odpoczynek

Jedenaście godzin

niedziela, listopada 14, 2021

Dom z Kamienia jesień w Marradi

Jedenaście godzin...
W sobotnie popołudnie pożegnałam się z Renią, uporządkowałam z grubsza dom powarsztatowo i poszłam na króciutki spacer. Byłam zmęczona - przyjemnie zmęczona, ale choć te kilka kroków było mi potrzebne. Kiedy wróciłam zabrałam się zaraz za ostatnie poprawki przy ślubnych wrześniowych zdjęciach, bo bałam się, że granica cierpliwości Państwa Młodych może mieć jednak swoje granice. Przy którymś kadrze poczułam jak powieki robią się coraz bardziej ołowiane. Odstawiłam więc komputer i zarządziłam wcześniejszą kolację, bo czułam już, że do zwyczajowej pory zwyczajnie nie doczekam. 

Zjadłam ostatkiem sił, z resztkami przytomności, dziubiąc niemal nosem w talerz i zaraz wskoczyłam w piżamę. Nim wybiła 20.0o spałam już w najlepsze. Przebudził mnie dzwoniący telefon. Na wyświetlaczu pokazało się "Mama", ale miałam wrażenie, że jestem gdzieś daleko daleko, w sennych zaświatach i nie mam nawet siły odebrać. Przekręciłam się na drugi bok i spałam dalej. Spałam i spałam...
Jedenaście godzin...

Takie coś zdarza mi się raz, może dwa razy do roku. Czułam już od tygodni jak permanentny brak wyspania się puchnie we mnie i pęcznieje jak balon. I ten balon dziś pękł. 
Jedenaście cudownych godzin. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam ta wyspana. 

Ranek marradyjski urodził się mokry od deszczu. Uporałam się już z częścią zadań na ten weekend. Zdjęcia już wszystkie powędrowały do Nowożeńców. Teraz jeszcze czeka mnie długa praca przy książce - kilka tekstów do przeredagowania, przygotowanie lekcji na cały tydzień i dalsze odgruzowywanie mieszkania. Mam jednak zamiar polenić się też odrobinę. Bardzo mi tego potrzeba. Jak się tak wnikliwie zastanowić, to ostatnie pół roku było prawdziwą polką galopką. 

Niech to będzie dobry i owocny dzień, nawet jeśli tym owocem będzie w tym wypadku słodkie lenistwo. 

JEDENAŚCIE to po włosku UNDICI (wym. undiczi)

ja

Kiedy cichną cykady ...

sobota, sierpnia 31, 2019


Woda jeszcze taka ciepła, a piasek wciąż palący, zupełnie jakby wakacje i lato były gdzieś na półmetku... Dzień kojący, spokojny, bez najmniejszego "muszę". Przez jeden dzień od dawna nic nie musiałam... Piątek był dniem, w którym ewentualnie MOGŁAM - mogłam nic nie chcieć albo chcieć, mogłam leżeć w słońcu i tylko przewracać się z boku na bok, mogłam sączyć chłodne spumante w plażowym barze, mogłam biegać wzdłuż plaży, wpadać z impetem do morza, mogłam przesypywać piasek między palcami, mogłam patrzeć spod na pół przymkniętych powiek na kąpiących się chłopców, na horyzont, na dryfującego dmuchanego jednorożca... Przez cały jeden dzień MOGŁAM, a nie musiałam. Przez cały jeden dzień słońce, piasek i woda rozpieszczały mnie z największą czułością. Zupełnie jakby lato, które odchodzi chciało się ze mną pożegnać najczulej jak można. Z czułością, od której aż ściska w gardle...

To "mogłam", to lenistwo, to ciepło, to wszystko razem działało intensywnie na wszystkie zmysły. Już dawno nie było mi tak dobrze... Tak dobrze, bez żadnego, najmniejszego nawet ale... Są takie dni, które z jakiegoś powodu zapadają w serce. Ten takim był, choć przecież nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. 

