "sprzed domu". 

Jednym z głównych kryteriów wyboru nowego lokum był oczywiście choć skrawek ogrodu. Nie umielibyśmy już inaczej, a sytuacja z pandemią utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że mieć choć maleńki "wybieg" to pełnia szczęścia.
A zatem jest kawałek ogrodu, który należy tylko do nas. Niewielki, choć chyba większy niż przy starym domu. Jest tam wyposadzkowany zakątek z lampą idealny na letnie biesiady. Są murki do poustawiania kwiatów, jest miejsce, by wiosną posadzić pomidory, cukinie, zioła... Jest wszystko co niezbędne. Jak już urządzę wnętrze zajmę się tym co na zewnątrz. W tej chwili na naszym terenie jest tylko jedno małe drzewko - maggiociondolo czyli złotokap. 


Listopad zaczyna drugi tydzień. Od lekcji grafik pęka w szwach. To dobrze. Mam nadzieję, że za dwa, może trzy dni już zakończymy temat przeprowadzki i zaczniemy żyć dawnym, wolniejszym rytmem. Chciałabym znów skupić się na pracy i cieszyć już tylko nowym domem. 

DOBREGO TYGODNIA!

NA ZEWNĄTRZ to po włosku FUORI (wym. fuori)

Ps. Wybaczcie jeśli komuś nie odpowiedziałam jeszcze na wiadomość, czy na komentarz. Czytam wszystkie i bardzo Wam za każde słowo dziękuję, jeszcze tylko czasu brak, by na spokojnie usiąść i nadrobić braki w korespondencji.

spódnica i bluzka: www.madame.com.pl

rozmowy

Rozmów bez końca ciąg dalszy

piątek, czerwca 26, 2020


Uwielbiam nasze rozmowy przy obiedzie. Potrafimy przez cały posiłek uczepić się jednego tematu i wałkować go do zmęczenia. 
Kilka dni temu dyskutowaliśmy na temat imion:

- Gdybym się urodził we Włoszech to jak bym się nazywał?
- Dante!
- O Boże... Dobrze, że urodziłem się w Polsce - Mikołaj przewraca oczami.
- Dante to piękne imię! - bronię swojego pomysłu. - Albo wiem! Michelangelo! - dodaję z entuzjazmem.
- Super... 
- Gdybym miała czterech synów we Włoszech nazwałabym ich imionami artystów: Michelangelo, Donatello, Leonardo i Rafaelo, choć Rafaelo już nie bardzo mi się podoba. 
- Ludzie pomyśleliby, że jesteś fanką żółwi ninja... - skwitował Tomek z przekąsem. 
- Swoją drogą ktoś miał fantazję, by dosyć tandetnej bajce przydać odrobinę finezji przynajmniej imionami bohaterów.
- Pusia założę się, że jednak sporo ludzi nie wie, że żółwie mają imiona włoskich artystów. Na pewno dla dużej części Michelangelo, Donatello, Leonardo i Rafaelo to jednak tylko wojownicze żółwie gadające ze szczurem i zajadające na potęgę pizzę!
- Więcej wiary w ludzi! To jak z tymi imionami? Jakie są wasze propozycje?
Propozycje padały różne od klasycznej Sary, przez równie klasyczne Małgosie - Margherity, od Alessandro przez Marco, na dosyć oryginalnym Boba Fett kończąc... Chyba nie muszę dodawać czyj to był typ.

***
Wczorajsza obiadowa dyskusja skupiła się natomiast wokół hymnów. 
- Najpiękniejszy jest oczywiście hymn włoski! - powtórzyłam enty raz. - I nie dla tego, że jest włoski, tylko dlatego, że jest z przytupem, z ikrą. Zawsze jak go słyszę to się wzruszam. 
- Ja tam lubię hymn Kazachstanu - oświadczył Mikołaj.
- Mówisz o prawdziwym czy o wersji z Borata?
Mikołaj poprosił o podkład muzyczny i zaraz szczerze ubawiony wyśpiewał kilka wersów. Co on robi w wolnym czasie?
- A daj posłuchać hymnu Japonii - poprosił Tomek i tak zaczęliśmy po kolei odsłuchiwać i oceniać hymny najodleglejszych i najmniej nawet znanych państw świata. Ja oczywiście dalej obstawiałam przy najpiękniejszym hymnie włoskim, a Mikołaj uparcie nucił kazachskie wersy.

