książki

Gdzie nie ma morza i gdzie Dante mówi dobranoc

poniedziałek, kwietnia 08, 2024

Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc

Plan na niedzielę był tak piękny, że nie tylko bałam się mówić o nim na głos, ale w ogóle bałam się o nim myśleć. Kiedy w czwartkowy wieczór po odwiezieniu Mikołaja do Faenzy wracaliśmy do Marradi, na pytanie Mario - co robimy w weekend, rzuciłam nieśmiało, że może by tak nad morze...?
Mario przyklasnął natychmiast, z radości opiewając mój pomysł poematem. 
A zatem było ustalone - sobota praca, czyli rano lekcje, a po nich sadzenie ziemniaków, niedziela nagroda i morze od rana do wieczora. 
Plan był piękny... 
Był i się zmył.

Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc

Niestety forma Mario w niedzielny poranek nie pozwaliła na dalekie wojażowanie. Morze z planu musiało zostać wygumkowane. Korzystając z wczesnej pobudki - o 9.00 stałam już w progu zwarta i gotowa z ręcznikiem pod pachą, rzuciłam się w wir pracy. Wysłałam resztę lekcji, napisałam kolejny tekst na nową stronę, przygotowałam pokój na przyjazd O., a potem ręcznik upchnęłam w plecaku wraz z Makowym Notesem i książką i podreptałam na nieprzyzwoicie o tej porze ukwieconą łąkę Dyzia.
Choć tyle mojego plażowania...

Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc

Około południa forma Mario zaczęła się poprawiać. Kiedy już poczuł się na siłach, żeby wsiąść do Rangera, ogarnęła go determinacja, aby uratować choć część "plażowej niedzieli". I tak wylądowaliśmy na łące ponad doliną Acerrety przy szałasie myśliwych. 

Pragnienie morza zmiotła zieleń trawy, obfitość kwiatów, cisza i spokój Apeninów. Pragnienie morza rozpłynęło się w niebycie... 

Ustawiliśmy prowizoryczny stolik, zastawiliśmy go najprostszymi na świecie łakociami i zasiedliśmy do uczty. 
- Czego można chcieć więcej? - zapytał Mario patrząc przed siebie, zwieszając rozmarzony wzrok na coraz bardziej zielonych wzgórzach. 

To rzeczywiście pełnia szczęścia. Dobrze, kiedy tą pełnię można osiągnąć takimi prostymi środkami, tak blisko domu... 
- Ale piecze! - Słońce grzało tak mocno, że Mario szybko usunął się w cień - jak ty wytrzymujesz? 
- Ładuję baterie. Jestem jak te jaszczurki. Tak jest mi właśnie dobrze. 

Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc
Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc

Siedzieliśmy na Bufalo do popołudnia, a potem wpadliśmy na pomysł, że skoro już jesteśmy w tej dolinie, to możemy pojechać do Modigliany na lody. Tak też się stało i kiedy siedzieliśmy przy stoliku celebrując kolejny niedzielny przystanek, Mario zaproponował, żeby wrócić do domu przez San Benedetto in Alpe. Tym razem to ja przyklasnęłam z radością, bo po drodze mogliśmy zatrzymać się znów w Bocconi nad widowiskowymi wodospadami!

Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc
Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc
Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc
Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc
Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc
Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc
Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc
Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc

Kiedy po modigliańskich lodach i aperitivo wskoczyliśmy do Rangera, wpadłam na jeszcze jeden pomysł. Ponieważ w bagażniku leżały wszystkie trzy książki, a wśród nich oczywiście Gdzie Dante mówi dobranoc, pomyślałam, że możemy zatrzymać się na chwilę w miejscu, które stało się jej okładką. Cyprysowy fragment drogi znajdował się dokładnie na naszej trasie. 

To ujęcie, mimo swojego toskańskiego uroku wcale nie było moim faworytem, ale większości bardzo się podobało. Mój faworyt wygrał natomiast przy nowych Sekretach i był cichym hołdem złożonym mojemu miejscu na ziemi. 

Z krótkiego przystanku zrobił się przystanek całkiem długi, bo jak już zaczęliśmy fotografować książkę, to potem zainspirowały też inne drobiazgi... 
Dmuchawce, cienie i popołudniowe słońce.

Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc

Wsiedliśmy w końcu znów do Rangera, a Mario przezornie - co do niego niepodobne - zaczął robić obliczenia matematyczne, czy na tej benzynie, która została w baku, dotrzemy do domu. Szybko okazało się, że wybór takiej trasy jest przedsięwzięciem dosyć ryzykownym. Postanowiliśmy zawrócić do Tredozio, zatankować i dopiero pchać się na wysokie przełęcze. 

Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc

Niestety jedyny dystrybutor jaki jest w Tredozio odmawiał współpracy, pożerając jedynie gotówkę, o czym przekonali się przed nami motocykliści, a zatem już nic nowego nie wymyślaliśmy, tylko grzecznie najprostszą drogą ruszyliśmy do Marradi. 

Morza nie było, ale widocznie tak miało być. Niemniej dzień był tak piękny, że piękniejszego być może nie dałoby nawet morze. 

A teraz na starcie staje tydzień pełen zajęć, rollercoaster nabiera rozpędu, będzie gnał i wirował, a zatrzyma się dopiero pod koniec maja. 

Pięknego dnia!

Dziękuję www.madame.com.pl za odświeżenie mojej wiosennej garderoby i zapraszam Was w imieniu Pani Basi do jej sklepu. Już za chwilę pojawią się bardzo kolorowe nowości.  

A ja niezmiennie polecam moje pisanie. Już po samych pytaniach na florenckiej facebookowej grupie, widzę, że Nowe Sekrety Florencji i okolic dotarły tylko do wąskiego grona. Jeśli pomożecie mi rozesłać wieści o nich i o poprzednich książkach w świat będę bardzo, bardzo wdzięczna. 

Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc
Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc
Dom z Kamienia, blog Kasi Nowackiej, Gdzie Dante mówi Dobranoc

 

książki

Lektura pod choinkę

środa, grudnia 16, 2020

Kasia z Domu z Kamienia

Po ostatnim wrześniowym spacerze po Florencji mój Gość podesłał mi informację o pewnej interesującej nowości wydawniczej, która wtedy się ukazała. Wielka była moja radość, kiedy kilka tygodni później dostałam wiadomość od wydawnictwa z zaproszeniem, by lekturę tę zrecenzować. "Tajemnica Montefeltra" dotarła do Domu z Kamienia w czasie największego przeprowadzkowego chaosu, więc dopiero kiedy z ostatnim pakunkiem znaleźliśmy się pod drugiej stronie rzeki, mogłam ze spokojną głową zabrać się w końcu za lekturę, a dziś chcę się moimi wrażeniami podzielić z Wami. 

Że Florencja to mój konik, że Medyceusze to moje fiksum dyrdum, wie chyba każdy, kto czyta lub przynajmniej od czasu do czasu zagląda do Domu z Kamienia. Do tej pory wydawało mi się, że wiem już bardzo dużo i o toskańskiej stolicy i o słynnym rodzie, jednak lektura "Medyceusze. Tajemnica Montefeltra" uświadomiła mi jedną rzecz - jak wiele jeszcze nie wiem! 

Postać Federico da Montefeltro większości kojarzy się jedynie ze słynnym "profilem", który wyszedł spod pędzla Piero della Francesca. Niektórzy powiążą tę osobistość z przepięknym Urbino w Marche, ale czy jest ktoś, kto przed lekturą tego niezwykle szczegółowego opracowania historycznego autorstwa Marcello Simonetta miał pojęcie, że losy Federico splotły się z losami Medyceuszy? 

Kasia z Domu z Kamienia

Ktokolwiek interesuje się historią najważniejszego rodu florenckiego, ten na pewno słyszał o spisku Pazzich, w wyniku którego został zasztyletowany Giuliano de Medici, brat słynnego il Magnifico. To właśnie wydarzenie jest punktem wyjścia w  "Tajemnicy Montefeltra" i ukazuje je w o wiele szerszej perspektywie. 
Ponad dwieście stron bardzo bogatych treści, naszpikowanych postaciami i zdarzeniami, które wiążą się ze sobą jak misternie tkana pajęczyna. Powiązania, spiski, intrygi, układy i układziki, zdrajcy i konspiratorzy, duchowni i szlachetnie urodzeni. Chciałoby się powiedzieć, że przy tym wszystkim czasy współczesne to jedynie nuda i banał. 
Oto mamy piękną Italię w piętnastym i szesnastym wieku. Krew leje się strumieniami, trup ściele gęsto, fruwają zaszyfrowane listy. Papieże, książęta, zacne rody i artyści w koronkowej plątaninie zdarzeń, za którą czasem trudno nadążyć. Czasem naprawdę można się pogubić. 