Tymczasem to już ostatni sierpniowy weekend i ostatnie sierpniowe morze. I dziś też będziemy celebrować ostatni sierpniowy dzień, tym razem domowo, ogrodowo i kulinarnie. Upał trzymać ma nas w objęciach do jutra. Za nim niestety idzie deszcz i choć może upał jeszcze do nas wróci, bo jednak szerokość geograficzna do czegoś zobowiązuje, to jednak nie da się zaprzeczyć, że ... lato, moje ukochane lato właśnie się kończy. 
Cykady dobrze o tym wiedzą - ich granie nagle umilkło...


 LATO SIĘ KOŃCZY to po włosku L'ESTATE STA FINENDO (wym. lestate sta finendo)

kuchnia

Zbieranina czwartkowych drobiazgów

piątek, września 14, 2018


Na tarasie dosuszają się pikantne papryczki. Ponoć mają moc, tak wiosną zapewniał ogrodnik! W doniczkach dosuszają się mimo moich szczerych chęci różowe pelargonie. Wynędzniałe i wymęczone po lecie, bo teraz kiedy wrzesień na półmetku i moje myśli krążą wokół ważnych spraw, czasem zapominam o wodzie. Na przekór wszystkiemu natomiast zaczyna kwitnąć krzak pomidorów - samosiejka przyklejona do cytrynowego drzewka. Pogoda w tym tygodniu była taka, że jeszcze kilka razy między tym wszystkim udało mi się zalec na moich eleganckich "paletach" i łapać ostatnie letnie słońce. 


W czwartek po południu przyszła A. i zadbała o Tomka włosy przed licealnym startem. Wygląda teraz tak pięknie, że sama nie mogę się nadziwić jego metamorfozą! Nasze zachwyty skomentował cichym grazie i onieśmielonym uśmiechem. 
Potem znów zjawił się człowiek od remontu i zapowiedział, że nazajutrz rozpoczyna pracę przy drzwiach. Mam nadzieję, że jak już wrócę z... będę miło zaskoczona. 
Wpadła też z krótkimi odwiedzinami Tina, żeby porozmawiać o niedzieli. Ona również chce zobaczyć żywe obrazy. Oczywiście zagadałyśmy się też na temat domu i śmiać mi się chce, bo do tej pory wszyscy niemo śledzili moje poczynania, moje poszukiwania, a teraz jak mówię, że zostaję tu gdzie jestem, to radość z każdych ust wybija. 


Chłopcom zachciało się pieczonych cannelloni z ricottą i szpinakiem. Przystałam z radością na propozycję, bo czas najwyższy był wypróbować piękne naczynie, które dostałam od Gości w prezencie. Makaron wyszedł obłędny i do tego jak wspaniale się prezentował!!! P. i K. jeszcze raz dziękuję. 
Rozpieściliście mnie w tym roku podarkami do nieprzyzwoitości. Powinnam zrobić osobny wpis, ale nie wiem czy to wypada. W każdym razie dziękuję Wam wszystkim z całego serca za tyle cudności!!!


Przez cały czwartek co chwilę dokładałam do kupki ułożonej na fotelu kolejne gadżety. To samo robił Mario. "Kto wie co jeszcze może się przydać?" - komentowaliśmy za każdym razem. O. dzwoniła i głos miała radosny, a ja mam nadzieję, że tak już będzie do końca. 
Czas gna. Zimą ten dzień wydawał się tak odległy, jakby miał nadejść za całe lata świetlne. Po drodze tyle problemów, tyle nieprzewidzianego, że w pewnym momencie pomyślałam - "to się chyba nie uda..." Tymczasem szast prast nadszedł ten dzień... 
Nic więcej dziś nie zdradzę, tylko poproszę: potrzymacie kciuki?

ps. Jutrzejszy post na pewno nie ukaże się bladym świtem, więc proszę o odrobinę tolerancji. Mam nadzieję, że będę mogła pokazać coś pięknego.

lipiec

Lato motyli

poniedziałek, lipca 16, 2018


Lipiec... 
Lipiec jak każdego roku chłodzi nogi w rzece, maluje pola złotymi belami słomy, uśmiecha się słonecznikami, pachnie lawendą, rumieni bignonią oplatającą słupy i ogrodzenia, smakuje arbuzem, melonem, brzoskwiniami, mami słuch cykaniem cykad, graniem świerszczy, a czasem straszy burzą po upalnym, parnym dniu... 
A lipiec 2018 to już w ogóle fenomen! 


