- Ten San Zanobi... to w ogóle nam nie po drodze... - powiedziałam jeszcze przy obiedzie.
- Ale ja po to przede wszystkim jechałem - z Tomka argumentem trudno było polemizować.
- Dobrze. Pojedziemy i tam.
Po obejrzeniu pokazu na Passo del Giogo zjechaliśmy znów do Firenzuoli - trzeci już raz tego dnia - i ruszyliśmy na Passo della Raticosa - dla równego rachunku trzecie tego dnia ważne passo - mniej znanych było oczywiście więcej.
Na przełęczy, która dzieli Emilię Romanię i Toskanię było zatrzęsienie motorów. Takiego zatrzęsienia i natłoku dwóch kółek to jak żyję nie widziałam. Raticosa jest z tego znana, już samo jej położenie, rozlokowanie daje warunki do prawdziwych zlotów. Zatrzymaliśmy się tylko na sekundę, by zrobić jedno zdjęcie i ruszyliśmy dalej. Wyczekany przez Tomka Sasso di San Zanobi jest zaledwie kilka minut drogi dalej.
Krajobraz w tej dolinie jest zadziwiający, fantazyjny, inny niż w jakimkolwiek innym miejscu. Kostropate skały, łyse zbocza gór upstrzone kamieniami i do tego bardzo skromne zaludnienie.
Nie tak daleko od naszej zielonej doliny Lamone, a jakże inaczej.
O samym Sasso di San Zanobi i o legendzie związanej z tym miejscem opowiadałam już kiedyś.
Dziś dodam tylko, że choć skała zachęca do wspinaczki, to jednak nie ma tu żadnego szlaku. Warto więc uważać i nie przesadzać z chojrakowaniem.
Jedyna rzecz jaka się zmieniła od czasu naszej ostatniej bytności, to zdjęcie i tablica pamiątkowa młodego szefa skautów, który zginął u stóp sasso, prawdopodobnie próbując wspinać się na samą górę. Napis na tablicy ustawionej z woli rodziny głosi: ku przestrodze, by uniknąć w przyszłości podobnych wypadków.
Tomek przy sasso zamienił się jeszcze raz w dziesięcioletniego chłopca. Znów była zabawa i dłubanie w kamykach, tak jak to bywało w bardzo dawnych czasach. Tomek twierdzi, że to jego ulubione miejsce w naszej szeroko pojętej okolicy.
Patrzyłam jak się wita ze skałą i znów dopadła mnie tęsknota. Najpierw nie możemy się doczekać aż dorosną i oddadzą nam "wolność", a potem tak bardzo nam żal, tak bardzo znów chciałoby się potrzymać za rączkę, znów być alfą i omegą, najwyższym autorytetem, znów odpowiedzieć na serię abstrakcyjnych pytań i móc ich fotografować do woli...
I tak oto sierpień spadł z afisza i premierę ma dziś wrzesień. Niech nam ładnie króluje, niech przyniesie to co dobre, niech się ładnie pisze.
Dobrego dnia! Dobrego września!
ŻAL to po włosku RAMMARICO (wym. rammariko)











