gitara

Świat, logika i Gości powroty.

środa, sierpnia 14, 2019


Największym "komplementem" dotyczącym mojej pracy są powroty naszych Gości. Czasem rok po roku, czasem po kilku latach, ale jak tak patrzę wstecz to z radością stwierdzam, że zdecydowana większość wcześniej czy później powraca do Marradi i Biforco, zdecydowana większość nie poprzestaje na pierwszym razie.
I tak po kilku latach od "pierwszego razu" do Domu z Kamienia znów zawitała M. Tym razem w innym towarzyskim składzie i nie z gitarą, a z ukulele, ale atmosfera była tak samo wspaniała, a wieczór nastrojowy ubarwiony jej niezwykłym głosem. Znowu rozbrzmiała w moim salonie niezmiennie mnie wzruszająca melodia Nim las nim kłos... M. pamiętała.


Potem były też inne melodie i granie z chłopcami. Były rozmowy o tym i o tamtym i kolacja, nad którą głowiłam się pół dnia. Były opowieści o życiu prawdziwym i życiu czasem jak z filmu. Było miło i serdecznie. La la la la... Dalej dźwięczy mi w głowie piękny walc.
Dziś razem z Brygadą M. wyruszymy na "gwiezdną wyprawę". Jutro w Marradi do stołu podadzą dzika, a pojutrze będą hulanki i swawole w Popolano. 
Kolejni Goście jadą i kolejni i Anka zaraz złapie za walizki! A może ktoś jeszcze ma się ochotę przyłączyć do marradyjskich szaleństw?

***
A w ogóle to miałam tyle do zrobienia i portal na moje artykuły czekał... A ja? Ja poza Gośćmi, lekcjami i kolacją czym się zajmowałam??? 

Lepieniem rogów złej królowej! 

Malefica ze mnie będzie jak ta lala!

- Disney to miał chyba jakieś problemy z kobietami - stwierdził Tomek.
- Tak? A skąd ten pomysł?
- Popatrz! Większość jego czarnych charakterów to kobiety! 


 "Świat nade wszystko logiczny chce być..." - śpiewała M., a ja znów pomyślałam o A., która kilka tygodni temu biegała ze mną po górach i Florencji, a tu ni z gruszki ni z pietruszki tak się z jej zdrowiem poplątało... Nie ma w tym sensu ani logiki... 
A. kochana - Ty moja Mądrość i Dobra Dusza - to się wszystko jakoś musi poukładać. Ja wierzę, że tak będzie. Ja wierzę, że my razem na Gamognę to jeszcze nie raz! Pomyślicie ciepło o A.?

"...
Choćby sensu nie było, mieszają się
Czerń i biel, start i cel, żar i lód, skwar i chłód
I ból i lek, maj i śnieg, jawa, sny, śmiech i łzy."

Tak to właśnie w życiu jest...

SENS to po włosku SENSO

gitara

Gitarzysta na scenie

wtorek, czerwca 27, 2017



- Włoski byś trochę przyczesał - zwracam uwagę Mikołajowi.
- Czy ty widziałaś, żeby Slash czy James Hatfield mieli przyczesane włoski??? 
- Hmmmm….
- A ty wiesz w ogóle kto to jest James Hatfield? - pyta po chwili z wyraźną nutą prowokacji.
- No wiesz??!!! Twoja matka nie urodziła się wczoraj i nie jest też aż takim ignorantem. Kiedy ja nosiłam koszulkę Metallica, to ciebie nawet w planach nie było! 
- Oj wiem! - mały gitarzysta uśmiecha się przekornie. - Popatrz, on tak ma te włosy… NIEprzyczesane - Kołtuni swoją gęstą blond czuprynę.


