dzieci

Viva Vivaldi!!! - trzecia "a" na scenie!

poniedziałek, czerwca 11, 2018


Viva Vivaldi! Viva trzecia "a"! Viva Nauczyciele! Viva marradyjska szkoła! 
Za nami przepiękny  spektakl. Niezwykle kolorowy, niebanalny, z dawką muzyki klasycznej i dobrego humoru. 
Myślę, że już zawsze Tomek i jego koledzy na dźwięk muzyki włoskiego kompozytora będą wracać pamięcią do tego wieczoru. Ja na pewno. 
"Cztery pory roku" były osią sztuki. Wiosna, Lato, Jesień i Zima przeplatały się z poezją, muzyką w wykonaniu dzieciaków - okazuje się, że nawet szkolny flet przy odpowiednim akompaniamencie może dobrze zabrzmieć i pełnymi niebanalnego humoru skeczami. Czapki z głów za kostiumy, za pomysł, za oprawę multimedialną i za wykonanie! 

Scena z udziałem Tomka była arcy zabawna i - wierzcie mi - nie mówię tego jako zaślepiona matka. To inni rodzice podchodzili do mnie i gratulowali, że taki na pierwszy rzut oka cichy i spokojny chłopak, na scenie przeistacza się w prawdziwego aktora, błyska humorem i klasą, improwizuje, maluje sobą niezwykły obraz. 

Jestem jeszcze pełna emocji, jeszcze trudno mi to sobie w głowie poukładać. Chyba nawet mam ochotę rozpłakać się z żalu, że już po wszystkim. Dociera do mnie, że to była Tomka i jego kolegów ostatnia szkolna recita na deskach marradyjskiego teatru. Wielkimi krokami zbliżamy się do egzaminów…

Po występie nastąpiła seria podziękowań. Obecni byli nawet nauczyciele, którzy pracowali z klasą w minionych latach. To dzieciaki same zorganizowały się z kwiatami i drobnymi upominkami, rodzice nic a nic w tym nie uczestniczyli. Szczególne podziękowania powędrowały do prof od matematyki i scienze, która po kilkudziesięciu latach przechodzi na zasłużoną emeryturę. 

Italia nie byłaby Italią, gdyby taki wieczór nie zakończył się przy stole. Dzieciaki i nauczyciele poszli razem na pizzę i moje, jeszcze wczoraj małe dziecko, zawitało do domu dopiero o 1.30.
Tak się wszystko zmienia… Czas nabrał nieprawdopodobnego rozpędu…

I na koniec jeszcze moje prywatne „grazie”. Grazie i dzieciom i nauczycielom i przeznaczeniu, że los rzucił nas właśnie tu, ale szczególne GRAZIE dla prof Coceani, który przez trzy lata był prawdziwym opiekunem Tomka klasy. Wspierał, pomagał, inspirował, zachęcał, kierował, po prostu BYŁ, był naprawdę, tak jak powinien być nauczyciel. GRAZIE di CUORE. 
A oto fotorelacja: 

dzieci

Klub wielbicieli kanapek

czwartek, marca 22, 2018


- Nie martw się Pusia - mówi Tomek. - Jak chcesz to zagram ci "Primaverę" na flecie. 
- Zagraj ... Chociaż tyle...
Około 16.00 w Biforco po śniegu nie było już właściwie śladu, ale okoliczne wzgórza zrobiły się znów białe i krajobraz wyglądał jak banalny obrazek towarzyszący styczniowi w kalendarzach jakie pamiętam z dzieciństwa.    
- Mogę zagrać z tobą? - Mikołaj przysiadł się do Tomka z gitarą elektryczną. 
Vivaldi w duecie, klasyka w szkolnym wydaniu z rockową nutą. Dzięki chłopcom odzyskałam na chwilę dobry humor. 



