gra

Gry, zabawy i zegara tykanie

środa, czerwca 05, 2019


Przez dwa dni bawiliśmy się w gry - quizy geograficzne. Ustawialiśmy stoper i dawaliśmy sobie sześć minut, żeby wypisać najpierw wszystkie stany USA, a potem wszystkie państwa Europy. Stanów zabrakło nam tylko dwóch - to chyba całkiem nieźle, a w Europie zapomnieliśmy o Kazachstanie! W każdym razie zabawa była przednia. Dziś z pewnością rozpracujemy Azję lub Amerykę Południową. Dalej będziemy główkować i zajadać przy tym czereśnie. 


- A teraz zróbmy quiz o nas - zaproponował przy kolacji Tomek. - Każdy zadaje pytanie odnośnie swojej osoby.
- Jaki jest mój ulubiony film? - Mikołaj zaraz wystartował z pierwszym pytaniem.
- Władca pierścieni i Gwiezdne wojny - brat odgadł bez problemu.
A potem już na wyścigi przerzucaliśmy się kolejnymi pytaniami:
- Jaki jest mój ulubiony kolor?
- Biaaaały!
- Kto jest moim ulubionym reżyserem?
- Nolan!
- Moje ulubione jedzenie? 
- Sushi!
- Mój ulubiony rodzaj pasty?
- Spaghettini.
- Kim chciałbym być w przyszłości? 
- Astrofizykiem!
- Moich pięć marzeń? Oczywiście poza tymi oczywistymi, żeby moje dzieci były zdrowe i szczęśliwe.
- Dom z kamienia, napisać książkę - wymienia Tomek.
- Zobaczyć wieloryby i pojechać na Sycylię - dodaje Mikołaj.
- I piąte? Podpowiem wam innym pytaniem: Co najbardziej lubię robić?
- Pisać, czytać, gotować, chodzić...
- Chodzić po górach.
- Aaaa wiem! Chcesz przejść Italię z góry na dół, to się chyba Sentiero Italia nazywa. 
- Dokładnie tak.
Bawiliśmy się tak przez cały czas trwania kolacji i radość mieliśmy z tego wielką. Taką zabawę urządziliśmy sobie już kilka lat temu i okazało się, że czas mija, a my wciąż wiemy o sobie prawie wszystko. 

Lato ma się dobrze. Tik tak tik tak tyka - zegar przed końcem roku szkolnego... 
Zaraz zostanie otwarty basen, zaraz zakwitną lipy, zaraz supermarket zmieni godziny otwarcia na letnie,  a za kilka dni do Domu z Kamienia zawita kolejny Gość. 
Tymczasem my cieszymy się ciszą, wolniejszym rytmem, zajadamy melony, brzoskwinie, morele i czereśnie. 

ZEGAR to po włosku OROLOGIO (wym. orolodżio)

gra

Zbrojenie się przed zimą

piątek, lipca 27, 2018


Bardziej dosadnego tytułu nie mogłam wymyślić, prawda? Nie wygrażajcie mi w myślach, to tylko taka przekora. Chojractwo. Tania prowokacja. 
Choć z drugiej strony jakby na to nie spoglądać, to czym to wszystko jest, jeśli nie przygotowaniem do zimy? A jeśli chodzi o tytuł to nawet Tomek ostatnio przyznał, że chwytliwy tytuł to połowa sukcesu. 
Oto więc nasze przygotowania, zbrojenie się przed zimą - słodkie i pachnące! Pachnące czym? Latem rzecz jasna...


Nie dość, że mam płody własnego ogródka, to jeszcze pewna dobra dusza podzieliła się swoimi i tak w mojej kuchni stanęły dwie skrzynki pełne pomidorów, ziemniaków, papryk, ogórków, fasolki, czosnku, cebuli, kwiatów cukinii, a do tego jeszcze garstka takich małych czarnych kulek ... sami wiecie czego. Mmmm ... jakie nas uczty czekają! Jedna już za nami i po szczegóły zapraszam do Kuchni Kamiennego Domu, reszta w planach i dzień po dniu pojawią się nowe, wyjątkowe przepisy. Tymczasem wróćmy do zimy i przede wszystkim do lata upalnie nam panującego. 