Nad polami, nad łąkami unoszą się całe roje motyli ... W życiu jak świat światem nikt tutaj nic podobnego nie widział. Nie pięć, nie dziesięć, nie sto, a właśnie całe chmary. Nawet na fb ktoś pisał ostatnio - "widzieliście w tym roku motyle? Co za cudo!"
Nie mogłam uchwycić tego na zdjęciu, w pełnym słońcu promienie odbijały się od ich białych, mieniących się skrzydełek. Trzeba sobie wyobrazić, że powyżej każda plamka, każdy nawet najmniejszy biały punkcik to motyl. Mam nadzieję, że przynajmniej nagranie do letniego filmiku wyszło dobrze.
Zdecydowanie to lato można nazwać latem motyli.

typowa toskańska posiadłość
Bignonia
rośliny pnące południe Europy

W sobotę i w niedzielę schodzimy nad rzekę. W niedzielę to już w ogóle rozpusta, bo znosimy sobie nawet poduszki, żeby nam wygodniej było na kamienistym brzegu i torbę schłodzonych brzoskwiń, żeby wypełnić buzię lipcową słodyczą. Moczymy nogi w rzece, czytamy, gramy, a chłopcy spacerują rzecznym korytem na "Wyspę Jacksona". Jest tak dobrze. Pewnie prawdziwych wakacji i w tym roku mieć nie będziemy, ale na szczęście umiemy cieszyć się drobiazgami. To na teraz musi wystarczyć.  

MUSI WYSTARCZYĆ to po włosku DEVE BASTARE (wym. dewe bastare)

fiume Lamone a Biforco

festa dello sport

Chwila dla siebie

czwartek, maja 25, 2017


Kiedy w niedzielę jechaliśmy nad Santerno rozglądałam się dookoła chłonąc każdy detal. Zauroczona, zachwycona światem i latem. Już nie wiosną, a właśnie latem, które tak nam się pięknie rozpanoszyło. Przejeżdżaliśmy obok kamiennych domostw, przy których ani żywej duszy tylko kaczki, kury i mugellańskie koguciki przechadzały się leniwym krokiem. Ach… móc tak żyć… Na tych oddalonych od dzisiejszego, zwariowanego świata ziemiach latem pachnących miętą i ginestre, mieć swój własny kamienny dom, nawet kaczkę i kogucika! Jakby to było pięknie…


Gdzieniegdzie jakieś się jednak życie sączyło, leniwe bo leniwe, ale zawsze to życie. Tam ktoś z pelargonii listki suche obrywał, inny psa tarmosił, a jeszcze inna kobieta to siedziała i tak bezczelnie, bez skrępowania … nic nie robiła. Rozsiadła się na leżaczku jak królowa w cieniu wielkiego drzewa, z książką w ręku, z błogim wyrazem twarzy, nawet z nogami bezwstydnie opartymi na drugim leżaku… Ta to ma dobrze - pomyślałam… A zaraz potem "olśniło mnie", że przecież teoretycznie ja też bym TAK mogła, przynajmniej od czasu do czasu…
Mam taki miły taras i rzekę w dole i drzewko cytrynowe tak mi ładnie teraz pachnie… Jednym słowem - warunki są. Dlaczego nie miałabym spróbować? Czy jest ktoś, komu odpoczynek zaszkodził? Tak bardzo pozazdrościłam tej kobiecie, że sama sobie obiecałam od czasu do znaleźć choć chwilę na relaks, chwilę dla siebie, chwilę "nicnierobiącą", "nicniemuszącą"...


