blog

Gdzie rzuci nas los, nieprzypadkowe spotkanie i jedno GRAZIE

piątek, lipca 12, 2019


- A gdzie wy byście chcieli zamieszkać na stałe w przyszłości? - zapytałam chłopców, kiedy wracaliśmy z wieczornych lodów. - Tak na stałe, po wszystkich uniwersyteckich i młodzieńczych wojażach. 
- Hm... Jeszcze nie wiem. Myślałem o pustyni w Australii - zaczął Tomek. - To znaczy jakaś taka mała osada z dala od cywilizacji albo może w Arizonie, też oczywiście poza wielkim światem... O! Jeszcze Dakota powinna mi się podobać.
- Czyli inny kontynent? 
- No tak... Italia nie, bo spędzę w niej pół dzieciństwa i całe "nastolęctwo", więc trzeba coś zmienić. We Francji nie, bo jednak nie mógłbym ciągle mówić po francusku. W Anglii też nie, bo przecież studia i doktorat to w sumie z 10 lat i to wystarczy. Jeszcze Boston mógłby być, bo tam chciałbym w przyszłości wykładać. 
- A po co ci doktorat? - wtrącił Mikołaj. - Chcesz, żeby ludzie się do ciebie zwracali doktor Nowacki? 
- A ty Mikołajku? Gdzie byś osiadł? 
- Na pewno w Europie. Francja nie, bo też nie mógłbym ciągle gadać po francusku, choć z drugiej strony bajerancko byłoby mieć dookoła cały ten gotyk. Może Niemcy? Albo Norwegia! Wróciłbym do korzeni, do wikingów! 
- Drogie jest życie w Norwegii. 
- Ale wszyscy mówią, że żyje się dobrze - skwitował główny zainteresowany. 
- Żeby żyło ci się dobrze, wiesz ile musisz mieć pieniędzy? - w Tomku obudził się zdrowy rozsądek. 
- A ty czemu chcesz wyjechać z Europy? Mamusiu powiedz mu, żeby został w Europie.
- Nie mogę mu tego powiedzieć... Każdy ma swoje życie i swoje marzenia do spełnienia. Babcia też na pewno nie była szczęśliwa, że wyprowadzam się do Włoch, ale nigdy mi nic nie powiedziała. 
- Była na ciebie zła? 
- Nie powiedziałam, że była zła, ale na pewno wolałaby mieć nas bliżej. 
- Wiem, wiem - szczęście dziecka jest najważniejsze, ale powiedz, żeby Tomek został w Europie!


- Perełko zrobisz nam zdjęcie? - proszę Mikołaja.
- Nieeee, znowu muszę być jak turysta. 
- Nie jak turysta! Tak tylko dla nas, na pamiątkę.
Robi nam w końcu to zdjęcie: 


W południe przy drzwiach rozległo się ciche pukanie. Wyjrzałam natychmiast zaciekawiona, któż to taki. Na tarasie stała uśmiechnięta kobieta, która zaraz nieśmiało zapytała czy ja to ja.
Pani Aniu to było niezwykłe spotkanie, krótkie, ale bardzo wzruszające. Bardzo dziękuję za te kilka minut i za ciepły, serdeczny uścisk. 
Już dawno nie zdarzyło się, żeby jakiś Czytelnik zapukał do moich drzwi. Tym bardziej więc jestem poruszona, kiedy coś takiego ma miejsce. Takie chwile uświadamiają mi, że to całe pisanie, to nasze życie opowiadane codziennie w słowach i w obrazkach towarzyszy tylu osobom przy porannej kawie, w czasie przerwy w pracy, przy popołudniowym relaksie, czy też jest wieczorną lekturą zanim zmorzy sen. Bardzo dziękuję za każdy komentarz, za spotkania w realu, za nadłożone kilometry tylko po to, żeby się ze mną przywitać. 

