goście

Efekt motyla

wtorek, lipca 11, 2017


I znów myślę sobie, że to wszystko jest jak w kolorowym kalejdoskopie, że trudno nie zgodzić się z teorią o "efekcie motyla", że to wszystko jest jak koronkowy, misternie upleciony łańcuch przyczynowo skutkowy, w którym trudno się połapać, ale w którym nic nie dzieje się bez przyczyny. Kiedyś się nad tym nie zastanawiałam, kiedyś w ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy, bo głowa tkwiła w pół uśpieniu, jakby pracowała na minimalnych obrotach. 
Jednak od kilku lat kiedy "TO" wszystko zaczęło się dziać - blog, Toskania, lekcje, zdjęcia, goście, Turyści - uświadomiłam sobie, że nawet to, przez co waliłam głową w ścianę, nawet zmartwienia odbierające nocą sen, nawet to, co zdawało się przekleństwem, nie wydarzyło się bez powodu. To wszystko miało swój sens. Potrzeba było czasu, aby to dostrzec i zrozumieć.  


Czas z Gośćmi wypełnia nam dni. Znów zdradzamy sekrety Santerno, zasiadamy razem przy stole, spacerujemy albo do ciemnej nocy siedzimy przy winie, a baju baj o życiu snuje się i snuje.


Goście naprowadzają na nowe zagadki do rozwiązania, pokazują odkryte przez siebie imponujące kamienne domy. Tajemniczy ogród, kaplica, nieznane, niewidziane.  Muszę się dowiedzieć, jaka historia kryje się za kamiennym murem.


A poza tym Palazzuolo już przygotowuje się powoli do średniowiecznych fest. Jeśli za dwa tygodnie będziecie w okolicy, zajrzyjcie do tego średniowiecznego miasteczka. Spektakl jedyny w swoim rodzaju…


11 lipca. Staram się nie myśleć o tym, że lipiec zbliża się do półmetka… Skupiam się na tym co przyniesie dziś. Motyl znów zatrzepocze skrzydłami i kolorowe szkiełka jeszcze raz się przesypią…
Dobrego dnia!
ZBLIŻAĆ SIĘ to znaczy AVVICINARSI (wym. awwiczinarsi)

dzieci

O szkolnej rodzinie, ludziach i przypadku...

poniedziałek, czerwca 12, 2017


Wakacje mamy już od trzech dni, a ja nie przestaję pisać o szkole… Tak czy inaczej obiecuję, że to będzie ostatni albo może przedostatni - bo przed nami jeszcze "świadectwa" - wpis dedykowany szkolnym tematom. Potem do połowy września cisza …
Powtórzeń nie uniknę, a tak szczerze mówiąc to mogłabym przekopiować wpis sprzed dwóch lat albo nawet ten sprzed roku, zmieniając tylko miejsce akcji. Dzieci nam się starzeją, ale niektóre rzeczy pozostają takie same - wciąż dbamy o klasowe tradycje i zakończenie roku musiało mieć też swoją festę "nieoficjalną". Znów spotkaliśmy się na boisku w sąsiednim miasteczku. Znów były śmiechy, tańce, mecze, piłka nożna i siatkówka, wojna na wodę, połowy kijanek, prosecco i stół zastawiony przysmakami. Nie zabrakło oczywiście nauczycielek, a co za tym idzie kolejnych wzruszeń, łez i ściśniętego gardła... 

Dzieci zobaczyły maestry.

Jeszcze wieczorem, nim wybiła północ na telefonie wyświetlały się kolejne wiadomości - jak to nam dobrze razem, że my to prawie jak rodzina, każdy od siebie dziękował za tak niezwykły dzień.

Następne pokolenie
a poza tym bez zmian...

Zerknęłam na wpis sprzed dwóch lat i aż uśmiechnęłam się sama do siebie. Dzieci z wózeczkiem… Tamto niemowlę dziś jest już samodzielnie spacerującą panienką, ale pojawiło się za to następne. Przedszkolaki, kiedyś maluchy, od września usiądą w ławkach na miejscu klasy Mikołaja. To właśnie dzieci uświadamiają człowiekowi upływ czasu… Ale poza tym, wszystko zdaje się bez zmian! A ja wciąż powtarzam - szczęściem są ludzie...