Po ostatnich przebojach zdrowotnych, naprawdę staram się zwolnić. Taki codzienny galop burzy ład w głowie, wszystko mi się plącze, daty mylą, ciągle o czymś zapominam. Na "watsapie" ktoś napisał wiadomość - jesteś jutro? Jestem gdzie??? - zdziwiłam się w duchu, ale zaraz przezornie zerknęłam na rozkład jazdy Festa dello sport i dotarło do mnie, że otwierająca ją passeggiata, jest w czwartek, a nie w piątek, o czym byłam przekonana! 


A zatem już dziś zaczynają się w Marradi sportowe atrakcje, które potrwają do 2 czerwca. Będę ganiać z aparatem jak wariat, ale tak jak obiecałam nie mam zamiaru zapomnieć o przystankach dla siebie samej. Choćby tylko kilka minut na kawę, tak jak wczoraj kiedy szukałam inspiracji do domowego menu. A jeśli chodzi o kuchnię, obiecuję, że zaraz ożyje. Materiał już jest bogaty, bowiem sporo dobroci pojawiło się ostatnio na naszym stole, brak tylko czasu na blogowe opracowanie.


I na koniec przechwałki! Popatrzcie! Już na krzakach dyndają pierwsze pomidory!!! Dobrego czwartku!!!


MOGŁABYM to po włosku POTREI (wym. potrei)

contessa

"Tak mam" i majowe drobiazgi

sobota, maja 20, 2017


Rok mógłby dla mnie składać się z sześciu miesięcy… W ten sposób każdy z tych miesięcy rozciągnąłby się na dni sześćdziesiąt... - filozofowałam sobie wczoraj idąc do Marradi. Mnie zima do niczego nie jest potrzebna. Tak mi dobrze w cieple, zieleni i kwiatach. Nastrój melancholijny mnie ogarnął. - Zaraz znów wakacje - pomyślałam - a rok szkolny przecież dopiero co się zaczął…. Podziwiałam gęste korony ukochanych lip... Już za chwilę, już za moment ich słodki zapach zacznie się ulatniać… Taki piękny ten maj, takie piękne są majowe "czekania". Czekanie na lato, na wakacje, na upał, na otwarcie basenu i na kwitnięcie lip oczywiście...
Zatrzymałam się, zadarłam głowę do góry i wzięłam głęboki wdech, żeby sprawdzić czy to przypadkiem nie już… 
Szłam wolno, wolniusieńko... Muszę odzyskać siły, które zabrały mi ostatnie dni. 
- Mamusiu odwołaj lekcje - prosił Tomek. - Odpocznij. 
- Nie mogłaś zadzwonić i powiedzieć, że potrzebujesz podjechać do sklepu? Przecież bym cię zawiózł! - ganił Mario. 
Tak mam… ja zwyczajnie nie umiem odpocząć! I nawet po przebojach ze zdrowiem, jak tylko największe boleści przeszły i gorączka nieco spadła, zaraz wróciłam do stałych aktywności i obowiązków. Tyle tylko, że wszystko wolniej, dużo wolniej, bo tych sił właśnie brak.   

W Marradi spotkałam Contessę. Popatrzyłam na nią z daleka i pomyślałam, że ona zawsze jest taka piękna i stylowa… Z tym się trzeba urodzić. Przywitałyśmy się wylewnie, a ja w kilku słowach zdałam relacje z tego co u mnie, bo trochę czasu od naszego ostatniego spotkania minęło. 
- Popatrz co mam! - Contessa przesunęła się odrobinę wraz z krzesłem, na którym siedziała.
- O mamo! To wasze???? 
- Nasze. Już dawno chcieliśmy wziąć psa, no to wzięliśmy… dwa!
- Jakie cudo!! Chłopcy oszaleją! Ten jeden to przecież owczarek australijski!
- Mieszaniec. Z rodziców border coli i australiano.
- Aaa to widać, że jedno bardziej podobne do mamy, a drugie do taty.  
Szczeniaki jak puchate maskotki leżały przytulone do chłodnych kamieni korzystając z tej odrobiny cienia jaką dawało krzesło Contessy. Piękny obrazek. Pasują do siebie. Wszyscy czworo. 