A jeśli jesteśmy przy podziękowaniach, to dziś jeszcze jedno grazie. Wielkie GRAZIE mówię mojemu bratu, który zadbał o to, by po latach i moja Mama mogła codziennie do śniadania cieszyć się lekturą Domu z Kamienia. Cześć Mamuś i smacznego! Smacznego wszystkim, którzy przy śniadaniu, a pozostałym DOBREGO DNIA! 

ODJECHAĆ - to po włosku ANDARE VIA (wym. andare wia)

Bologna

Bolońskie oczarowanie lipcowych Gości

wtorek, lipca 09, 2019


Przy jednym z barowych stolików siedział siwy, wąsaty mężczyzna. Trudno było zgadnąć czy jest miejscowym czy też turystą, ani torby, ani aparatu na szyi, ani innych znaków szczególnych... Lubię obserwować ludzi, lubię dopisywać im historie, wyobrażać sobie o czym w danej chwili myślą. Pomyślałam, że starszy pan mógłby być na przykład pisarzem... Chcę myśleć, że był nim naprawdę.
Dopiliśmy naszą kawę na Santo Stefano i zaraz ruszyliśmy do bazyliki o tej samej nazwie znanej bardziej jako "Sette chiese". Siwy mężczyzna z nieodgadnionymi myślami pozostał przy swoim stoliku. 


Wybudowany na resztkach pogańskiej świątyni poświęconej bogini Izydzie kompleks siedmiu kościołów jest według mnie najbardziej niezwykłym miejscem Bolonii. Przeobrażał się wraz z mijaniem wieków począwszy od piątego stulecia. Legenda mówi, że papieżowi Celestynowi I objawił się we śnie święty Piotr i przykazał mu wyświęcić Petroniusza na biskupa Bolonii. 
Petronio porzucił swoje ułożone, wygodne życie i przyjął święcenia. Życie mnicha zdołał poznać wcześniej, bo też pod okiem mnichów pobierał nauki. Przez długi czas jako pustelnik medytował na egipskich pustyniach i wiele razy odwiedził Jerozolimę i Grób Pański. Do Bolonii wrócił ze zdobytymi w czasie podróży relikwiami, w tym najcenniejsza - część Krzyża Świętego, kupiona - jak twierdzą złośliwi - za "ciężkie" złoto od saraceńskich handlarzy i w swoim mieście postanowił dla wiernych odtworzyć wiernie Santo Sepolcro


Nie wiem czy słowo magia pasuje do takiego miejsca, ale trudno mi je inaczej opisać. Santo Stefano to miejsce niezwykłe. To miejsce, z którego nie ma się ochoty wychodzić. To miejsce, które porusza w duszy najdelikatniejsze struny... Wrócę tam wkrótce z chłopcami, bo wiem że i oni to poczują, ten zachwyt, zdumienie, oczarowanie. Wtedy napiszę trochę więcej. Dziś czas znów się skurczył i muszę biec dalej.


Zdaje się, że Goście byli zachwyceni. Prawdziwie oczarowani nie tylko Santo Stefano, ale i całym miastem. La Dotta, La Rossa, La Grassa - różnie Bolonię nazywają, tak czy inaczej nie ulega wątpliwości, że Bolonia zachwyca na wielu płaszczyznach. Oczy, dusza, podniebienie... 
Bolonia mami wszystkie zmysły. Żal mi tylko, że tak wiele jeszcze nie udało mi się Gościom pokazać, ale może będzie to tylko jeden argument więcej, by w nasze strony powrócić? Ceglastą Bolonię zdecydowanie łatwiej pokochać niż spektakularną, renesansową Florencję. Florencja wymaga cierpliwości i czasu. Bolonia już od progu bierze człowieka w ramiona! 