Tych pomidorów tyle się narobiło, że postanowiłam rozpocząć rytualną produkcję. Nie ma nic lepszego w styczniowy dzień niż słoik domowych przetworów, odrobina lata zamknięta pod pokrywką. Zagotowałam, przetarłam i potem fru do spiżarki... A jaka dumna z siebie byłam, jaka szczęśliwa. Tak mało potrzeba, by sprawić sobie radość.


- Zagramy w coś? W jakieś zgadywanki? - zaproponowałam przy kolacji. A kolacja była wyjątkowa. Na życzenie chłopców odrobina mięsa: scaloppine z młodą cebulką i sałatka z fasolki borlotti z pieczonymi pomidorkami i bazylią.
- Super! - przyklasnęli obydwaj.
- To ja już mam. Kategoria postać z bajki. 
W zabawie chodzi o to, by za pomocą pytań, na które można odpowiadać tylko tak lub nie odgadnąć co lub kogo zadający zagadkę ma na myśli.
- Czy to coś jest zielone?
- Nie.
- Czy to coś jest człowiekiem? 
- Tak.
- Czy to bajka z nowoczesną animacją?
- Nie.
- Czy typu Pocahontas?
- Tak.
- Mulan, Król Lew? 
- Nie.
- Mała Syrenka? Piękna i Bestia? Coś księżniczkowego?
- Nie.
- Czy akcja dzieje się w naszych czasach? 
- Nie. 
- W przyszłości?
- Nie.
- Czyli przeszłość. Średniowiecze?
- Nie.
- Osiemsetne?
- Tak.
- O, wiem! Tarzan!
- Tak, ale jaką postać mam na myśli?
- Jane? Jej ojca? 
- Nie. 
- Ten zły ... No jak mu tam... Clayton?
- Też nie. 
- Rodzice Tarzana?
- Nie.
- To ja już nie wiem, poddaję się! Tam przecież nie ma więcej ludzi.
- No ten z grzywą, jego kumpel! - Mikołaj zniecierpliwiony podaje odpowiedź.
- Mikołaj!!! Przecież, to goryl! A ty powiedziałeś, że to człowiek!
- Pusia, a pamiętasz pingwina co był gadem i Bosego?
- Klasyka.


Poza pomidorami i innymi głupotami, uczymy się też choreografii. Nawet chłopcy zostali wkręceni w taniec. Ja przechodzę przez wszystkie fazy - od rozpaczy i "nigdy się tego nie nauczę" do jakoś to będzie, inni dadzą radę to i ja. Trzymam się tego, co mówi Al Pacino w Zapachu kobiety - "to tylko taniec, to nie życie, pomylisz się i po prostu tańczysz dalej".

Dobrego ostatniego lipcowego weekendu!

 UZBROIĆ SIĘ to po włosku ARMARSI (wym. armarsi)

contessa

Taras

czwartek, lipca 06, 2017


Nie jest to oczywiście jedna z tych stylizacji jakie pojawiają się w magazynach o dekorowaniu wnętrz, ale tak czy inaczej ja jestem z siebie dumna. Z niczego zrobiłam coś i w te letnie, upalne dni taras stał się moim ulubionym miejscem. Wystarczyły stare palety, wypełnienie rozprutej poduszki, bela starego materiału, skrzynka na owoce, przeżarty przez korniki stolik i trochę kwiatów. Niby nic, a tyle szczęścia i przytulności. Od razu lepiej się pracuje, lepiej się myśli i lepiej wita dzień. Czasem na stoliku lądują niespodzianki, często nie jedna. Rozczulam się przy każdym geście, który obliczony jest w prostej linii na sprawienie mi radości. 
W weekendowe wolne wieczory siedzę tu z chłopcami i gramy w "inteligencję" albo w "państwa - miasta", jak kto woli. Ubaw mam przy tym niecodzienny, bo Mikołajowi zdarza się takie kwiatki tworzyć, że boki zrywać. Samochód na "P": pick -up, sławna postać na C: Cyprian (Norwida oczywiście miał na myśli), choć Tomek też nie zostaje w tyle i jego kwiat na P - petargonia, też na pewno przejdzie do historii. 