Fakty zebrane przez Marcello Simonetta to z jednej strony bardzo szczegółowe opracowanie historyczne, poparte bogatą bibliografią, a z drugiej strony fascynujące, krwawe dzieje, które wciągają jak najlepsza powieść. 
Dodatkową atrakcją, niczym deser po królewskiej uczcie - dla mnie jak wisienka na torcie, jest ostatnia część "Medyceusze. Tajemnica Montefeltra", którą Simonetta zadedykował sztuce. Wnikliwe opracowanie, które rzuca nowe światło, nowe spojrzenie i ciekawą interpretację znanych wszystkim dzieł. Ręczę, że po tej lekturze inaczej spojrzycie na Kaplicę Sykstyńską i na słynne obrazy Botticellego.  

Czy  polecam "Tajemnicę Montefeltra"? - Oczywiście, że tak! 
Czy polecam ją każdemu? -  Absolutnie nie. 
"Tajemnica Montefeltra" to lektura dla tych, którzy mają choć minimalne pojęcie o czasach Medyceuszy, Sforzów czy Papieża Sykstusa IV. Bez tej wiedzy trudno będzie nadążyć za tym kto i co, kto z kim, kto przeciw.  


Wiem, że już późno. Pobijam lekcyjne rekordy. Poza tym głowę rozsadza od nadmiaru rzeczy różnych. Zmęczenie... Ach! O zmęczeniu to nawet lepiej nie mówić. 
Popatrzcie jak coraz ładniej i pełniej prezentuje się moja biblioteczka. Jeszcze dwie szafki i już wszystkie książki będą godnie stały na półce zamiast w cantinie. Dobrego... chyba prawie wieczoru!

RECENZJA to po włoski RECENSIONE (wym. reczenzjone) 

biblioteka

Powolne wędrowanie

sobota, marca 10, 2018

Toskania w marcu

Na barierce tarasu dyndał fioletowy dywanik ... 
- Popatrz jakie ja mam kochane dzieci!!! Sami bez proszenia zabrali się za sprzątanie. 
W salonie uderzyła w nos świeżość, a Tomek z promiennym uśmiechem zapytał: 
- I co Pusia? Szczęśliwa jesteś? 
- Brak mi słów.
- Ja odkurzyłem i umyłem łazienkę, Mikołaj starł wszędzie kurze. 
- Nawet nie wyobrażasz sobie jak się cieszę! Cudowna niespodzianka! Mikołaj nie protestował?
- Nie, nic a nic. Coś tam sobie oglądał, kiedy mu powiedziałem: "chodź, posprzątamy", to wziął wyłączył i zaraz zabrał się za robotę. 
- Zasłużyliście na porządne lody!
Ruszyliśmy do Marradi nie tylko na obiecane lody, ale też, by wstąpić do biblioteki. Dla mnie był to kolejny spacer tego dnia, a raczej kontynuacja jednej długiej "camminaty", która zaczęła się jeszcze przed południem... 


Jak tylko skończyłam lekcje, natychmiast ruszyłam przed siebie. Rozpaczliwa potrzeba słońca i bycia w ruchu na świeżym powietrzu sprawiły, że zatrzymałam się dopiero przed wieczorem. Cieszyłam oczy staruszkiem przycinającym gałązki w winnicy, mokrą mazedgą, żonkilami, rzeką lśniącą w marcowym słońcu. Cieszyłam się kurtką zsuniętą z ramion i przewiązaną w pasie, okularami słonecznymi na nosie, ciepłym wiatrem we włosach, życiem budzącym się nieśmiało po upiornej zimie.