 ŚWIĘTY GRÓB to SANTO SEPOLCRO (wym. santo sepolcro)

ludzie

Podróż NIEZWYKŁA, pełna uprzejmości - EPILOG

sobota, czerwca 29, 2019


Nasza krótka podróż trwała zaledwie mgnienie oka, ale za to obfitowała w wiele pozytywnych emocji. Zobaczyliśmy zobaczyliśmy dużo wspaniałych miejsc, wiele się nowego nauczyliśmy, posmakowaliśmy prawdziwych rarytasów, ale tak naprawdę, to co sprawia, że uśmiecham się na wspomnienie tych dwóch dni, to ludzie, którzy przewinęli się w tle. Właściciele b&b w Trebiano, kelner w trattorii w Le Grazie, bileterka w Portovenere, starsza pani w Pietrasanta, przechodzień z psem w Livorno... 
Ludzie.

Czym byłaby podróż, gdyby nie spotkania z ludźmi? Przecież to właśnie osoby napotkane po drodze, osoby napotkane przypadkiem mogą uczynić z naszej podróży wyjątkową przygodę. My Polacy jesteśmy zamkniętym narodem. Oczywiście generalizuję, bo nie wszyscy są tacy sami, ale...  
Nie wdajemy się spontanicznie w pogawędki. Żeby zaczepić kogoś obcego i zapytać o drogę, musimy najpierw porządnie pobłądzić. Nie lubimy rozmawiać z nieznajomymi, nie zagadujemy barmana w barze, ani staruszka siedzącego samotnie na ławce. Może ze strachu, może z nieśmiałości, a może ze zwyczajnego braku potrzeby bycia z drugim człowiekiem... 
Mnie - dawniej osobę chorobliwie nieśmiałą, zamkniętą hermetycznie w swoim własnym świecie - otwartości nauczyli Włosi. 
Teraz uwielbiam i czasem sama prowokuję krótkie rozmowy z nieznajomymi czy to w barze, czy w pociągu, czy na ulicy, a Włosi reagują bardzo serdecznie, bo jak mało kto lubią być z drugim człowiekiem. 
Ta wylewność Włochów w czasie naszej podróży, ta radość z krótkiej, przypadkowej konwersacji dały mi wiele do myślenia. 

A teraz basta! To była chyba najdłuższa relacja w historii  bloga odnosząca się do jednego wydarzenia. Niektórzy z Was myśleli, że nasze wakacje trwały dłużej, ale tak wcale nie było. To naprawdę tylko dwa dni. Dwa niezapomniane dni. 
Zapraszam Was do obejrzenia fotograficznych wspomnień Mikołaja na jego profilu na instagramie.

***
Przez te wszystkie dni, kiedy zajęta byłam opowiadaniem o podróży, wiele się działo. Już jutro opowiem wam o "intruzie", który zabezpieczał nasze pranie, o wodzie świętego Jana, z magii której wszyscy domownicy w tym roku postanowili skorzystać, o nowych Gościach, którzy cieszą się od kilku dni urokiem Marradi i okolic i o tym jak to moje skromne nazwisko pojawiło się na łamach głównego toskańskiego dziennika...  

ZAMKNIĘTA to po włosku CHIUSA (wym. kiuza)

Boccaccio

Podróż NIEZWYKŁA, pełna uprzejmości - Akt VI - Certaldo, cebula i Boccaccio

piątek, czerwca 28, 2019


„Jak zapewne słyszałyście o tym, Certaldo jest małym miasteczkiem, należącym do florenckich dziedzin, a położonym w dolinie Elsy. Chocia gród to niewielki, kiedyś jednak zamożni i szlachetni obywatele go zamieszkiwali. Co rok zwykł był tutaj przez długi czas kazać mnich z zakonu Św. Antoniego, nazwiskiem brat Cipolla, znajdował tu bowiem zawsze dobrą paszę. Zbierał on hojne od głupców jałmużny i doznawał zawsze dobrego przyjęcia, może nie mniej dla nazwiska swego niż dla pobożności, okolice bowiem Certaldo wydają cebulę sławną na całą Toskanię..."
/Giovanni Boccaccio, Dekameron/ 