Czasem w niedzielne wieczory wpada Ellen z Lexem i szczeniakami. Choć szczerze mówiąc w Borysie i Loli coraz mniej ze szczeniaków. Co za świat, w którym nawet psy się starzeją! Siedzimy sobie do zmroku, czasem to siedzenie przeciąga się na jeszcze dłużej i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy … Uwielbiam inspirujące rozmowy z Contessą tak jak i uwielbiam tę nieskrępowaną swobodę - nie trzeba się zapowiadać. Wystarczy po prostu zapukać, zadzwonić, krzyknąć z ulicy "buongiorno principessa!" Takie proste. Bo życie generalnie byłoby proste, tylko sami je sobie często komplikujemy. 
Dziś kolejny z pewnością niezwykły dzień. Wieczorem pierwsze w tym roku mercatino, ale wcześniej czekam na miłe odwiedziny "po drodze". Kończę przygotowywać pokój na przyjazd następnych Gości. Jeśli czas pozwoli znów poczytam na tarasie i dokończę konspekt do przewodnika. Mam nadzieję, że tym razem nie zasnę z okularami na nosie i nie będę tym samym przypominać azjatyckiego misia. Muszę jeszcze tort zamówić, bo przecież już jutro ktoś będzie świętował. Tym razem w mniejszym gronie, ale za to w podobnym towarzystwie. Dwóch panów zestarzeje się o rok, a pomiędzy nimi całe pół wieku…
Uciekam więc, bo czas nagli i zanim słońce rozleje się na tarasie muszę podlać moje kolorowe, jedyne w swoim rodzaju PETARGONIE.
Dobrego dnia!

TARAS to po włosku TERRAZZO (wym. terracco)

chłopcy

Część gry

niedziela, czerwca 04, 2017


Nagle ogarnął mnie przejmujący smutek. W jednej chwili zaszkliły mi się oczy, a gardło zawiązało w supeł. Cieszyłam się, że w teatrze światło było mizerne i łudziłam się, że Tomek nic nie zauważył.
- Co się stało? - popatrzył na mnie pytająco tymi swoimi wielkimi, mądrymi oczami.
- Nie … Nic... Nic się nie stało - zamrugałam szybko powiekami. - Podoba ci się?
- Bardzo! A tobie?
- Mi też.
Tomek zafascynowany wpatrywał się w grę kolegów ze starszej klasy, którzy wystawiali swój ostatni szkolny spektakl na scenie marradyjskiego teatru.

***
- Ja nie rozumiem... - dziwił się, kiedy widownia dopiero się zapełniała - Moi koledzy przychodzą z rodzicami, a potem ich zostawiają i siedzą w swoich grupkach.
- Wiesz, to raczej normalne. Młodzi wolą towarzystwo swoich rówieśników, a nie rodziców. Ja się wcale nie pogniewam, jeśli i ty do nich dołączysz. Popatrz F. tam jest. 
W międzyczasie Mikołaj ulotnił się z naszej loży, zostawiając mi na policzku odcisk mocnego buziaka i dziękując za to, że jestem mamą, która żyje przede wszystkim dla dzieci i za to, że to właśnie one są dla mnie najważniejsze. Chwilę potem siedział już w loży z F. Pokazał się tylko na moment w trakcie antraktu, prosząc o wsparcie finansowe, bo wizyta w teatralnym barze jak mówią Włosi - fa parte del gioco. Ot cały Mikołaś!


- Jeśli ja przyszedłem do teatru z rodziną to i z rodziną chcę spędzić ten wieczór. Kolegów mam na co dzień, od rana do wieczora. 
- Jesteś bardzo mądry... Tylko nie rób nic na siłę - poprosiłam. - Jeśli zostajesz ze mną w loży, bo czujesz się w obowiązku, to lepiej od razu śmigaj do kolegów, ale jeśli zostajesz, bo naprawdę chcesz spędzić ze mną ten wieczór, to jest mi więcej niż miło. 