- Pusia, a czy jutro mógłbym do szkoły dostać większą kanapkę? 
- Możesz, a ta dziś była za mała?
- Nie, ale jutro obiecałem M. większy kawałek.
- Słuchaj, a czy twoi koledzy to noszą do szkoły drugie śniadanie?
- Noszą, ale twoje kanapki bardziej im smakują.
- To tylko zwykła kanapka. 
- Wiem, to tylko szynka, trochę majonezu i papryka. A słuchaj ... dziś E. się mnie pyta: "co to jest to czerwone co jesz?" No to mu mówię, że to właśnie papryka, a on zdziwiony: "to panino się je z papryką???" Twoje kanapki mają wiernych fanów. Codziennie się z kimś dzielę. 
- To kto jest w tym kanapkowym fanklubie? 
- M. i M. i N. oczywiście, czasem F. i nawet S.   
- A to dobre! mam nadzieję, że jak już wszystkich obdzielisz to dla ciebie też coś zostaje. 
- Czasem niewiele, dlatego jutro daj mi duże panino
- A pamiętasz jak się kiedyś dzieci zdziwiły, kiedy zanieśliście do szkoły surowe marchewki na przekąskę? 
- Pamiętam... Pytali: "to marchewki można jeść na surowo???" 



Podwójna dawka panino leży już przygotowana, a ja czuję się jak kanapkowy mistrz.

Notka pogodowa. 
W nocy nie chwycił zapowiadany mróz i ponoć z każdym dniem ma być już tylko cieplej, ale jakoś mi skrzydła chwilowo opadły, bo przecież góry powinny się już zielenić, tymczasem ...

KANAPKA to po włosku PANINO (wym. panino)

szkoła

Wenecja słowami Tomka

sobota, listopada 25, 2017


Witam bardzo czytelników Domu z Kamienia, to znów ja, Tomek i dziś możecie przeczytać moją opowieść z wycieczki do jednego z najbardziej znanych i najładniejszych miast na świecie... Wenecji. 
Kiedyś ze szkołą byłem w tym mieście na wycieczce dwudniowej lecz ostatnio miałem możliwość odwiedzenia tego miasta kolejny raz, no i proszę... 

Pojechaliśmy tam i sobie przypominaliśmy dawne miejsca i cały czas można było usłyszeć: "O to nasz hotel!", "Tak, tak pamiętam! Przechodziliśmy tym mostem!" czy też, "O jej! To ten dom! Pamiętam go!". 

Podróż zaczęła się rano o wczesnej porze, coś około piątej. Tylko zanim się to zaczęło to oczywiście musiałem się obudzić. Wobraźcie sobie jakie to trudne obudzić się o czwartej i pół dla śpiocha! Ale wracając do naszej podróży, wyjechaliśmy autobusem do Faenzy. Tam nie było zbyt miło, bo nie było osoby, która nie siedziała przed telefonem. Ja niestety musiałem siedzieć sam i patrzeć za okno. No ale na szczęście dojechaliśmy na stacje, do Faenzy. Teraz musieliśmy dojechać do Bologni. W pociągu miałem przed sobą staruszka który dziwnie patrzył na mnie i na mojego kolegę. Gdy dojechaliśmy do Bologni przesiedliśmy się do innego pociągu i to nie byle jakiego! Był to dwupiętrowy pociąg i dla wielu z nas był to pierwszy raz. Tu koszmar wrócił i znowu moi koledzy siedzieli przyklejeni do telefonów! Ja sobie rysowałem, a tu niespodziewanie jakaś pani zapytała się mnie czemu nie siedzę tak przyklejony do telefonu jak moi koledzy; ja odpowiedziałem, szczęśliwy, że mogę w końcu pogadać, że nie lubię tak marnować czasu i że mnie to nudzi, pytała się też gdzie jedziemy z wycieczką, a ja z przyjemnością odpowiadałem. 
 

