Przede wszystkim to już myślałam, że w ogóle na tę wizytę nie dotrę...
Zaplanowałam sobie, że złapię pociąg o 10.52, co miało pozwolić mi spokojnie na dojechanie do miasta, dojście do szpitala i odebranie wyników, tak by o 12.15 stawić się na wizycie.
O 10.50 megafon na stacji Biforco wciąż milczał jak grób, a zwykle zapowiada pociąg co najmniej dwa razy na dobrych kilka minut przed jego przyjazdem. Zerkałam na zegarek coraz bardziej nerwowo. W międzyczasie zaczęłam sprawdzać czy przypadkiem to nie dzień jakiegoś strajku, a potem wgapiałam się w rozkład jazdy upewniając się, czy aby ten pociąg na pewno jeździ w dni robocze.
W końcu na kilka sekund przed 11.00 il treno regionale wtoczył się na peron bez żadnego zawiadomienia, a ja odetchnęłam z ulgą. "Pusia, ale megafon nie działa już od kilku dni" - powiedział Tomek, kiedy zdawałam mu potem całą relację
W Faenzie wystrzeliłam z wagonu jak z procy, by nadrobić stracony czas i dziesięć minut później z wywieszonym językiem dotarłam do szpitala.
Przez drogę układałam w głowie plan: "najpierw zapłacę za ticket, potem zejdę na dół odbiorę wyniki i z nimi pojadę na górę na wizytę".
Przed maszynką, w której opłaca się medyczne usługi ciągnął się ogonek... Szlag. A zatem zmiana planu - najpierw wyniki.
Chwilę potem okazało się, że taki sam ogonek ustawił się do okienka po odbiór wyników i jak na złość z trzech okienek tylko jedno było czynne. Szlag, szlag!
Już miałam zrobić z siebie sierotę i prosić o przepuszczenie z racji zbliżającej się pory wizyty, ale na całe szczęście okazało się, że przede mną więcej było odbierających wyniki, niż rezerwujących badania i ogonka dosyć szybko ubywało. W końcu z wynikami w garści, znów biegiem, zmachana, taszcząc ze sobą garderobę baby z "Chłopów" wpadłam na korytarz i odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam, że przed maszynką do opłat nie było nikogo. Raz dwa kod, ok, kwota, potwierdź, płatność ... Szlag! Nie ma opcji "kartą"! Szlag, szlag, szlag!
Szczęśliwie wysupłałam z portfela potrzebną kwotę i zaraz popędziłam jak wicher z włosem rozwianym, z garderobą pod pachą i z plikiem dokumentów i karteluszek w ręku.
Kiedy dotarłam na oddział ortopedii była dokładnie 12.15.
A teraz do rzeczy.
Dobre wieści są takie, że nic nie jest zerwane. Ścięgna, więzadła czy jak tam się zwą są całe, więc żadna operacja nie jest konieczna. Problem jest z kością, która na skutek silnego uderzenia została uszkodzona. Swoją drogą dziwiłam się, jak można mówić o silnym uderzeniu, skoro spadłam na dmuchany materac?
Nie ma żadnych odprysków - dlatego rentgen nic nie wykazał. To uszkodzenie, jak tłumaczył lekarz, które widać dopiero na rezonansie. Po obejrzeniu zdjęć ortopeda dokładnie wiedział, w którym miejscu tkwi problem. Kiedy nacisnął punkt na stopie, zobaczyłam gwiazdy, bynajmniej nie z rozkoszy i zaraz przypomniał mi się Kung Fu Panda i technika "palca zagłady".
Jest tam wciąż stan zapalny i zbiera się płyn. Aby się z tym uporać potrzebna będzie fizjoterapia. I tu zaczyna się zabawa, którą mam nadzieje moja kieszeń udźwignie. W każdym razie trzymajmy się tego, że to jednak dobre wieści.
Na dobry początek dnia zdjęcie słonecznej Faenzy, zamiast szpitalnych korytarzy.
Dziękuję Wam za kciuki i wszystkie wczorajsze wiadomości. Miła mi świadomość, że tyle osób martwiło się razem ze mną. Dziękuję, jesteście kochani.
KOŚĆ to po włosku OSSO (wym. osso)