Przed nami weekend bez planów. Weekend, w którym muszę spróbować odpocząć, bo następny wolny weekend będzie nie wiadomo kiedy… Już za tydzień rusza festa dello sport a wraz z nią cała masa atrakcji! Jeśli jesteście w okolicy zajrzyjcie do Marradi! 

POWOLI  to po wlosku LENTAMENTE (wym. lentamente) 

nicnierobienie

Oczy widzą i weekendowe nicnierobienie

sobota, marca 18, 2017


- Mamusiu jak to dziwnie jest tak dobrze widzieć. - Tomek rozgląda się po pokoju i testuje swój wzrok wspomagany nowymi soczewkami. Czyta z oddali najdrobniejsze napisy, nawet tytuły na książkach, coś co jeszcze kilka dni temu było niemożliwością i radość ma z tego nieprawdopodobną.
Znów patrzę w te piękne oczy i cieszę się razem z nim. 
- Nie przeszkadzają ci? - pytam z niedowierzaniem ignoranta, dla którego "mieć coś w oku" jest rzeczą niewyobrażalną.
- Nie, nie. Coś ty!
- Już coraz lepiej idzie ci zakładanie. 
- Dziwnie mi tak dobrze widzieć i nie mieć okularów na nosie.
- Ale okulary też robimy, nie możesz mieć tylko szkieł. 
- Czy według ciebie ładniej wyglądam w okularach czy bez?
- Ty ładnie wyglądasz i w okularach i bez. 
- A ja myślę, że jednak bez...


U optyka spędziliśmy prawie dwie godziny na testowaniu, sprawdzaniu, przymierzaniu i przede wszystkim na instruowaniu Tomka jak się postępuje z soczewkami, jak się je zakłada, zdejmuje, dba o higienę ecc… Okazało się, że zakładanie wcale nie było takie proste jak mogłoby się wydawać, ale z każdą kolejną próbą szło coraz sprawniej. 
- Ciesz się, że nie urodziłeś się kilka dziesięcioleci temu.
- Dlaczego?
- Bo byłbyś skazany na okulary jak denka od butelek, a tak możesz nosić soczewki, a okulary są śliczne i szkła mają cieniutkie.
Rozglądał się po salonie szczęśliwy, jak ktoś kto nagle odzyskał wzrok...


Za nami ciężki tydzień, ciężki z wielu powodów. Zbyt wiele spraw się nawarstwiło, złe wiadomości podcięły skrzydła, ale wciąż powtarzam sobie - będzie dobrze, musi być!  
W piątkowy wieczór zasiedliśmy do stołu, na który wjechała domowa pizza. Nie musiałam gotować! Nie musiałam nawet kiwnąć palcem… Jak dobrze… 
A teraz dwa dni oddechu. Planów brak, może coś spontanicznie urodzi się w trakcie. A może będą tylko lody i zwykły spacer… Dziś nic nie musimy, nigdzie się nie spieszymy, jedyny konkretny plan - to nowy przepis do przetestowania na obiad… Powinnam umyć okna, powinnam zrobić milion innych rzeczy, ale dziś tak bardzo mi się nie chce i pozwolę sobie temu niechceniu rozgościć się na te dwa dni. Dobrego weekendu!!! 

Jedno słowo od Tomka: Dziękuję!

NIE MAM OCHOTY to po włosku NON HO VOGLIA (wym. non o volia)

głowa

Weekendowe wytchnienia

sobota, marca 04, 2017


Piątek wieczór, sobota rano i jej przedpołudnie, chwile wytchnienia, momenty na poskładanie myśli. Niech dziś ten czas  na moment zwolni. Na chwilę przestawię się na niższy bieg, tylko na chwilę, bo wiem, że głowa i tak zaraz wpadnie w ten sam wir. Muszę zrobić to, a mogłabym zrobić jeszcze tamto i tamto… i tak dalej i tak dalej...
Tomek siada obok i trajkocze o wszystkim, co mu na język przyjdzie. 
- Pozwól mi chwilę odsapnąć. Jestem taka zmęczona. Głowę mam kwadratową! 
- Jesteś Minecraft. 
Jestem Minecraft...
- Nie martw się jutro ci pomożemy!