W bibliotece upolowałam w końcu drugą część opowieści Ferrante. Tomek nie znalazł nic nowego Hawkinga, więc na pocieszenie wziął coś w podobnym temacie. Mikołaj stwierdził, że "dla odmiany" przeczyta jeszcze raz Harrego, bo ostatnimi czasy czytał tylko polską literaturę. Jednak, by tematu wojny całkiem nie porzucić, wsunął do torby film - Listę Schindlera.

wiosna w Toskanii

Weekend. 
Chłopcy posprzątali, więc w tym temacie mam wolne. Pogoda jeszcze teraz przyjemna, ale niedziela ma nam dać w kość. Szkoda, bo ja wciąż tak bardzo potrzebuję się wychodzić, wydreptać, umęczyć nogi. Zmęczenie daje o sobie mocno znać. Odpoczywać w dosłownym tego słowa znaczeniu już od dawna nie umiem, moim odpoczynkiem jest powolne wędrowanie... 

OD DAWNA - DA TANTO TEMPO (wym. da tanto tempo)

film

Zima, która nie odpuszcza

poniedziałek, lutego 19, 2018


Prognozy pogody na weekend sprawdziły się co do joty. Niedziela obudziła nas deszczem, potem ten deszcz zamienił się w śnieg, by pod wieczór znów stać się deszczem. Choć z nieba leciały płaty jak prześcieradła, to na szczęście nic się z tego nie uchowało, bo termometr stał na straży przyzwoitej temperatury. Najgorsze jest to, że według zapowiedzi meteorologów taka pogoda ma trwać przez najbliższe dni...
Dzień minął tak jak przewidziałam: od kominka do stołu, od stołu do kominka. Były kulinarne eksperymenty, projekcja filmowa i lektura. Po nowe smaki zapraszam Was do Kuchni w Kamiennym Domu, czytelniczo polecam ostatnią książkę Fabio Volo, a filmowo Il Mediterraneo. Odkryłam ten film przypadkowo, w czasie jednej z lekcji i nadziwić się nie mogłam, że nigdy o nim nie słyszałam, wszak na początku lat dziewięćdziesiątych obraz został nawet nagrodzony Oskarem. 
Jak dla mnie Il Mediterraneo to przykład pogodnego, bezpretensjonalnego, włoskiego kina. Kina jakie sobie cenię, w jakim znajduję to, co w Italii tak uwielbiam. Nie wiem czy film ukazał się za granicą, ale będąc filmem oskarowym jest to całkiem prawdopodobne.

Spaghetti z sosem z cukinii i boczku

W weekend też po wielu wyprawach na nagrania, po godzinach spędzonych na montowaniu, Mario ukończył wreszcie kolejny filmik. Kontynuacja marradyjskich pór roku - INVERNO MARRADESE - zapraszam Was do oglądania. 
I choć zima straszy jeszcze śniegiem, to my tą krótką projekcją już powoli ją żegnamy. Może sobie robić co chce, stroszyć się i puszyć śniegiem, ale jej koniec i tak jest bliski! Mario rozpoczął film słowami zima u drzwi, a ja mam nadzieję, że teraz jest już u drzwi , ale wyjściowych. I tego się będę trzymać!

STRASZYĆ - to po włosku SPAVENTARE (wym. spawentare)


dzieci

Jak w powieści...

niedziela, lutego 18, 2018


"Le cose importanti iniziano, quando tutto sembra finito." (Ważne rzeczy zaczynają się wtedy, gdy wszystko zdaje się skończone...") Tymi słowami zaczyna się ostatnia powieść Fabio Volo, którą przytargałam z biblioteki i z którą zaległam w cieple kominka. Oczywiście nie żadna tam wielka literatura - ot miła i przyjemna lektura na wstrętne, lutowe popołudnie, blisko spokrewnione z listopadem. 
Urzekło mnie to zdanie i zmusiło do refleksji. Cofnęłam się do postów sprzed kilku lat. Do zimy 2013, kiedy to zdawało się, że zgasła ostatnia iskierka... To wszystko co się wydarzyło potem, nauczyło mnie trzech rzeczy. Po pierwsze, że życie jest nieprzewidywalne i nigdy niczego nie można być pewnym, po drugie zaczęłam doceniać drobiazgi tu i teraz, bo tylko "dziś" jest tym, co mamy na pewno i po trzecie - zrozumiałam, że nic w życiu nie dzieje, się bez przyczyny, nawet to, co w danym momencie przeklinamy, być może za jakiś czas okaże się mieć sens...