***
Rozmawiamy przy obiedzie o wszystkim i o niczym. O planach na przyszłość, o Rasputinie, o lotach na Marsa, o tym co chcielibyśmy zobaczyć, gdzie pojechać, o nowym domu, o muzyce dyskotekowej lat dziewięćdziesiątych, o kuchni angielskiej, o różnych nacjach...

- Ciekawe kogo będziesz miał w nowej klasie - powiedziałam do Mikołaja.
- Chciałbym mieć Chińczyka w klasie. 
- Niewykluczone. 
- I Indianina i Meksykanina i Eskimosa - wyliczał dalej Mikołaj.
I tak znów rozmowa obrała ten charakterystyczny dla nas lekko abstrakcyjny, absurdalny kierunek. 

***
- Pusia, a ty na tą wyprawę przez całą Italię to chcesz iść sama?
- Sama. Będę wędrować, zatrzymywać się i pisać. Wy przecież i tak będziecie zajęci swoimi sprawami. 
- Ale tak sama??
- Może na niektórych etapach dołączy do mnie O. jeśli będzie miała czas albo A. jeśli będzie miała siłę.
- A J.? - przypomina Tomek.
- J. też, koniecznie! 

***
- A matka lubi Vergę?
- Nie czytałam nigdy, wstyd. O czym pisał?
- Głównie takie nieszczęśliwe historie.
- O masz! To nie! To ja dziękuję. Wyrosłam na Jankach Muzykantach, dzieciach co do pieca na kilka zdrowasiek pakowali, na Naszych Szkapach i literaturze tego typu mówię zdecydowane nie. Mam traumę po tych lekturach. Życie i tak było ciężkie, a te rzewne historie były jak kopanie leżącego, jak cios pod żebra. 
- Ja tam lubię - bronił swego Mikołaj. - Jak poczytam takie opowieści to rozumiem jaki jestem szczęśliwy. 
- Ja to rozumiem i bez tego...

I tak gadu gadu bez końca, aż nastał piątek. Piątek - weekendu początek i na ten weekend plan mam bardzo ambitny, ale cicho sza! Wszystko w swoim czasie... Tymczasem zapraszam Was do Kuchni na królewskie danie i życzę Wam pięknego dnia!


BEZ KOŃCA - SENZA FINE (wym. senca fine)

rozmowy

Wszystkie imprezy świata i zielone masło

środa, czerwca 10, 2020



- A ty miałaś studniówkę? - zapytał Mikołaj i już nawet nie pamiętam z czego wywiązała się ta cała dyskusja, ale miło było tak sobie bajdurzyć o zupełnie innych sprawach niż te, które zaprzątają teraz głowę.
- Nie, nie miałam. Miałam maturę, ale nigdy studniówki. 
- Dlaczego?
- Bo w tym liceum nie było studniówki... Ale byłam kiedyś na studniówce jako osoba towarzysząca.
- Cool!
- Lepsze to niż nic. I tak sobie myślę, że ja mam chyba pecha do imprez. Dwa śluby i ani jednego wieczoru panieńskiego. Dwoje dzieci i żadnego baby shower.
- A co to? 
- Nie pamiętasz, we "Friendsach" było... - wtrącił się Tomek.
- I po co to...
- Po nic. Ale sam fakt, że nigdy nie miałam... Trzydziestki... czterdziestki... żadnych niespodzianek. Nawet osiemnastki fajnej nie miałam. Sama nigdy nie miałam żadnej imprezy niespodzianki, ale ja wiele takich zorganizowałam. Jeśli więc będziecie mieli ochotę wykombinować coś na moją siedemdziesiątkę to śmiało! Impreza niespodzianka, to było zawsze moje marzenie.
- To już nie będzie niespodzianka, jeśli o tym mówisz. 
- Ja tylko mówię jakie jest moje pragnienie, niespodzianka może być zawsze.
- Jak?
- Mikołaś..., o czym marzysz? 
- O podróży na Marsa.
- To wyobraź sobie, że ja nagle zostaję drugą panią Rowling - milionerką i na trzydzieste urodziny kupuję ci bilet "niespodziankę" na Marsa. To, że o tym teraz mówimy, nie znaczy, że kiedyś cię czymś nie zaskoczę.
- Eeeee... - kręci nosem. - Ja na Marsa to chcę bez biletu!
- Że niby na gapę????
- Jako astronauta! 
- Aaaaa... No dobrze. To był tylko przykład. Rozumiesz?
- Tak, tak... Czy masło może być zielone?
- ???? Chyba jak spleśnieje... Choć nie, masło nie pleśnieje. Ono jełczeje... 