Weekend zapowiada się kolorowo. I mam nadzieję, że da mi porządny zastrzyk energii.   Pójdziemy na spacer, na lody, wyczaruję coś w kuchni, Mikołaj rozegra mecz, zjemy kolację z Contessą i jej mężem, a w niedzielę? Niedziela jest na tą chwilę jedną wielką niewiadomą. Planów aż nadto i który z nich wygra… Któż to wie! A może do tego czasu, zupełnie poza konkurencją zrodzi się kolejny… 

Najważniejsze, że jest wiosna i coraz śmielej ptasim trelem szwargocze, pąki magnolii otwiera, zaczyna różowić się kwiatami brzoskwiniowych drzew, ciepłe kapoty każe schować do szafy, jeszcze tylko kilka chwili i otworzę skrzynię z białymi sukienkami...

***
Miałam nadzieję, że odpowiem już na Wasze pytania odnośnie kalendarium Marradi i okolic. Niestety jeszcze nie zostało opublikowane, więc proszę o odrobinę cierpliwości. Mam nadzieję, że to kwestia dni i zakładka na blogu natychmiast zostanie uaktualniona.

Dobrej soboty Wam życzę, koniecznie na niższym biegu!

KTO WIE - to po włosku CHISSA' (kissa)



Marradi

Kiedy już niebo na stałe się rozpogodzi

środa, lutego 01, 2017


Słońca jak na lekarstwo, chmury jak ołowiana powłoka, tylko na temperaturę narzekać nie można. Dziesięć stopni na plusie nawet w nocy, to wynik więcej niż zadowalający. Ale z szarym niebem to może i lepiej, przynajmniej nic nie kusi, nie ciągnie na dwór bez powodu, zew nie pcha w góry… Poza tym co konieczne, czego przeskoczyć, ani odłożyć na bok nie sposób, staram się jeszcze trochę odpocząć. Jeszcze nie pędzę, gnam, nie gonię. Wolniutko stopa za stopą, z częstymi przystankami. 
Z daleka widzę sąsiada i już sobie wyobrażam, że zaraz znów będzie żartował i śmiał się, że w takim tempie to 100km del Passatore w życiu nie pokonam. Ale tym razem o ultramaratonie nie wspomina ani słowem.
- Buongiorno!
- Buongiorno!
- Co ciekawego opowiesz? 
- Ciekawego (myślę sobie o grypie, ale o czym tu opowiadać)? Wszystko dobrze… A u ciebie?
- Dobrze, dobrze, ale zawsze mogłoby być lepiej, nie? - śmieje się rubasznie.
- Prawda!

***
Bardzo mi zależy, by od weekendu być w formie. Bardzo, bardzo! Oto bowiem już w piątek ktoś do Marradi powróci i przez kilka dni będziemy razem przemierzać toskańskie i "romagnolskie" ścieżki. Aż chce się skakać z radości! Nie mogę się doczekać! To będzie bardzo intensywny czas i zdjęć zbiorę pewnie tyle, że przez miesiąc będę mogła opowiadać o tym, co widziałam, gdzie byłam i kogo spotkałam… 

Wszystko to będzie wielką przyjemnością, ale też jednocześnie przygotowaniem do nowego sezonu. Niektórzy z Was już wakacje zaplanowali, w moim kalendarzu pojawiły się pierwsze notki turystyczne. Bardzo się na ten czas cieszę, bo pomoc w organizacji wakacji to jedno z moich ulubionych zajęć. W tym roku zadebiutuję też w organizacji nie tylko urlopów ale i "wielkich" wydarzeń. To powinien być bardzo kolorowy sezon. 