Cała sobota rozpłynęła się w sentymentach i nostalgii. To chyba naprawdę ta pogoda, bo gdyby było ładnie, to gdzieś by nas poniosło i nie siedziałabym i nie roztkliwiała się nad życiem. 
Tomek pojechał do Florencji do teatru i ledwie drzwi się za nim zamknęły Mikołaj zaczął snuć się jak opuszczony psiak. 
- Chodź tu, usiądź obok mnie, poczytamy razem. 
- A pogramy w briscolę? 
- Dobrze, pogramy... 
Przy trzeciej partii gra mnie zaczęła nużyć, ale nagle popatrzyłam na śliczną, jeszcze dziecięcą buzię Mikołaja i przyszło mi do głowy, że przecież za kilka lat będę za tym tęsknić jak wariat. Mikołaj będzie miał swoje towarzystwo, może pojedzie w świat, a ja będę czekać z utęsknieniem i marzyć o chwili kiedy znowu usiądziemy naprzeciwko siebie z kartami w ręku. 
- Zagramy jeszcze raz? 
- Zagramy.
Zagraliśmy kolejną partię i jeszcze jedną, a potem zaproponowałam:
- Upieczemy coś? 
Mikołaj raz dwa stanął przy stole, wyciągnął z lodówki składniki. Chwilę później w kuchni rozszedł się cytrynowy zapach ciasteczek z ricottą


Dopiero późnym wieczorem wrócił Tomek i zaraz od progu zaczął opowiadać jak to było pięknie, jaki teatr wspaniały i ta lirica ... A na koniec usiadł mi na kolanach, jak wciąż na szczęście ma w zwyczaju, przytulił mocno i powiedział:
- Pusia moja najukochańsza! Tęskniłem za tobą!   

POWIEŚĆ to po włosku ROMANZO (wym. romanco)



biblioteka

Kosmos, krowa, fiolet i Achilles

niedziela, stycznia 14, 2018


- Skąd się dowiedziałaś, że tam jest krowa? 
- Kiedyś przeczytałam w takiej książce o Florencji.
- A dlaczego tylko jedna? - drąży temat Mikołaj.
- Bo to tylko symbol. Ukłon w stronę zwierząt, których praca przy budowie Duomo była nieoceniona.
W październiku pokazałam Wam oślicę w Palazzo Pitti, a teraz dołączam do kolekcji florenckich detali łeb krowy. Ileż to ja się go naszukałam... Metr po metrze marmurowej mozaiki! A w ogóle to zacznijmy od tego, że szukałam nie na tym boku co trzeba, a zatem gdyby ktoś chciał krowę sfotografować, niech stanie przodem do Duomo i idzie za swoją lewą ręką wzdłuż boku katedry aż do kopuły. Głowa znajduje się tuż pod nią.
  

Sobota nie przyniosła żadnej wyprawy, bo te 6 kilometrów po asfalcie się przecież nie liczy. Żeby odetchnąć i naładować baterie, trzeba na świat popatrzeć z góry, a tak ... a tak to nijak. Zawiodła pogoda, popisał się dzień "na nie wiem" i zastrajkowała noga Mikołaja. Niewykluczone, że dziś czeka nas wyprawa na pronto soccorso, bo po piątkowej lekcji gimnastyki ścięgno Achillesa daje mu do wiwatu. 
Zamiast górskiej wycieczki wybrałam się z Tomkiem do biblioteki, by choć odrobinę się wyciszyć. Jak dobrze, że moje dziecko na taką propozycję się rozpromienia! Jak dobrze, że książki są dla niego ważne! Pomijam fakt, że nie rozumiem tego co czyta, nauki ścisłe nigdy nie były mi bliskie. Po ostatnim filmie przyszedł czas na fascynację kosmosem i czyta teraz o jakiś egzoplanetach, a ja tylko oczy wytrzeszczam, bo czyta o tym też po angielsku, więc dla mnie to jest dopiero - nomen omen - KOSMOS.   
Ja natomiast klasycznie, żadnych ekstrawagancji - stara, dobra Maraini, która lubi pisać o kobietach, a ja tak bardzo lubię o nich czytać i doszukiwać się samej siebie. Tym razem przyniosłam do domu zbiór opowiadań L'Amore Rubato. Nie jestem wielbicielem krótkich form, zdecydowanie bliższe mi są historie typu "Długie życie Marianny Ucria", ale z sympatii dla autorki zrobiłam wyjątek. Jako ciekawostkę dodam, że Dacia Maraini przez lata była życiową partnerką Alberto Moravia. 