- A ja nie lubię imprez - odzywa się nagle Tomek. 

- Ja też nie. Widzisz przecież, że ja się nigdzie nie włóczę. Nawet na "czterdziestolatkę" zbiorową marradyjczyków mojego pokolenia nie pojechałam... Ale chodzi mi o to, że nigdy nikt specjalnie dla mnie niczego nie zorganizował, nic takiego nigdy nie przeżyłam. Byłoby miło...
- Dlaczego? Być w centrum uwagi? Okropne! - zadziwił się Tomek.
- Przez chwilę tylko...
- Ja tam żadnych imprez nie lubię. 
- Moje, kiedy są turyści to już lubisz. 
- Te lubię, bo nikt mi głowy nie zawraca.


Tacy jesteśmy imprezowi! Tak czy inaczej ustaliliśmy, że na moją siedemdziesiątkę (może osiemdziesiątkę) chłopcy zjadą tu z tej Arizony czy innego zakątka świata albo ja pojadę do nich i będę tę swoją imprezę "niespodziankę" miała. 

- Muszę jednak uczciwie przyznać, że zorganizować coś dla mnie byłoby trudno. Mam radar na niespodzianki. Tylko Tomek potrafi być dyskretny i mnie zmylić.
- Przecież ja ci żadnej imprezy nie zorganizowałem. 
- Imprezy nie, ale ty jesteś bardzo dyplomatyczny, dyskretny i umiesz zachowywać się naturalnie. Mikołaj jak coś kombinuje to mało nie pęknie.
- Pusia, to jak to jest z tym masłem? Może być zielone?


Przy kolacji Mikołaj ogłosił, że o 20.30 ma jeszcze jakąś lekcję. To znaczy jak się potem okazało - nie zwykłą lekcję tylko raczej spotkanie w kwestii końcowej "recity". Ponieważ to wyjątkowy rocznik, bo trzecia klasa, czyli dzieciaki wyruszają już z Marradi do większego świata, żal wszystkim było tego ich występu, tyle miesięcy prób, przygotowań. W tym wypadku rzeczywiście można powiedzieć "to se ne vrati". Dlatego właśnie próbują nauczyciele coś zorganizować, że może ich nagrać, może niech profesjonaliści zrobią z tego film, który zostanie dla potomnych... Zobaczymy. W tej koronawirusowej ciszy przechodzi też na emeryturę jeden z ukochanych nauczycieli marradyjskich dzieciaków - profesor od muzyki. 



Coraz więcej pomidorów na gałązkach, kwitną bakłażany, czekamy na pierwsze ogórki, które rosną w czerwcowych deszczach i w końcu zaczyna kwitnąć też lawenda - motyli i pszczeli raj. Dobrego dnia!