- Jakie ładne!
- Co?
- Gacie! - odpowiedziałam entuzjastycznie zatrzymując się w bramie prowadzącej do miasteczka z wycelowanym w górę nikonem. - Cudne gacie...
- Weź Pusia - upomniał Tomek. - Ludzie się na ciebie patrzą.
- To niech się patrzą! Co to gaciami już się nie można zachwycać.
Cudne gacie były pierwszą rzeczą jaką sfotografowałam w Certaldo. A nie! Przepraszam. Pierwsza była panna młoda wyraźnie czymś zakłopotana, co dało się wywnioskować ze strzępków ożywionej rozmowy prowadzonej prawdopodobnie ojcem.
Cudne gacie były zaraz potem.


A jeszcze potem... potem... był tylko zachwyt. Zachwyt nad wszystkim ... Nad czerwienią domów, nad ciszą i spokojem, nad widokiem z wieży domu Boccaccio, nad przemiłym bileterem, który też dał zniżkę, bo w jednym z obiektów jakaś para szykowała się do ślubu, więc nasze zwiedzanie musiało być ciut przyspieszone, zachwyt nad smakiem wyjątkowych lodów, nad widokiem staruszka siedzącego przy studni, zachwyt nad freskami i napisami na murach, zachwyt nad średniowiecznymi pantoflami. 


Gdzie urodził się Boccaccio - jeden z włoskich wieszczów - tego dokładnie nie wiadomo. Jest pewne natomiast, że swe ostatnie lata spędził w Certaldo, w tym samym domu, gdzie dziś znajduje się muzeum. Tutaj też pod koniec XIV wieku zmarł. Dekameron brzmiał gdzieś w mojej głowie od podstawówki. Brzmiał jako tytuł, ale treści już dawno uleciały, o ile w ogóle kiedykolwiek rozumnie zostały przyswojone. 
Nawet Tomek nie bardzo je pamiętał i sam na głos zapytał: 
- O czym jest Dekameron?
I tak znów Mikołaj stał się naszym przewodnikiem i skarbnicą wiedzy.


Mikołaj:
Decameron został napisany przez Boccaccio między 1348 i 1351. Boccaccio wyruszał z Ravenny do Florencji, bo miał tam jakieś interesy, ale wtedy w Florencji była Peste Nera więc Boccaccio wyruszał na wieś koło Florencji i znalazł opuszczoną Willę, gdzie się schował z innymi dziewięcioma osobami i co wieczór każdy z nich opowiadał jakąś opowieść i dlatego to się nazywa Decameron, bo codziennie opowiadali 10 opowieści a dni było 10 więc wychodzą 100 opowieści.


Byłam przekonana, że Certaldo będzie zatłoczone niemal tak jak San Gimignano. Szczere więc było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że "tłum" w miasteczku robili jedynie weselni goście. Jako że było to sobotnie popołudnie, w Certaldo odbywały się dwa śluby. 
W tym wszystkim nas - turystów była zaledwie garstka. 
Można do "starego" Certaldo dojechać kolejką jak na Gubałówkę, ale można też dotrzeć samochodem i bezpośrednio pod murami miasta zaparkować. My wybraliśmy ten drugi sposób, bo i droga z oddali prezentowała się nęcąco. 
Certaldo okazało się pięknym dopełnieniem naszych arcykrótkich wakacji. Znów uprzejmość, znów pozytywne zaskoczenie, kolejne miejsce, które zostanie w sercu na zawsze... 
To był już ostatni akt naszej NIEZWYKŁEJ wyprawy. Do napisania pozostał jeszcze epilog.

Dom Boccaccia po bombardowaniu w czasie II wojny światowej
Polskie wydanie Dekamerona
 
Mugello wita nas letnim oberwaniem chmury.
 CEBULA to po włosku CIPOLLA (wym. czipolla)