atrakcje

Na scenie raz jeszcze, zabawa trwa, a lipy tak pięknie pachną...

niedziela, czerwca 11, 2017


Verdi, Mengoni, Dylan, Adiemus, Beach Boys… Scena marradyjskiego teatru w ostatnich dniach nie ma chwili odpoczynku. W sobotni wieczór znów stanęły na niej dzieciaki. Była to rozszerzona powtórka występu w Lucce. Chór pod przewodnictwem profesora muzyki składał się z około pięćdziesiątki dzieciaków - ku mojej radości klasa piąta i druga "media" z Marradi plus uczniowie z sąsiedniego Palazzuolo. Dla mnie osobiście wydarzenie wyjątkowe, bowiem tym razem na jednej scenie wystąpili jednocześnie Tomek i Mikołaj. Nie wiem czy to się jeszcze kiedyś powtórzy ...


Do dziecięcych, włoskich chórów mam słabość od dziecka. Jako mała dziewczynka oglądałam Piccolo Coro dell'Antoniano i nadziwić się nie mogłam… Jacy oni byli wszyscy ładni, jacy WŁOSCY, jak pięknie śpiewali…
Minęło lat … sporo i teraz na mniejszej nieco scenie, ale równie włoskiej moi chłopcy. Tyle nowych doświadczeń, tyle wspaniałych wspomnień, tyle niezwykłych ludzi stanęło na ich drodze.  


Żal mi było jak nie wiem co, że w ten sam wieczór zorganizowano pierwszą w sezonie stralunatę. Oczywiście wiadomo było, że chóru nie porzucimy, nocne wyprawy jeszcze będą, a takie momenty, jak miniony wieczór mogą się już nie zdarzyć… 

Taniec irlandzki w wykonaniu dzieci z Palazzuolo
Ostatni raz na scenie w takim składzie. Piąta "a" i maestre Federica i Barbara. 
 A dziś atrakcji ciąg dalszy! Tak nam się klasowo trudno rozstać, że spotkamy się jeszcze raz - już poza sceną, poza błyskiem fleszy, swojsko i rodzinnie spędzimy cały dzień na zabawie i piknikowaniu.  
A jutro? A jutro znów coś się będzie działo i pojutrze i tak dalej. Choć chciałabym też jeden dzień bez niczego, bez wielkich atrakcji, cichy i codzienny, by od rana do nocy móc się tylko zapachem lip zachwycać… Tak jest pięknie, tak wszystko pachnie, mam wrażenie, że to wszystko upaja jak schłodzone prosecco, że nogi miękną, w gardle ściska, toskański czerwiec… Amore mio….
  
POJUTRZE to po włosku DOPODOMANI (wym.dopodomani)

atrakcje

Księżycowa wyprawa

niedziela, czerwca 19, 2016


W ciemności sunie parada światełek, wysoko, górskim szlakiem, którego już nie widać, bo wszystko spowiła czerń nocy, światełka przesuwają się jedno za drugim, zupełnie jak zdyscyplinowane świetliki. 
Ciszę Apeninów co jakiś czas przerywają tylko trzeszczące odgłosy z krótkofalówek i zasapane oddechy wędrowców. W oddali majaczy oświetlenie z namiotów przygotowanych do biesiady. W końcu zbliżamy się do celu…


Pierwsza w tym sezonie stralunata już za nami. Cel osiągnięty, wrażenia niezapomniane, w nogach mniej więcej dziesięć kilometrów, satysfakcja ogromna, przeżycie jedyne w swoim rodzaju! Nie martwią nawet spalone kalorie odzyskane na koniec z nawiązką. 


Co to jest marradyjska stralunata? To górska wyprawa, w asyście myśliwych, która kończy się w nocy wspólnym biesiadowaniem. Sobotnia eskapada wystartowała około 20.00 spod kościoła na Gamberaldi. Mniej więcej stu uczestników w każdym wieku - z silną reprezentacją dzieci i starszej generacji, kilka psów i oczywiście asysta organizatorów. Cel Fontana Moneta i powrót na Gamberaldi. Trudność trasy tym razem - średnia. Zalecenia - odpowiednie ubranie, plecak i latarki. Na zakończenie wyprawy uczta - penne w sosie pomidorowym, risotto z prawdziwkami, mięso z rusztu, świeże pomidory z bazylią, crostata z jeżynową konfiturą, wino, kawa i mocniejsze dodatki. Koszt 10 euro, dzieci do lat 14 gratis.


Słońce powoli zachodzi, zaraz zrobi się mniej przyjaźnie, ale zanim nastanie noc niebo jeszcze na chwilę przysłania swoją twarz złoto różowym welonem... 
Kiedy dochodzimy do zabudowań Fontana Moneta dnia już prawie nie ma, zaczyna panować coraz głębszy mrok. Kto ma, wyciąga z plecaka oświetlenie, kto nie ma, musi trzymać się blisko lepiej wyposażonych uczestników wyprawy. W ciemności nie widać absolutnie nic, ani którędy prowadzi szlak, ani gdzie stawia się stopy. Znów przeskakujemy przez strumyk, wspinamy się stromo i zaraz znów osuwamy w dół. 
Jest nas pokaźna grupa, chłopcy z przyjacielem idą na czele wyprawy, towarzyszą nam Goście Turyści, którzy tym niezwykłym akcentem kończą swoje wakacje. Mam nadzieję, że będzie to dla nich jak kieliszek dobrej, mocnej grappy po smacznej i obfitej kolacji, mam nadzieję, że Stralunata stanie się niebanalnym dopełnieniem marradyjskiego czasu i zachętą by powrócić tu jak najszybciej…
Ja sama natomiast, mam zamiar nie przegapić ani jednej następnej czy to stralunaty czy strastellaty. Jak można siedzieć w domu, kiedy na zewnątrz dzieją się takie rzeczy?

Oto moja krótka fotorelacja. Z racji marszowego tempa zdjęć "świetlików" nie mam, jedynie kilka sekund zatrzymane telefonem.


NOCĄ to po włosku DI  NOTTE  (wym. di notte)