Jako marradyjski, samozwańczy kronikarz muszę donieść o nowościach z życia miasteczka. Wprawdzie mnie osobiście ten fakt nie dotyczy, ale da fanów piłki nożnej, zwłaszcza dla kibiców Fiorentiny - drużyny z Florencji - wydarzenie było historyczne. Oto bowiem Fiorentina przejęła pieczę nad marradyjskimi drużynami dziecięcymi. Miłośnicy calcio wiedzą, że kolorem Fiorentiny jest fiolet - po włosku viola. Sama osobiście znam dwóch wiernych kibiców, którzy swoim córkom nadali takie właśnie imię - Viola. Nie wszyscy jednak wiedzą, że fioletowy kolor był wynikiem błędu praczki - oryginalnie herb Florencji jest przecież czerwony na białym tle. 
Byłam jak zawsze fotoreporterem całego wydarzenia, nawet jeśli mój aparat aktualnie spoczywa gdzieś na półce w serwisie. Tak jak każdego dnia na potrzeby bloga, tak też i w tamten wieczór starał się godnie go zastąpić nikon Mikołaja. 
Los Nikona, żeby było ciekawiej, podziela również biedny Mac. Mam nadzieję, że to wszystko się zmieni, nim nastanie wiosna, bo moja frustracja zaczyna osiągać alarmowy poziom.

ŚCIĘGNO ACHILLESA to po włosku TENDINE d'ACHILLE (wym. tendine d'akille)

biblioteka

Wspólny mianownik - szkoła

czwartek, kwietnia 06, 2017

Mglisty środowy poranek

- Może się przebiorę? - pytam trochę lustra, a trochę siedzącego obok Tomka "dłubiącego" jakieś zadania.
- Nie, nie! Tak jest dobrze!
- Zawsze tak mówisz, ale może lepiej jakbym się ubrała jakoś bardziej elegancko? - patrzę z politowaniem na mocno wysłużone nogawki ulubionych dżinsów.
- Jak się idzie rozmawiać z profesorami, to trzeba wyglądać NORMALNIE, a nie elegancko - poucza moralizatorskim tonem.
- Aaaaa widzisz… dobrze, że mam ciebie. 
Mimo wszystko zakładam na siebie sportową marynarkę, by choć szczyptę "quasi elegancji" przydać mojej normalności i kolejny raz prezentuję się przed nastoletnią wyrocznią stylu. 
- Nie lubię jak masz spięte włosy - patrzy krytycznie na mój koński ogon. 
-  Ja też nie, ale po moich poczynaniach u Ellen dziś nie wyglądają najlepiej!
- Rozumiem. 

***
- W Marradi jest wystawa książek - opowiada podekscytowany Mikołaj - byliśmy dziś z klasą i zrobiłem sobie listę, co chcę kupić. 
Biorę świstek papieru do ręki. Lista dosyć długa i wydatek konkretny. 
Mikołaj ściska w garści swoje oszczędności i czeka.
- Słuchaj, zastanów się lepiej, w ten sposób wydasz wszystkie swoje pieniądze. Książki możesz wypożyczyć w bibliotece - z bólem serca próbuję odwieść go od poczynionych zamiarów. 
Ja! Ja z salonem pełnym książek, bo sama zawsze powtarzałam, że własne to co innego niż biblioteka. Ja, która dawno temu na dworcu zachodnim stojąc przed dylematem: zjeść coś czy kupić książkę, ostatnie dwadzieścia złotych wydałam na Zaklinacza Koni. A teraz raptem taka jestem rozsądna! To chyba wiek...
- Dobrze, wszystkich nie kupię - Mikołaj idzie na kompromis.
- Posłuchaj, ty nawet sobie nie wyobrażasz jak ja się bardzo cieszę, że w ten sposób chcesz spożytkować swoje zaskórniaki, ale może ogranicz się do dwóch, trzech… 
Zerkamy na listę.
-  Harry Potter ... przecież mamy całą kolekcję! 
- Ale po polsku.
- No i?
- Łatwiej mi czytać po włosku…
Zapaliła mi się w głowie lampka ostrzegawcza i tym sposobem wprowadziliśmy w domu, krótkie lekcje polskiego, żeby język ojczysty z głowy nie wyparował. Po pierwszych próbach ortograficznych okazuję się, że nie jest tak źle, zważywszy na to, że Mikołaj tak naprawdę nigdy polskiej ortografii się nie uczył.