Czekam na kalendarium Marradi i okolic. Jeszcze przez kilka tygodni trwa karnawał, potem zaraz światło dla marca, złoty wieczór na placu i tak dalej i tak dalej przez koncerty, smaki, mercatini i stralunaty … Będzie się dużo działo - wierzcie mi na słowo! Wkrótce uzupełnię też braki w zakładkach, o których mi ostatnio przypomnieliście. Mam nadzieję, że tak jak i w zeszłym roku tak i w tym uda mi się być "Kusicielką w słusznej sprawie" i grono wielbicieli Marradi, Mugello i Domu z Kamienia znów nieco się powiększy…

WOLNIUTKO to znaczy PIANISSIMO (wym.pianissimo)

festa

Ostatnia wakacyjna prosta

piątek, września 09, 2016



Jak sobie pomyślę, że oto przed nami ostatni wakacyjny weekend to najzwyczajniej w świecie mam ochotę rozpłakać się jak dziecko, a przecież to nie ja muszę wrócić do szkoły. Czuję żal, że znów coś się kończy, że to wszystko co było, to było i nie wróci … Ech! Żeby tak móc cofnąć czas do 10 czerwca do godziny 12, kiedy wszyscy odjeżdżali spod szkoły z rękami na klaksonach! 
Wczoraj było podsumowanie turystyczne, dziś więc czas na takie bardziej prywatne, osobiste, czyli kilka słów o tym, gdzie nam się udało zawitać, gdzie wybawić, co zjeść. 
Przede wszystkim widzieliśmy całkiem sporo…
W czerwcu zakochałam się bez pamięci Portovenere, objechaliśmy tyle o ile Cinque Terre, pozostając jednak sceptyczni co do tego, czy to jest miejsce dla nas. Przejechaliśmy w zachwycie przez Dolinę Elsy i Orci, zatrzymując się to tu to tam. Potem wywiało nas do Marche i z otwartymi buziami, zadartymi głowami podziwialiśmy Gola di Furlo. I na koniec wreszcie Rzym i Umbria i Bolsena … Może o czymś zapomniałam, ale to i tak całkiem sporo, jak na kogoś kto wakacje organizował innym, a sam praktycznie ich nie miał. Byliśmy wszak aż w sześciu regionach Włoch!

prywatne rzeki szemranie

Kilka razy wyskoczyliśmy nad morze, nad rzekę, nad wodospad. Po górach chodziliśmy niewiele, bo pogoda skwiercząca upałem raczej do tego nie zachęcała.
Bawiliśmy się na wielu festach i prywatnych przyjęciach. Casa di Santa Barbara, jak też i kamienny dom Contessy tętniły życiem i nie raz przy stole było gwarno jak na włoskim filmie. Była i muzyka w gaju kasztanowym i średniowiecze w Palazzuolo i golonka w Crespino, piwo w San Martino, jak co roku do Marradi powróciły streghe, a o mojej podróży na taczce jeszcze długo będzie się mówić. Wieczory wypełniły się muzyką, spotkaniami, teatrem i wspólną zabawą. 
W leniwe dni chłopcy pływali na tratwie po Lamone, ja przysiadałam na kamiennym brzegu rzeki, by zaczerpnąć razem z nimi chwilowej beztroski, popisać albo przez moment zwyczajnie nic nie robić. Lodów w tym roku zjedliśmy bez liku, choć jeśli o mnie chodzi słodkość w wafelku częściej zastępował kieliszek orzeźwiającego spritza… 
W kuchni też sporo się działo, a efekty tego będzie widać na blogu w następnych dniach. Ogródek wydaje ostatnie plony, jeżyn urodzaj, tak samo brzoskwiń i orzechów, tylko migdałowi przed kamiennym domkiem coś się w tym roku stało niedobrego…