To już trzy lata, kiedy Mikołaj pod skrzydłami Francesco doskonali się w sztuce grania na gitarze… A ja pamiętam jeszcze pierwsze saggio! Zagrał jeden z moich ulubionych utworów - Il mio canto libero - Lucio Battisti. Wzruszona byłam wtedy jak wariat. Wzruszona byłam też rok później i wzruszona byłam wczoraj… Bo jak tu się nie wzruszyć? 


I tak patrzę na tego "maleńkiego", "maleńtasa" naszego najsłodszego… Patrzę sercem matki wciąż do szaleństwa zakochanym i myślę sobie - skąd te moje dzieci tak nagle scenę pokochały??? I jedno i drugie na teatralnych deskach jak ryba w wodzie. Tacy bardzo moi, a zupełnie jak nie ja...


Mikołaj rozkochał się w muzyce. Muzyka wypełnia mu dni i serce. Kiedy tylko może, w każdej wolnej chwili - zawsze muzyka! Dużo w tym na pewno zasługi maestro Francesco, który z małego, brzdąkającego nieudolnie chłopca zrobił prawdziwego gitarzystę. 
Mam nadzieję, że ta pasja dalej będzie się rozwijała i mam też nadzieję, że "szczęście do ludzi" nigdy Mikołaja nie opuści. 
GRAZIE FRANCESCO! 


Jeszcze krótka informacja. 
Wybaczcie dziś nie ma mnie dla nikogo. Na maile, wiadomości odpowiem dopiero jutro, kiedy już będzie PO WSZYSTKIM. Wtedy też dodam kilka nagrań z koncertu. 
Proszę Was też o cierpliwość, bo wątpię by jutrzejszy post ukazał się bladym świtem. Tak czy inaczej wyjaśni jaki był cel wiosennej wyprawy do Chianti. 
Czas na mnie. Kciuki mile widziane!
Dobrego dnia.  

czerwiec

Ostatni czerwcowy tydzień

poniedziałek, czerwca 26, 2017


Podobno od 150 lat w Italii nie było tak upalnego i suchego czerwca. W niektórych miastach odczuwalna temperatura to sporo powyżej 40 stopni. Nawet w Marradi, które zwykle broni się w czasie upałów, termometr przed północą pokazuje 27 stopni. Śpimy pod samymi prześcieradłami, jak na prawdziwe włoskie lato przystało, ale noce są tak duszne, że i prześcieradła momentami zdają się być zbędnym balastem. 
Uwielbiam ten czas. Uwielbiam to palące słońce, ten gorąc piekielny, uwielbiam cykady i spanie pod prześcieradłem. Uwielbiam czerwcowe poranki, kiedy o 6.00 rano wychodzę przed dom, żeby podlać pomidory i już wiem, że nadchodzi kolejny upalny dzień … Bose stopy na kamiennych schodkach...


Ludzie z nizin - z Florencji czy z Romanii uciekają w nasze góry. Parkują samochody na poboczu, tuż przed przełęczą Sambuca, wyciągają biwakowe stoliki, rozsiadają się w cieniu buków, w miejscach najchłodniejszych jakie uda im się znaleźć i siedzą tak z błogostanem malującym się na twarzach z okryciami zarzuconymi na ramiona. Szczęśliwi z faktu odczuwania choć odrobiny chłodu...


Poza gorącem, jest też oczywiście sucho. W Marradi od blisko dwóch miesięcy pokropiło zaledwie kilka razy. W wielu regionach rolnicy mają poważny problem. Trawa na łąkach wygląda tak, jak zwykle w sierpniu, wypalona słońcem, zmęczona latem, a to przecież dopiero początek… 
Pogodowy kwadracik pokazuje, że niby jutro w planie są deszcze i burze, a ja aż drżę na samą myśl, bo JUTRO to zdecydowanie nie jest dzień na taką pogodę! Lepiej, żeby jutro nie padało, choć jak mówią Włosi - sposa bagnata, sposa fortunata...
Nic więcej nie powiem, na szczegóły przyjdzie czas w środę, a tymczasem dziś wieczorem w teatrze koncert z udziałem Mikołaja. Wydaje się jakbyśmy zaledwie wczoraj kupili mu gitarę, a tu już trzecie muzyczne saggio przed nami. Repertuar jak zawsze będzie ambitny. 
Zapowiada się nam bardzo kolorowy tydzień!
Dobrego poniedziałku! 