***
- Popatrz co mam! - Tomek wyciąga w moją stronę małą broszurę.
- Oooo! to z angielskiego, to co przygotowywałeś! Pokaż!


Wielkie brawa dla nauczycielki angielskiego za pomysł i oczywiście dla dzieciaków za jego realizację. Klasa przygotowała wspólnie mini książeczkę z tekstami i zdjęciami. Znalazły się w niej opowieści o członkach rodziny, jedni pisali o babci, dziadku, cioci, wujku, a Tomek napisał o mnie. Wiadomo nie od dziś, że angielski u Włochów bardzo kuleje i to też było moją wielką obawą, czy chłopcy w tej dziedzinie w ogóle czegoś się tu nauczą. Okazuje się, że jest naprawdę super. Być może w tekście są błędy, mój poziom wiedzy niestety nie pozwala mi tego zweryfikować, ale pomysł i realizacja naprawdę świetne i myślę, że o wiele ciekawsze niż bezduszne wkuwanie czasów i słówek. W przygotowaniu już następny projekt, tym razem o marradyjskich sklepikarzach.

***






Stałam na szkolnym korytarzu w kolejce do poszczególnych nauczycieli i studiowałam obrazkową mapę Toskanii. Nigdy bym nie pomyślała, że moje dzieci będą chodzić do szkoły, na korytarzu której będzie wisiała mapa tej części świata ... Koniecznie muszę sobie taką kupić! Prześledziłam każdy centymetr i okazuje się, że widziałam już całkiem sporo i wiedzą o naszym regionie zaskoczyłabym pewnie niejednego Włocha. 
Stałam na tym korytarzu ostatni raz w tym roku. Każdy z nauczycieli zasypywał mnie komplementami, Tomek po chwilowym spadku formy znów nabrał wiatru w żagle - jedzie jak samochód, jak ten … no … ten… polonez!!! - Tomka wychowawca żartował łamaną polszczyzną!  
Dobrze, że to się tak wszystko składa, dobrze, że plecie się tak, jak się plecie i niech się tak plecie jak najdłużej...

NAUCZYCIEL to po włosku INSEGNANTE (wym. inseniante)

czytanie

Udręka i ekstaza

niedziela, listopada 06, 2016


Pierwsza sobota listopada była tak paskudna i wstrętna, że trzeba nie lada fantazji, żeby to sobie wyobrazić. Nawet myśliwi już około południa uciekli z gór składając potulnie broń. Nad Toskanię nadciągnęły ciężkie od deszczu chmury, a huk wody z nieba mieszał się z głuchym dudnieniem wiatru. Strugi deszczu zacinały z taką siłą, że wkrótce woda wdarła się nawet do salonu tworząc rozlewisko wielkości delty Po. Po raz pierwszy od nie wiem kiedy zaryglowałam okiennice. Z każdą godziną pogoda robiła się coraz bardziej upiorna i wszystko wskazywało na to, że w takiej aurze minie również niedziela. Zrezygnowałam więc w przedbiegach z wyprawy do Florencji, choć paradoksalnie... znalazłam się w jej sercu siedząc bezpiecznie w cieple kominka ...


Do południa uporałam się z tym co ważne i czekać nie może, chłopcy przy tym pomogli tak jak umieli, a ja dzięki temu znalazłam nawet chwilę na kulinarne popisy. Na stole wylądowały ślimaczki z fetą i suszonymi pomidorami, a na deser "magiczne" ciasto czekoladowe. Przepisy już wkrótce. 