Casa di Santa Barbara jeszcze w soczystej zieleni początku lata

A zatem przed nami ostatni wakacyjny weekend 2016…  a już dziś wieczorem kolejna festa! "Wieczór biało niebieski" - czyli otwarcie sezonu klubu sportowego, będzie muzyka, jedzenie i zabawa. Na niedzielę też mamy atrakcyjny plan. Za tydzień w Modiglianie feste dell'Ottocento i kolejne żywe obrazy! I tak dalej i tak dalej… a potem kasztany, trufle, polenta … A ja znów po cichu będę odliczać do wiosny … 

POTEM to po włosku DOPO (wym. dopo)

Marynowana cukinia - już dziś w Kuchni kamiennego domu



dzieci

Nad rzeką, która jest...

czwartek, lipca 21, 2016



- A ty się jej pytałaś o zgodę?
- Kogo? Jaką zgodę?
- No ją!
- Kaczkę??
- No wiesz… fotografujesz ją i dzieci, umieścisz zaraz na blogu, a może sobie nie życzy? - Mikołaj uśmiecha się zadowolony z żartu. 
- Masz rację! Powinnam zapytać! 



- Smutny jestem - uśmiech zaraz znika i oczy robią się szkliste. 
- Dlaczego? 
- No wiesz…
- Bo goście wyjechali?
- Tak.
- Wiem, że ci przykro, ale nie możesz się teraz smucić w nieskończoność. Ciesz się, że mieliście wspólny czas! Popatrz na Tomka, on już zajęty jest swoją zabawą. 



Tomek podnosi wzrok znad figurek.
- Ja się nie smucę, bo ja wiem, że wrócą! 
- O! I takie podejście bardzo mi się podoba!
- Chodźcie zróbmy sobie zdjęcie! Popatrzcie jak nam tu dobrze. Mamy naszą rzekę pod samym domem…





Rano na ogrodzeniu przy moim domu zawisła torba, a w niej książka, literacka broszura z nowościami wydawniczymi i jeszcze mały symboliczny drobiazg. Było też kilka słów, ale te zostawię dla siebie… 
- Jak tylko uporam się z lekcjami, a wy przygotujecie pokój i ogarniecie chaos w domu, pójdziemy nad rzekę i będziemy się tylko lenić - zarządziłam jak generał. - Mam książkę i nie zawaham się jej użyć! 

Jak powiedziałam tak się stało …



Kiedy byłam mała, na wakacje jeździliśmy do naszego skromnego działkowego domu pod Warszawą. To były czasy pięknego dzieciństwa. Moje najmilsze małe wspomnienia. Wymyślaliśmy tysiące zabaw, zawsze mieliśmy tyle pomysłów i fantazji. Pamiętam jak za domem, wzdłuż stromych schodków robiliśmy zoo! Przygotowywaliśmy zagrody z patyczków i kamyków, ustawialiśmy w nich małe plastikowe figurki zwierząt, robiliśmy ścieżki dla zwiedzających, dla dekoracji strumyczki i oczka wodne i drzewka z małych gałązek … Jak wspaniale umieliśmy być dziećmi!



Przypomniałam sobie te nasze zabawy, kiedy chłopcy nad rzekę znieśli cały worek swoich figurek. Rozłożyli się na płaskich kamieniach i zaraz fantazję uwolnili, wymyślając najróżniejsze zabawy, poplątane scenariusze. Może i siadają czasem przed komputerem, czy zapatrzą się w telewizor, ale póki co i oni potrafią być dzieckiem naprawdę. Nie znają słowa "nudzić się" i we wszystkim znajdują inspirację.



Patrzę na tę moją rzekę, słucham szumów, szmerów i szeptów, patrzę na kaczkę z dziećmi i na dwa mosty i przypomina mi się film - Nad rzeką której nie ma. I ja też mogłabym tak zatytułować to nasze biforkowe życie, z jedną tylko zmianą - Nad rzeką, która jest… Bo Lamone jest, tak jak i ja tu jestem … Jestem naprawdę…

NAD RZEKĄ to znaczy AL FIUME (wym. nad rzeką)