JEST GORĄCO to po włosku FA CALDO (wym. fa kaldo)

Dino Campana

In un momento...

czwartek, czerwca 08, 2017


Nigdy bym nie pomyślała, że pewnego dnia to mój syn wcieli się w rolę Dino Campana i wyrecytuje moją ulubioną poezję. Ileż to razy jeszcze na warszawskim Grochowie oglądałam scenę z Il viaggio chiamato amore i wzruszałam się bez końca…
Nigdy jednak nie byłam tymi słowami tak poruszona, jak wczoraj...

In un momento
sono sfiorite le rose
i petali caduti
perché io non potevo dimenticare le rose
le cercavamo insieme
abbiamo trovato delle rose
erano le sue rose erano le mie rose
questo viaggio chiamavamo amore
col nostro sangue e colle nostre lagrime facevamo le rose
che brillavano un momento al sole del mattino
le abbiamo sfiorate sotto il sole tra i rovi
le rose che non erano le nostre rose
le mie rose le sue rose.


Poruszona byłam zarówno tymi słowami jak i pozostałymi, bo poezje dzieciaki recytowały niczym dorośli aktorzy. Da brivido! Chciałoby się powiedzieć bis! bis! Jeszcze raz! I w ogóle całe przygotowanie już takie nie dziecinne i te gitary w tle - maestro Francesco i mojego Mikołaja… Mikołaja nagle tak dorosłego.


A potem recytacja się skończyła, światło zgasło i na ekranie pojawiły się słowa najukochańszych nauczycielek i łzy trysnęły jak fontanny i płacz dzieci w głos, tęskny i rozpaczliwy. Scena jak z melodramatu! Czy ktoś widział, żeby cała klasa w głos płakała, bo żegna się ze szkołą podstawową?? A rodzice wtórowali, nosami pociągali, chusteczki w garści ściskali... 


Ze ściśniętym gardłem oglądaliśmy przygotowany dla nas pokaz zdjęć z ostatnich pięciu lat. Śmiech mieszał się ze łzami. Zaskoczeń i wzruszeń nie brakowało przez cały wieczór. Wieczór niezwykły, pełen ciepłych gestów, serdeczności, uścisków. Maestra Federica i Maestra Barbara były przez ostatnie lata jak szkolne mamy. Myślę, że zarówno dzieciakom, jak i nam rodzicom na zawsze pozostaną w sercach.  
Nie mogę przy tej okazji nie napisać klasycznych banałów! Czas gna jak wariat. Zdaje się jakby wczoraj Mikołaj z nieszczęśliwą miną zaczynał pierwszą klasę na warszawskiej Pradze, rok później przestraszony, stał przed marradyjską szkołą w niebieskim fartuszku … Ja sama jeszcze bardziej przestraszona czekałam na jego wrażenia. Nigdy nie zapomnę tamtego dnia, entuzjastycznych słów Mikołaja - tu jest super! Łatwizna!


Mikołaj wsiąkł w tutejsze towarzystwo nieprawdopodobnie. - On taki "nasz" - powiedziała Federica. Na zdjęciach migały bezzębne uśmiechy, karnawałowe stylizacje, wspomnienia z wycieczek … Wszyscy byli poruszeni tym, jak bardzo te dzieci dorosły i tym, że oto zaczyna się dla nich nowy etap w życiu.
Na ich poetyckie pożegnanie ze szkołą podstawową przyszli też inni nauczyciele, a to pokazuje jak niezwykła panuje tu atmosfera...