Wojna na wodę - klasyka.
Niech żyją wakacje!
Tańce, hulanki swawole.


Piękny to był dzień choć zaczął się bardzo nieszczęśliwie…
Dojechaliśmy na boisko jako jedni z pierwszych. Nie zdążyliśmy nawet nakryć do stołu, kiedy dało się słyszeć ostre hamowanie, klakson i potężny huk. Pobiegliśmy natychmiast na drogę zobaczyć co się stało. Na pobliskim skrzyżowaniu zderzyły się dwa samochody. Nie będę opisywać drastycznych detali, bo sama takie sytuacje wałkuję w sobie przez długie dni. Tylko jedna refleksja… Byliśmy na miejscu wypadku jako jedni z pierwszych, a wśród nas  fizjoterapeutka, dwóch strażaków i jeden były strażak. Uczestnicy wypadku w całym tym nieszczęściu mieli też odrobinę szczęścia… Czy życiem rządzi przypadek, czy to wszystko jest jakoś zaplanowane? Ostatnio często zadaję sobie to pytanie…

WYPADEK to po włosku INCIDENTE (wym. inczidente)

blog

Nic nie zdarza się przypadkiem...

niedziela, lutego 26, 2017


Sobota była przedziwnym dniem… Niby nie zrobiliśmy nic wielkiego, a jednak tyle drobniutkich jak kolorowe ceramiczne odłamki chwil złożyło się na to, że zwykły dzień zamienił się w barwny niczym raweńskie mozaiki obraz... Myślałam o tym nawet dziś rano, nim jeszcze otworzyłam oczy… Powtórzę kolejny raz: życie jak pudełko czekoladek... 


Sobotni ranek to zawsze czas na wspólne lenistwo. Zazwyczaj smażę górę naleśników, a potem zjadamy je w łóżku oglądając jakieś głupoty. Uwielbiamy to! Nikt nam tego nie zabierze! Tak też było i tym razem. Nim jednak oddaliśmy się naszym sobotnim rytuałom i zanim największy śpioch świata - czytaj Tomek - uchylił oko, razem z Mikołajem zaplątałam się w archiwach mojego własnego bloga…
- Pokażesz mi pierwszy wpis.
- Oooo pamiętam ten dom!
- A to pamiętasz? - przewróciłam kilka wirtualnych stron.
- Nie…
- A to? 
- Też nie…. Oooo nasze mecze w Lutirano pamiętam!!!


-  … A to kto?
- Francesco.
Mikołaj wytrzeszcza oczy.
- I Mario miał włosy…
- Wszyscy się zmieniliśmy. Wy najbardziej.
- Pokaż te, gdzie byłem malutki.


- A to łąki Casaglia, tam bałeś się wiatru, pamiętasz? 
- Coś chyba pamiętam.
- A potem pojechaliśmy do Crespino na "festę dello stinco" (święto golonki) i tam była taka dziewczynka Letizia…
- Nie pamiętam.
- Chciała się z wami bawić. 
Przeglądając z Mikołajem stare zdjęcia i artykuły, uświadomiłam sobie po raz kolejny jak niezwykłą kroniką stał się ten blog dla moich dzieci. Zapisem codzienności. Zapisem dni smutnych i radosnych, opowieścią o ich dorastaniu. Nawet ja sama wielu drobniejszych chwil już nie pamiętam… Wszyscy się zmieniliśmy i nie chodzi mi jedynie o dorastanie czy starzenie się...


Idealna sobota musi pomieścić w sobie również leniwy spacer… Wyszliśmy więc przed południem do Maradi po drobne zakupy i zaraz za progiem przywitały nas pierwsze krokusy! Moje własne!!! Głupi kwiatek, a tyle radości!!! 
Poza zakupami, mieliśmy też ważną misję - znaleźć perukę dla Mikołaja na niedzielny bal. Tu nie było, tam też nie, ten nie ma, ani tamten. Już prawie straciłam nadzieję … Po drodze wstąpiliśmy do baru, bowiem przyszła mi do głowy jeszcze jedna osoba, która mogłaby nas poratować. Niestety peruki ani ani, ale za to okazało się, że do moich kolejnych dwóch zdjęć została przyczepiona kartka "venduto". Aż mi się oczy zaśmiały - i z radości i z chwilowego przypływu zadowolenia z siebie samej. 