Znarowiony wiatr szarpał zasłonami, które latem tak miło chronią nas przed oślepiającym słońcem, szaleniec zerwał sznur z bielizną, a czyste białe prześcieradła cisnął ze złością na kamienno błotnisty brzeg rzeki…
Rozpaliłam w kominku i postanowiłam, że zastosuję się do rady drogiej A. Znajdę czas tylko dla siebie i własnych przyjemności. Usiądę w fotelu, w cieple ognia, zrobię sobie kawę i wezmę w końcu do ręki książkę… 
Już od kilku miesięcy czekała na dobry moment. To brałam, to odkładałam, bo nie mogłam na niczym się skupić. I oto niespodzianka - prawdziwy rarytas! "Udręka i ekstaza "! Ekstaza była przy kominku, udręka za oknem. Razem z Michelangelo dreptałam uliczkami dawnej Florencji, uczyłam się rysunku, technik malarskich, obserwowałam życie codzienne i pałacowe. Podziwiałam toskański krajobraz, pracę kamieniarzy i "dotykałam" cennego marmuru ...


No dobrze, przyznaję się! Nie ze wszystkim się uporałam, zanim sięgnęłam po książkę. Pomyślałam - tylko kilka stron, żeby się rozeznać, bo może mnie nie wciągnie, ta moja głowa taka przecież kulawa ostatnio. I co? Wciągnęło! Wciągnęło tak, że już nie mogłam się oderwać i do wieczora komputer, blog i … przygotowanie lekcji poszły w odstawkę. Przepraszam więc niektórych uczniów, jeśli dłużej niż zwykle musieli poczekać na pracę domową. Mam  nadzieję, że zrozumiecie, iż na randce z Michałem Aniołem traci się kontakt z rzeczywistością i zatraca się człowiek bez reszty, zwłaszcza kiedy za oknem hula wiatr, a w kominku trzaskają płomienie…  Udręka i ekstaza..

Dzięki wielkie A. za przesyłkę, pamięć, myśl i inspirację! Wkrótce odeślę! Dzięki też A.op. za motywację i porządnego kopa! Ściskam Was mocno!

EKSTAZA to po włosku ESTASI (wym. estazi)

biblioteka

Orzeszkowa z Moravią w jednym stali domu...

środa, stycznia 20, 2016


Post dedykowany molom książkowym, wariatom bibliotecznym, niepoprawnym literaturomaniakom, do jakich sama śmiem się zaliczać. 
Nie powiem Wam w jakich warunkach "żyła" część moich książek od czasu ich przyjazdu z Warszawy, czyli przez równo rok. Niektóre zdołałam upchnąć w nielicznych szafkach, inne ... lepiej nie mówić, nie będę się publicznie przyznawać.
W każdym razie, tak jak ostatnio pisałam, przeprowadzka Mario do domku krasnoludków przyczyniła się do wzbogacenia zasobów meblowych w moim domu i tym samym wszystkie książki dostały już godne lokum. Układałam je dwa dni - tu literatura polska, współczesna z serii "czytadła", nad nią ta wyższych lotów, tam światowa klasyka, za szybą cała seria polskich mistrzów, wydana bardzo, bardzo dawno temu. Wyżej kryminały, z drugiej strony Italia - od uwielbianego Terzaniego, Maraini, Moravii i Pavese, aż po czasy współczesne z Baricco, Ammaniti i Fabbio Volo. 


Kiedy starłam ostatni pyłek kurzu, wyniosłam ostatni grat, ustawiłam fotel "do literackiego relaksu" i omiotłam pieszczotliwym wzrokiem wszystkie półki, aż westchnęłam z zachwytu nad dobrze wykonaną robotą. Oto spełniło się jedno z moich marzeń. Mam swoją własną biblioteczkę z prawdziwego zdarzenia! Może jeśli kiedyś nie będę wiedziała co zrobić z czasem wszystkie je skataloguję? To dopiero byłaby zabawa!


Mam wrażenie, że teraz w Kamiennym Domu zrobiło się jeszcze bardziej klimatycznie! Jeszcze bardziej po mojemu. Obecność książek jest mi do życia niezbędna jak tlen i woda.

METTERE IN ORDINE  to znaczy UPORZĄDKOWAĆ (wym. mettere in ordine)