MASŁO to po włosku BURRO 

rozmowy

Bo z uśmiechem lepiej się wygląda...

piątek, maja 15, 2020

Kasia Nowacka Biforco, Dom z Kamienia blog

"Il treno regionale ... proveniente da Faenza e diretto a Firenze Santa Maria Novella... Allontanarsi dalla linea gialla..." - 'Pociąg numer ten i ten, przyjeżdżający z Faenzy i jadący do Florencji... wjedzie na peron taki i siaki (w Biforco nie ma wielkiego wyboru)... Odsunąć się od żółtej linii".

Jak bardzo mi tego brakuje... 

Jeszcze tylko chwila, jeszcze troszkę i znów wsiądę do tego najwspanialszego pociągu świata. Tak się pocieszam. 

Chodziliśmy z Tomkiem po biforkowym peronie w te i we w te. 
- Brakuje ci tych poranków, jeżdżenia do szkoły, pociągu, klasy?
- Nieeee.... 
- Oj weź przyznaj się, przecież klasę masz fajną.
- Klasy trochę mi brakuje, ale wiesz... mnie jest naprawdę dobrze w domu.
Tym razem Tomek sam zaproponował, że pójdzie ze mną na popołudniowy spacer, nim ruszę z drugą turą lekcji. Króciutka przechadzka - do stacji i z powrotem.

Kasia Nowacka Biforco, Dom z Kamienia blog

- Pusia, ale nie rób takiej miny! 
- Jakiej?
- No takiej - wykrzywia komicznie usta.
- Rozluźniam podbródek, bo tak radzi zawsze Ellen.
- Ale co to jest? - Znów mnie przedrzeźnia, z buzią cuda wyczynia, że to niby ja tak robię. - Uśmiechnij się Pusia normalnie. Jak człowiek się uśmiechnie to od razu lepiej wygląda.
Z tego wszystkiego zaczynam się śmiać jak głupia. Na szczęście na stacji oprócz nas nie ma nikogo.


Niebo przez cały dzień było zachmurzone. W dusznym powietrzu wisiała zapowiedź deszczu. Ten jednak - jak na dobrze wychowany majowy deszcz przyszedł w nocy. Rankiem niebo było jeszcze zachmurzone, a od jednej strony upudrowane na rudo. To pewnie ten pył z Sahary, o którym pisali. 
Brzydki miał być tylko poranek, a tymczasem zerwał się wiatr i dalej zacina. Mam nadzieję, że weekend uraczy nas dobrą aurą, bo ja znów muszę w góry. Po rekordowych ilościach godzin przed komputerem, moje nogi domagają się kamieni, galestro, szlaku, kilometrów.

Marradyjczycy zacierają ręce, bo te nocne majowe deszcze i wyjątkowe ciepło mogą przynieść pierwszą falę grzybów. Mieć wiosnę dookoła i grzyby na talerzu to jak wygrana na loterii! 


Wczoraj zasmucił mnie tekst, który przeczytałam w sieci. Dotyczył sytuacji we Florencji - sytuacji powirusowej, otwierania muzeów, żalu restauratorów, braku turystów. Z samego posiadania tego ogromu sztuki nie da się wyżyć, jeśli nie przyjedzie nikt, by to piękno podziwiać. 
Ja mam zamiar znaleźć czas w przyszłym tygodniu, by odwiedzić toskańską stolicę. Oczywiście nic Florencji po moim zachwycie, ale potrzebuję tego prawie tak samo jak gór. Co tu dużo mówić - stęskniłam się za Medyceuszami, Michelangelo, Botticellim, za Brunelleschim i jego kopułą, za widokiem z San Miniato, za ogrodem róż, za Santa Croce... 


Miejmy nadzieję, że z tej całej sytuacji wyjdziemy cało - i zdrowotnie i ekonomicznie. Tymczasem kolejny majowy weekend już prawie na starcie. Weekend wyjątkowy, w czasie którego mój piękny chłopak (jeden z dwóch) zdmuchnie 14 świeczek. 
DOBREGO POŁUDNIA i reszty dnia!!!!

PERON to po włoski BINARIO