Został ze mną i przez cały spektakl wymienialiśmy się uwagami. Nasze rozmowy już nie były dziecięce… 
Jeszcze wcześniej tego samego dnia podczas popołudniowego spaceru, kiedy  to dreptaliśmy w stronę Capmigno poczułam ten dziwny smutek i żal. Nawet jeśli Mikołaj robił z siebie, tak jak zwykle wariata, nawet jeśli zrywał kwiatki, a nasiona traw garściami wyrzucał w niebo, nawet jeśli rzucanie kamyków z mostu wciąż było najlepszą zabawą, to jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że gdzieś pod skórą dwóch nastoletnich chłopców powoli zagnieżdża się dorosłość.


I kiedy tak siedzieliśmy w loży, wymieniając uwagi na temat granej sztuki, pomyślałam sobie, że czy chcę tego czy nie, to chyba właśnie pewien etap dobiega końca. Rozmawiałam z własnym synem o d'Annunzio, o Wagnerze, o Mozarcie, o Kennedym i o Merlin Monroe i nagle oczy wypełniły mi się łzami. Przez chwilę zapragnęłam, żeby znów stał się maleńkim zawiniątkiem w "sałatnym" ubranku albo małym szkrabem, którego trzymam za rączkę, kiedy stawia pierwsze kroki albo tym, któremu pomagam się przebrać w przedszkolnej szatni...
Był czas, kiedy nie mogłam się doczekać, aż dorosną. Kiedy to ja Matka - Polka, złapię wreszcie chwilę oddechu. Kiedy moje dzieci zamiast być absorbującymi berbeciami, staną się partnerami w podróży, towarzyszami w rozmowie… Jak to mówią? Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić? Tu wprawdzie spełnienie nie ma nic do tego, to tylko naturalna kolej rzeczy, ale jednak coś w tym jest. 
Teraz, kiedy pojawia się ten smutek... smutek - nie smutek, muszę uśmiechnąć się przez łzy i iść dalej, bo przecież wiadomo od pierwszej chwili, kiedy zostaje się matką, że to wszystko … fa parte del gioco.







A o tym, co działo się w sobotę na marradyjskiej scenie opowie już niedługo największy miłośnik teatru jakiego znam, czyli Tomek.

JEST CZĘŚCIĄ GRY - to po włosku -  FA PARTE DEL GIOCO (wym. fa parte del dżioko)

czwartek

"Gry uliczne"

piątek, sierpnia 05, 2016


I to lato, tak jak poprzednie minie niestety bez emocji i rywalizacji pod szyldem Graticoli d'oro. Trzeba jednak przyznać, że o nudzie tak czy inaczej mowy nie ma. Ktoś pomyślał i by zrekompensować zwłaszcza dzieciom brak "złoto - rusztowych zmagań" wyszedł z nową inicjatywą. 
W czasie wczorajszych czwartkowych mercatini, na placu zorganizowano zabawy pod hasłem "bambini in piazza".


Kiedy dorośli popijali aperitivo słuchając muzyki, dzieci chodziły na szczudłach, rozwiązywały łamigówki, grały w prymitywne piłkarzyki, rzucały kostką, przesuwały na lince piłeczkę … 
Oczywiście trzeba przyznać, że zabawy przyciągnęły też i samych dorosłych. Rzucić piłeczką do celu, by zatopić trenera piłki nożnej było dla dzieciaków frajdą niecodzienną, ale kiedy na zydelku usiadł sam burmistrz zaraz ustawiła się po tenisowe piłeczki kolejka starszych, bo okazja by wrzucić do wody władze miasteczka mogła się już nigdy nie trafić. Sama również postanowiłam spróbować swoich sił, niestety bezskutecznie, ale honor uratował Mario, który piłeczkę rzucił z taką siłą, że ta przebiła dno i wyleciała drugą stroną, a burmistrz ku radości zebranych wylądował w beczce wody.








Zabawa była przednia, plac zaludnił się wyjątkowo, żal było iść do domu. Chyba tylko zmęczenie, kilometry które mieliśmy w nogach sprawiły, że nawet dzieci nie protestowały i chętnie ruszyły w kierunku łóżka. A o tym, w którą stronę pojechaliśmy i co widzieliśmy opowiem Wam już w następnych dniach.

ZATOPIĆ to po włosku AFFOGARE