Po kilku godzinach drogi dotarliśmy do Wenecji. Gdy wyszliśmy ze stacji w tym pięknym mieście ujrzeliśmy wielki pałac, w końcu słońce i jasne niebo oraz długi most i wielki kanał. Ten most pamiętałem i był tak jak wtedy pełen tłumu ludzi! Po długim czasie dotarliśmy na druga stronę kanału. Chodziliśmy długo, ale było wtedy przyjemnie. Przeszliśmy przez pewien plac, którego nazwy niestety nie znam lecz jest on ładny i byliśmy na nim kilka lat temu na wycieczce dwudniowej. Pamiętam go, bo był tam pewien pan, który rysował; zatrzymaliśmy się też na takim maleńkim moście, bo kilka osób chciało na nim zdjęcie. Tam trochę czekaliśmy, bo byli jacyś turyści, którzy wpadli na ten sam pomysł. Ciekawe jest to że rozmawiali między sobą i zrozumiałem od razu, że nie są z Włoch, to byli Polacy! Dziwne, chodzimy sobie po Wenecji, a tu nagle Polacy, pewnie nie zdawali sobie sprawy że, gdy oni narzekają że jest tu pełno dzieci i że robimy hałas, jest między nimi Polak, który to wszystko rozumie!  

Po tej "sesji zdjęciowej" ruszyliśmy dalej. Naszym celem była wystawa o Antonio Vivaldi (dla tych którzy nie wiedzą kto to jest, otóż jest to najbardziej znany Włoski kompozytor z XVII wieku jeśli się nie mylę). Gdy doszliśmy, dostaliśmy coś w rodzaju słuchawek przez które słuchaliśmy historie o Vivaldim. Większość rzeczy już wiedziałem, ale pewna rzecz mnie zaskoczyła: Vivaldi został pochowany w identyczny sposób do Mozarta czyli, że został pochowany w Wiedniu w jednym z tych wspólnych grobach dla biednych, który po włosku się nazywa "fossa comune"
Po wysłuchaniu zwiedzaliśmy pokoje, w których słuchaliśmy muzykę Vivaldiego i oglądaliśmy animacje z nim związane wyświetlane na ścianach, co wyglądało spektakularnie!
Najładniejsza animacja była ta ostatnia, której niestety nie umiem opisać. Po wystawie przeszliśmy się jeszcze trochę po Wenecji. Zjedliśmy nasze kanapki obok Piazza San Marco, gdzie było pełno mew i gołębi. Ja cały czas miałem na sobie kaptur aby uniknąć niemiłej niespodzianki z nieba... Po zjedzeniu poszliśmy zwiedzić Basilica di San Marco, która okazała się przepiękna!  

Jedyna rzecz, którą się zawiodłem to że... Piazza San Marco nie była zalana wodą! Na tym mi zależało i nawet sobie założyłem nieprzemakalne buty, a tu nic! 
W drodze powrotnej na stacje niektórzy moi koledzy chcieli wejść do jakichś sklepów, no więc się zatrzymaliśmy. Gdy każdy był zadowolony ze swoich zakupów poszliśmy na stacje i tam zaczął się nasz powrót do domu. Czekaliśmy długo zanim przyjechał pociąg. Gdy już była ciemna i zimna noc wróciliśmy w końcu do Marradi. Następnego dnia wróciliśmy do szkoły... prosiłem mamę żeby mnie nie wysyłała ale jednak moje błagania nic nie dały...
Na wycieczce było super, bardzo mi się podobało to, że mogliśmy odwiedzić te miasto będąc starsi, więc bardziej się przyglądaliśmy miejscom, które zwiedzaliśmy...
To na tyle z mojej opowieści. Mam nadzieje, że czytaliście to z przyjemnością i że niedługo będę mógł napisać nowe opowiadanie.
***
 Oto co to znaczy być dzieckiem w Italii! Na wycieczki jeździ się do Wenecji! Ten wyjazd miał być zapoznaniem się z postacią Vivaldiego, którego to życie będzie tematem spektaklu wystawianego przez klasę na koniec scuola media. Nic już dodawać nie muszę. Tomek chyba wszystko opisał najlepiej jak umiał. Proszę wybaczcie potknięcia gramatyczne i błędy stylistyczne. To pisanie jest właśnie przyczynkiem do lekcji polskiego i cieszę się, że tym publikowaniem dla Was Tomek jest coraz mniej onieśmielony. Do tekstu pozwoliłam sobie wstawić tylko kilka przecinków, całość zachowana w oryginale.
Dobrego weekendu!!!

Ps. Zdjęcia pochodzą z mojego własnego archiwum. 

SŁUCHAĆ MUZYKI to po włosku ASCOLTARE LA MUSICA