A potem jakby jeszcze mało było wzruszeń, coś czego się zupełnie nie spodziewałam ... "Wywołano mnie do mikrofonu" i zaraz posypały się podziękowania za mój wkład zdjęciowy w życie całej klasy, podziękowania okraszone szykowną niespodzianką, że aż słów z wrażenia zabrakło...


Po wszystkim odkorkowano prosecco i rozmowy trwały bez końca i gdyby nie to, że jeszcze dziś i jutro wstać trzeba wcześnie, siedzielibyśmy pewnie do północy… Oczywiście to nie koniec pożegnań! Już w niedzielę będziemy się razem bawić, jeść i dalej wspominać...


 In un momento... sono passati questi quattro anni…
W jednej chwili minęły te cztery lata...

Anonim

Jaskółki jeszcze nie odlatują, Mikołaj gra z I Pooh, a ludzie dalej piszą ...

wtorek, września 13, 2016


- Czy jaskółki odlatują na zimę?
- Tak. 
- Ale jeszcze nie odleciały, prawda? 
- Nie. Zwykle szykują się do drogi w październiku. Zbierają się wtedy przez kilka dni, widzisz je grupami przysiadające na drutach, czy gdziekolwiek się da… A potem nagle któregoś ranka dociera do ciebie, że już ich nie ma…
Siedzimy na tarasie i łupiemy orzechy, które nie tak dawno przytargaliśmy ze spaceru. W pudełku już widać dno, a miały być przecież przekąską na zimę. Zmrok zapada powoli, jakby rozleniwiony wciąż letnim upałem, a pod dachem krzątają się jaskółczy lokatorzy.

***


- Dziś wieczorem jest chyba koncert "I Pooh".
- Świetnie! Obejrzymy! 
- Mamusiu czy to będzie "live"?
- Czy to będzie lajw? - pytam Mario.
- Co to znaczy? Czy wy zawsze musicie mnie wprawiać w zakłopotanie tymi angielskimi słówkami? Wiesz jak jest!
- To znaczy czy to będzie "in diretta"?
- Jak się pisze "I Pooh"?
- Pe o o ha.
- O czyli zupełnie tak jak Winnie the Pooh?


Wieczorem rzeczywiście zalegliśmy na kanapie, żeby obejrzeć jak I Pooh grają razem po pięćdziesięciu latach od powstania zespołu. Mikołaj szalał z gitarą, stał na krześle i razem z podstarzałymi muzykami i wtapiał się w ekran telewizora, zupełnie jakby był jednym z nich. Dobrze, że gitara mu nie zobojętniała. M. powiedziała, że i z jego głosem powinniśmy popracować, ale to już zależy od niego. Jedyną publicznością, przed którą nie wstydzi się śpiewać jestem ja…



Na koniec krótki komunikat, bo zdaje się, że moje wczorajsze zdjęcia wzbudziły w niektórych niezdrowe emocje i postanowili stanąć na straży "moralności". 
Swoją drogą to chyba w ostatnich czasach typowe dla Polski, prawda? 
Otóż jeszcze raz przypomnę, kto wcześniej nie doczytał - obraźliwe komentarze pisane jako ANONIM nie będą publikowane. Nie ma sensu bombardować mnie od rana kolejnymi komentarzami jaka to ja jestem, że krytyki nie publikuję. Na szczęście nauczyłam się już kasować bez emocji i mieć to gdzieś, zwłaszcza takie, które szczerze mówiąc nawet mnie bawią i muszę przyznać, że autorom szczerze współczuję, z dwóch powodów. Po pierwsze trzeba być wyjątkowym hipokrytą, żeby komuś prawić morały i nie mieć przy tym odwagi ujawnić się. To jest moim zdaniem niemoralne bardziej niż gołe plecy. A po drugie mamy naturalne podejście do tego co dla innych jest "wstydliwe", moje dzieci wychowują się w zdrowej atmosferze, bez niepotrzebnych średniowiecznych kajdan, bez idiotycznych tabu.
Cisną mi się pod palce silniejsze słowa, ale sama zawsze powtarzam, że nie chcę tu niezdrowej atmosfery, więc sobie daruję. Z wielkim trudem już się zamykam i życzę wszystkim dobrego dnia.