- Halooo! Jest tu ktoś? - Stałam na scenie marradyjskiego teatru i próbowałam przekrzyczeć muzykę i hałasy. 
Odpowiedzialna za teatralne kostiumy Lally na szczęście była jeszcze w garderobie. Zastaliśmy ją między wieszakami, kapeluszami, strojami mnichów i księżniczek. 
- Łaaał …. - Tomek z wrażenia otworzył buzię. 
- Twój świat, prawda? 
- Kiedy będę mógł do nich dołączyć?
- Myślę, że już nadszedł czas…
Obładowani zakupami z czarną peruką, a nawet dwoma pod pachą wracaliśmy spacerem do domu zachwycając się coraz śmielej mrugającymi wśród traw fiori di san Giuseppe.  
- Co chcecie na obiad? Kupiłam dużo warzyw.
- Może być pasta z brokułami i kurczakiem? Nasza ulubiona.


- Przynajmniej będzie coś na blog - pomyślałam. - Tego chyba jeszcze nie publikowałam…
Brokuły do wody … siup. Foto. Kurczak nożem ciach ciach. Foto. Smażenie, podlewanie, mieszanie. Foto. Cała dokumentacja z przygotowania potrawy była prawie gotowa. Na stół wjechał pachnący apetycznie rondelek. Zaczęłam nakładać penne na talerze i wtedy naszły mnie wątpliwości.
- A czy ja tego przypadkiem już nie publikowałam???
- No pewnie, że tak! - Tomek natychmiast pozbawił mnie złudzeń. 
- To po co ja te zdjęcia robię!?? - Odłożyłam aparat na bok nie fotografując efektu końcowego, po czym dziś rano, kiedy artykuł się pisał, zerknęłam dla pewności do archiwum Kuchni. Kurczaka z brokułami nie ma! Szlag! Zdjęcia końcowego też nie… No cóż następnym razem.  
Na pocieszenie ukręciłam ciasto! Pyszne! Z jabłkami i amaretti! Po przepis wpadnijcie później. 

***
A potem albo w tak zwanym międzyczasie - już mi się wszystko w tej głowie plącze - zadzwonił Mario.
- Lume a merz w Popolano to nie dzisiaj!
- Jak to nie dzisiaj?
- Gdzie ty widziałaś datę?
- Na plakatach… Tak mi się zdaje…
- To widocznie źle widziałaś. To we wtorek.
- Cudownie. Bella figura! Już się prawie z połową Marradi umówiłam tam wieczorem. Wspaniale! 


Tak naprawdę jednak ucieszyłam się, że światło dla marca miało zapłonąć we wtorek, a nie w sobotni wieczór, po południu bowiem miała odwiedzić mnie Contessa z Lexem. Bez planów na wieczór przynajmniej nie musieliśmy się nigdzie spieszyć. I tu już opada kurtyna… 
Tym razem niezwykle inspirujące, podnoszące na duchu, pełne pasji i szczerości rozmowy które wypełniły nam czas do wieczora zostawię dla siebie. Będę powtarzać jak mantrę, że życie jest przedziwne i przedziwnie splata nam ścieżki. Im dłużej żyję tym bardziej utwierdza się we mnie przekonanie, że nic nie zdarza się przypadkiem…

PRZYPADKIEM to znaczy PER CASO (wym. per kazo)   

Brisighella

Piękna wypadkowa nieprzewidzianych zdarzeń

środa, listopada 11, 2015


Tyle już na blogu słów poświęciłam przypadkowemu odkrywaniu miejsc, że po wczorajszym dniu najchętniej nic bym dziś nie pisała. Zostawiłabym tylko zdjęcia z jednym słowem komentarza - przypadek. 


Pojechaliśmy do Faenzy w celach absolutnie niewycieczkowych i nierelaksacyjnych. Sam cel tak naprawdę  w ogóle do przyjemnych nie należał. Kiedy jednak swoje odbębniliśmy - padła propozycja: a może o coś "zahaczymy", masz coś na myśli tu blisko, skoro do 16.00 zostało nam trochę czasu?
Wyjątkowo na myśli nic nie miałam, poza tym zaległości w domu i nawał obowiązków sprawiły, że tym razem rozsądek wziął górę. - Wracamy do Marradi. 