MORALNOŚĆ to po włosku MORALITÀ

codzienność

Patologia

sobota, kwietnia 09, 2016




W czwartkowy ranek po lekcjach wkładam stary dres, rękawice i chwytam za wiadro z farbą. Teraz będę malarzem pokojowym. Mówiłam, że się wszystkiego jeszcze nauczę! Kto powiedział, że ja nie odnowię domu? Ja? To się jeszcze okaże! 
Wystawiam wszystko z kuchni na środek salonu. Zostaje tylko stół, ten ma mi posłużyć za drabinę. Chwytam za pędzel i szast prast, wprawnym ruchem jak pan majster z kilkudziesięcioletnim stażem stroję w biel moją skromną izbę. Po trzech latach patrząc na ściany, zwłaszcza nad kuchnią i nad kominkiem, ogarniała mnie - nomen omen - czarna rozpacz. Co i raz przerywam, robię krok do tyłu, głowę przekrzywiam to w lewo, to w prawo, krytycznym okiem oceniam efekty i cieszę się sama ze swojego dzieła. Zuch ze mnie dziewczyna! Dobrze, że nikt mnie teraz nie widzi - dziurawe dresy, rozciapane, stare balerinki, włosy związane w węzeł, twarz nakrapiana farbą -  ale za to jak skończę będzie można mnie chwalić. Po dwunastej przechodzę do salonu.Nerwowo zerkam na zegarek, czy się aby do wyjścia dzieci ze szkoły ze wszystkim wyrobię. Przesuwam meble do kuchni, stół - drabinę do salonu. Stary antyczny mebel ciężki jest jakby ważył tonę, zapieram się całą sobą, pcham to rękami, to barkiem, a ten ani drgnie. Czuję jak mi do oczu napływają łzy złości. W końcu starcie wygrywam ja, zbieram w sobie całą siłę i przesuwam kredens do kuchni. Łez nie umiem jednak powstrzymać. Płaczę nad samą sobą, że chyba jednak nie jestem taka wszechmocna jak myślałam ...
Dalej jednak pędzlem wywijam, aż mi w barkach coś strzyka i szyja drętwieje. Wałka oczywiście nie mam, więc pędzlem bielę cały sufit i na głos przeklinam jak szewc, żeby sobie ulżyć. 
Czas mija nieubłaganie. Nie ma szans uporać się ze wszystkim przed powrotem chłopców. Poza tym muszę doprowadzić się do ładu i dojść jeszcze do szkoły. Szybka kąpiel, makijaż, marynareczka, koszuleczka, torebeczka - Francja elegancja. W czterech ścianach mogę być jak pan majster, ale na zewnątrz wolę jednak być damą. Wybiegam w pośpiechu, a po około 100 metrach patrzę na swoje stopy, bo jakoś mi tak za wygodnie. Wciąż mam na sobie rozciapane baleriny pochlapane farbą. Dama ...
- Jak się wróciłaś to przysiądź - śmieje się jedna z rodaczek, przechodząca obok. 
- Przysiądę i policzę do dziesięciu nawet! - jak Adaś Miauczyński...
Wpadam do domu, zmieniam buty, zerkam na zegarek i ogarnia mnie panika! Nie ma czasu na żadne przysiadanie, a co tam dopiero liczenie, mam nadzieję, że nic mnie po drodze złego nie trafi.
Do szkoły docieram na czas. Nawet udaje mi się o sklep z farbą zahaczyć. Z wywieszonym językiem, z wypiekami na twarzy, ale jestem pod szkołą. Całe szczęście, bo dziś mam odebrać jeszcze córkę znajomej, więc o spóźnieniu się mowy być nie mogło.
- Ciao amore!
- Mamusiu gdzie gitara?
- Gitara? Boże ...
- Dziś czwartek.
Znów mi się oczy napełniają łzami. Ależ ze mnie ofiara! Czwartek! Czwartek! Mikołaj ma lekcję muzyki na drugim końcu miasteczka. Stoję bezradna bez gitary, z trójką dzieci i mam ochotę rozpłakać się w głos. 
- Nie martw się mamusiu. Francesco ma gitary, zagram na jego.
- Na pewno? 
Dla pewności dzwonię do maestro Francesco. Nie ma problemu, tak jak mówił Mikołaj. 
- Słuchaj, ale musisz iść sam na stację... Dasz radę? 
- Dam, dam, ty się tak nie przejmuj.
- Ale błagam uważaj w zwężeniu!!! (miejsce na wjeździe do Marradi, gdzie ruch jest wahadłowy, a chodnika nie ma). Przyjdę po ciebie za godzinę. 
Sprawa Mikołaja załatwiona. Zostaję z dwójką dzieci i trzema plecakami po 10 kg każdy. Dzieci do wielkich nie należą, więc dwa plecaki zarzucam sama na plecy. Mam też moją torebkę - Francja elegancja, a w niej ... puszkę farby. 
Godzinę później znów pędzę do Marradi, tym razem na stację po Mikołaja. 
Wieczorem jestem wykończona. Nawet droga do łóżka, zdaje się być wielką wyprawą. Nie mam siły na nic. Nawet na to, by cieszyć się białymi ścianami. Został jeden czarny róg. Zabrakło farby. Skończę jutro albo po jutrze... 
Staram się myśleć, że jestem silna, że wszystkiemu dam radę, ale i mnie czasem przygniatają własne słabości. Zmęczył mnie czwartek. Pozbawił sił, a w weekend tym razem o odpoczynku będę musiała zapomnieć. Będzie intensywnie i nawet na wojażowanie czasu nie wystarczy ...
Nie użalam się nad sobą. Nie myślcie, też że robię z siebie herosa. To tylko opowieści zwykłej baby o codziennym życiu. Nie każdego dnia musi być poetycko, choć jak się tak zastanowić ... mój salon teraz to - nomen omen - czysta poezja ...
Życzę Wam leniwego weekendu!  

Dopisane rankiem:
- Nad czym myślisz?
- Nie wiem jaki mam dać tytuł.
- A o czym pisałaś?
- O tym jak malowałam, jak pałakałam, jak gitary zapomniałam.
- Patologia? 
Tak to mnie dziecko podniosło na duchu! Niech więc tytuł zostanie. Patologia.

IMBIANCARE - to znaczy WYBIELIĆ

gitara

Muzyczne tęsknoty

piątek, kwietnia 08, 2016


- Mamusiu, a która to piosenka gdzie Lucio śpiewa Io vivrò... ?
- O ta, posłuchaj.
Mikołaj śpiewa z Lucio na całe gardło, a ja się znów wzruszam i po cichu śpiewam razem z nimi. Najpiękniejsza muzyka, najmilsze słowa, przy których wszystko w środku aż drży. Obrazek dość abstrakcyjny - już kiedyś to pisałam, ale abstrakcja wciąż jest abstrakcją - dziesięcioletni polski chłopiec śpiewa i gra razem z wielkim, włoskim artystą, artystą gdzieindziej nieznanym, niekomercyjnym. Dumna jestem z Mikołaja, z jego gustu podążającego starymi szlakami, z jego wrażliwości, z samozaparcia. 
- Uwielbiam, jedna z piękniejszych! Ale jeszcze bardziej lubię La luce dell'est.
- Ja też! Piccoli stivali ... - znów zaczyna podśwpiewywać. - A wiesz mamusiu co zagram na saggio (występ na koniec roku)?
- Pewnie Battisti, ale co nie wiem.
- Ale chyba nie z intro gitarowym? To trudne!
- No nie, jeszcze takim mistrzem nie jestem. 
- A zaśpiewasz też?
- Nie.
- Ładnie śpiewasz! Znasz już wszystkie słowa na pamięć!
- Zaśpiewa Francesco (nauczyciel).
- Nie mogę się doczekać!
Tak nam dziś muzycznie od rana. Jakieś w duszy tęsknoty grają. Wszystko się miesza. 
Miłego weekendu Wam życzę, chwalę się własnoręcznie, samodzielnie odmalowanym mieszkaniem i zostawiam Was z Mikołajem, który gra specjalnie dla Czyteników


NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ - to po włosku NON VEDO L'ORA (wym. non wedo lora)

akcent

Co u Mikołaja słychać...

niedziela, lutego 21, 2016



Drużyna Mikołaja wygrała sobotni mecz 7:0! To był prawdziwy pogrom, a radość dzieciaków z tak spektakularnego rezultatu bezcenna. Mikołaj, jak już nie raz pisałam, w drużynie odnalazł się wspaniale i w każdej wolnej chwili tańczy z piłką przed domem, by dorównać tym, którzy na poważnie trenują trochę dłużej niż on. 
Podziwiam go za wytrwałość i samozaparcie, tym bardziej, że w tym roku obowiązków ma sporo, według mnie nawet za dużo, ale póki sam chce - nie zabraniam, choć przyznam, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem tysiąca dodatkowych zajęć. Dzieci muszą mieć czas na beztroskę!


Oprócz treningów, jest gitara - druga pasja Mikołaja, w której również robi postępy. Co i raz prezentuje z dumą nowy utwór, który doskonali. Ostatnio na topie Guns'n'roses.

Oczywiście najważniejsza i pierwsza przed jakimkolwiek hobby jest szkoła i tu również radzi sobie świetnie, o czym świadczy odebrane w tym tygodniu świadectwo. Czasem tylko daje się zwieść brawurze, coś przeoczy, niezbyt dogłębnie zapozna się z tematem, przekonany, że raz przeczytać w zupełności wystarczy. Ale to drobiazgi do wypracowania. Natomiast włoski i matematyka - rewelacja i jak same nauczycielki powiedziały: "nie złość się na niego, jeśli coś mu nie wyjdzie, Nicola dokonał prawdziwego cudu, żadna z nas już nie pamięta, że to dziecko nie jest włoskiego pochodzenia". 
Rzeczywiście - co do języka - sama muszę przyznać, że jego włoski jest doskonały i nie ma nawet śladu obcego akcentu. Wręcz przeciwnie - ten "mały" spryciula nauczył się mówić z nalotem fiorentino i romagnolo, przeskakuje jak z kwiatka na kwiatek, bawiąc się akcentem i nas, jak stary kabareciarz, doprowadzając często do łez.  

Ma Mikołaj jeszcze jedno poważne zajęcie w tym roku - pierwsza Komunia. I o tym napiszę chyba jednak w osobnym poście, bo myślę, że to ciekawy temat. Nawet jeśli z zasady na blogu nigdy nie dotykam religii i polityki, to jednak kwestia Komunii jest według mnie niezwykle interesującym tematem. Okazuje się, że można do niej podejść bez tej całej wstrętnej, komercyjnej otoczki, bez złoconych ornatów dla proboszcza, bez wydawania kroci na przyjęcie w restauracji, bez dylematu matki - w co ja się ubiorę? - jakby w tym wszystkim, to była kwestia najistotniejsza, bez szaleństwa ze strojami, albami, filmami....
Kiedyś, przed emigracją mówiłam - do pierwszej Komunii poślę Mikołaja w Polsce. Teraz zupełnie sobie tego nie wyobrażam i już wiem, że właśnie tu czeka nas piękne wydarzenie. Ale o tym i o kościele włoskim napiszę więcej już wkrótce. 

ZAJĘCIE to po włosku IMPEGNO (wym. impenio)