Czasem jednak dzieje się tak, że wtrącą się inne moce, siła wyższa, przeznaczenie, czy właśnie tak zwany przypadek i niespodzianki następują jedna po drugiej, znów czyniąc codzienność bardzo niecodzienną.


Traf chciał, że zaraz za Brisighellą coś się stało. Przejazd kolejowy był zamknięty, a korek w dwie strony powiększał się z każdą minutą. Niewiele myśląc, wycofaliśmy się w kierunku Brisighelli, by znaleźć najdogodniejszy objazd. Przyszła mi wtedy do głowy droga, którą przejechaliśmy - też przypadkiem - w jedno z wczesnoletnich popołudni. Mieliśmy wspiąć się tak jak wtedy, na sam szczyt, zjechać do sąsiedniej doliny i wrócić do domu przez Modiglianę. Jednak już po pierwszym kilometrze, zorientowałam się, że droga, na której się znaleźliśmy wcale nie była tą, którą miałam na myśli. I już mieliśmy zawrócić, bo podziurawiony jak ementaler asfalt zwęził się do granic możliwości i zaczęłam szczerze wątpić, czy taką drogą w ogóle gdziekolwiek dojedziemy, kiedy nagle wjechaliśmy w oliwne gaje, w których trwały zbiory...


- Oliwki zbierają!! Ale super!!! - nie mogłam się nacieszyć! 
Tak, tak, to słynna egzaltacja, ale tak już mam. Choć myślę, że te zbocza Romagnii, krajobrazowo bardziej przypominające Toskanię, porośnięte gajami zielono - srebrzystymi, ze słońcem listopadowym przemykającym między drobnymi listkami, zachwyciłyby też innych, nawet bardziej powściągliwych. 


Kiedy po kilku zarośniętych zakrętach, nakrapianych pomarańczowymi kaki, wyjechaliśmy na odkrytą przestrzeń, było jeszcze ładniej. Jesienne winnice, niemal bezlistne, paleta listopadowych kolorów, sosny, cyprysy, malownicze poderi ...  Potrzeba zimnej krwi, by się nad tym nie wzruszyć.




Oliwkowe zbiory nie były jedyną niespodzianką, jaka czekała na tej przypadkowej drodze. Na szczycie, spośród starych drzew wyłonił się nagle fragment fortyfikacji. Kamienne mury oblepione były poczerwieniałym bluszczem. Nie sposób było obojętnie pojechać dalej.  


Fragment murów obecnie należący do rozległej posiadłości agroturystycznej jest pozostałością średniowiecznej fortyfikacji. Nie udało mi się wyśledzić nic więcej z jej historii. Zanotowałam tylko drobną ciekawostkę - choć znajdowaliśmy się w Romagnii, na ziemi widniał też symbol Toskanii.   


Może to był odpowiedni moment, wyjątkowo miękkie światło, może wysokość słońca, a może kolor liści, w każdym razie miejsce podobne do wielu innych w Italii, wydało się niezwykłe. Machnęłam już ręką, na obowiązki, które czekały w domu i błogosławiłam w duszy korek, zamknięty przejazd i moją pomyłkę. 
Kiedy już sfotografowaliśmy każdą kratę, okienko, schodek i liść, ruszyliśmy dalej. A po około kilkuset metrach niespodziewanie przeniosłam się do Puglii, Basilicaty, na Sardynię - jednym słowem na południe... 


Dlaczego? Otóż takie obrazki jak poniższej dla tych właśnie regionów są niemal jak emblemat, klasyka, stały punkt ruchomego krajobrazu. Tuż przed nami pasterz przeganiał owce na drogą stronę drogi. Popatrzył na mnie spokojnie i tylko się uśmiechnął, kiedy jak oparzona wyskoczyłam z samochodu i wycelowałam w jego stado mój obiektyw. Taki obrazek w Romagnii to zjawisko dość niezwykłe. 
Jesienne winnice, zbiór oliwek, średniowieczna forteca i jeszcze owce na drodze, tyle bodźcow, inspiracji, kadrów zachowanych w głowie, wszystko to widziałam w jedno popołudnie. Ot, wypadkowa kilku nieprzewidzianych zdarzeń, przypadek... czy to nie jest fascynujące? 

PRZYPADEK to po włosku CASO (wym. kazo)