ludzie

Antidotum

niedziela, grudnia 10, 2017


Na Passo della Sambuca ku mojemu zaskoczeniu śniegu ledwo ledwo. "Kaszośnieg", który przeturlał się nad Marradi był ogonem tego, co przesunęło się tym razem na południe. Nawet San Marino znalazło się pod śniegiem, a tymczasem u nas już po obiedzie zapanowało niebieskie sklepienie. Z naszego lokalnego Bieguna Północnego roztaczała się panorama mało zimowa. Widać było z daleka, że nawet w Palazzuolo ani krztyny bieli. Z tysiąca metrów Sambuki można było wyraźnie wytyczyć granicę niepogody.


W tym wszystkim tylko zimno było upiorne. To znaczy upiorne zważywszy na miejsce w jakim mieszkam, bo w Polsce powiedziałabym po prostu - ot zima, a tu w Toskanii -2 zdaje się czymś niedopuszczalnym! Monumentalne skały, do których przykleja się droga ozdobione były soplami, które zmroziły w sobie resztki jesieni. Aż się wierzyć nie chciało, że dopiero co byłam tu, żeby kolorowe buki fotografować.
Tym razem wyszłam z domu nie tylko, żeby uwiecznić zimę, ale przede wszystkim żeby głowę przewietrzyć. Góry pomagają, oczyszczają ze złych emocji, pozwalają odnaleźć spokój… przynajmniej na chwilę. Złe słowa niestety wciąż mają moc. 
 

Na złe słowa przyszło na szczęście antidotum… 
B. dziękuję z całego serca, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wielką radość nam sprawiłaś. Nasza piękna choinka jest teraz jeszcze piękniejsza i myślę, że tak jak ja wspominam bibułkowe baletnice, które robiły moje ciocie, tak kiedyś chłopcy będą wspominać Twoje kordonkowe aniołki, gwiazdki i bombki… Dziękujemy.   


 A dziś druga niedziela świątecznych mercatini. Zobaczymy czy miasteczko bardziej się zaludni i czy pogoda dopisze. Miejmy nadzieję, że dzień przyniesie coś dobrego. 

GWIAZDKI to po włosku STELLINE (wym. stelline)

Appennino Tosco - Romagnolo

Goście na górskich ścieżkach - letnia odsłona Ca' di Cicci

poniedziałek, czerwca 19, 2017


Na Sambuce gorąc nie był wcale taki dotkliwy. Niektórzy ze mną na czele zaczęli nawet przebąkiwać, że być może za lekko się ubrali… Wrażenie było jednak chwilowe, bo już po kilku krokach i pierwszym podejściu głosy mówiące o chłodzie zamilkły, a w drodze powrotnej, kiedy słońce rozgrzało, rozpaliło się na dobre nikt już tego początkowego chłodu nawet nie pamiętał…


Goście mieli ochotę na górską wyprawę, a zatem po dłuższym namyśle - bo to zawsze trzeba dopasować się do potrzeb i możliwości całej grupy - zaproponowałam jeden z moich ulubionych szlaków - trasę do Ca' di Cicci...


Czerwiec, niedziela, dzień wściekle gorący … Droga, nim dojechaliśmy na miejsce, oblepiona była pojazdami wszelkiej maści. "Piknikowicze" stacjonowali na każdym zakręcie. Pomyślałam przez chwilę, że może to nie był szczęśliwy pomysł z wyborem akurat tego szlaku… Wyobrażałam sobie kamienną chatkę z chaosem panującym dookoła i nas jedzących gdzieś na kamieniu, na kolanie, byle jak. Tymczasem...


Przez całą trasę spotkaliśmy tylko parę starszych wędrowców, którzy pozdrowili nas serdecznie, a poza nimi jedynymi towarzyszami wyprawy były motyle i umykające w popłochu jaszczurki… A tych motyli chmary całe, bo i kwiatów zatrzęsienie - fioletowe, białe, żółte, lila, niebieskawe… 
Byłam tu niespełna dwa miesiące temu, a świat tak się zdążył przeobrazić. Zieleń bujna wykipiała odcinając niemal dojście do Pian dell'Aiara. I sama Ca' di Cicci jakaś taka jeszcze mniejsza niż zwykle się w tym gąszczu wydała… 
Wciąż jednak zachwycające, wciąż mnie to miejsce zadziwia. Będę koniecznie musiała wrócić tu jesienią, kiedy buki zrobią się "w podeszłym wieku"...

Pian dell'Aiara
Kwiaty we włosach...
Kwiaty na łące...
Czy komuś było chłodno dwie godziny wcześniej?
Zbawienny kawałek cienia!!

Spędziliśmy leniwe popołudnie, choć oczywiście okupione lejącym się potem. Wracaliśmy w słońcu palącym niemiłosiernie i znów spotkaliśmy starszych wędrowców.
Po krótkiej rozmowie i wymianie informacji o szlakach kobieta zmylona towarzystwem mówiącym w nieznanym jej języku zapytała:
- Jesteście cudzoziemcami? Tak dobrze mówisz po włosku!
- Tylko ten akcent "straniero", prawda? - uśmiechnęłam się.
- No właśnie nawet nie tyle "straniero", co "strano". Nie umiałam go zlokalizować na językowej mapie.
Uwielbiam takie chwile! Momenty, kiedy mój akcent nie zdradza pochodzenia są dla mnie  - językowego fascynata - największą nagrodą i wyróżnieniem. 
Pożegnaliśmy się serdecznie i ruszyliśmy dalej.


Czekał na nas wodospad Presia i lody w Palazzuolo. 
A ja nie wiedziałam jeszcze, że całkiem niespodziewanie, nim zajdzie słońce, ktoś mnie odwiedzi i wieczór zakończy się tak kolorowo, w doborowym towarzystwie. Każda chwila z Contessą i Lexem jest niebanalna! A historii miłości słucha się zawsze z zapartym tchem… Grazie Ellen. 


DZIWNY to znaczy STRANO (wym. strano)

Ps. Wybaczcie opóźnienia w publikacji postów, ale w czasie wakacji rytm nasz jest zupełnie inny… Dziękuję za wyrozumiałości i życzę Wam dobrego tygodnia.

Ca' di Cicci

Ca' di Cicci - świat do kochania

poniedziałek, lutego 20, 2017


Jakbyśmy się nagle znaleźli na końcu świata… Cisza i przestrzeń. Nieśmiały szelest natury budzącej się pod zeschniętymi bukowymi liśćmi i oślepiające słońce. Tylko my, góry i mały kamienny domek … I jeszcze dwójka innych wędrowców posilających się przy stole. Gdybyśmy poszli kawałek dalej dotarlibyśmy do opuszczonej osady, a jeszcze dalej do Casetta di Tiara, ale to wszystko zostawiliśmy na inny raz. Dziś miało być tylko kilka kroków, a i tak zrobiła nam się całkiem poważna górska wyprawa… Przecudowna wyprawa... 


Kiedy już ja uporałam się z sadzeniem szalotki, Tomek rozwiązał wszystkie zadania z teorema di Pitagora, a Mikołaj przegrał mecz. Zjedliśmy w pośpiechu obiad i tak jak planowaliśmy wyszliśmy z domu z butelką wody i kilkoma ciasteczkami. Mario już czekał z gotowym pomysłem. 
- Sambuca, a potem zobaczymy, obierzemy któryś ze szlaków. 
Moja ukochana Sambuca. Jako piechur nie zgłębiłam jej jeszcze tak, jak na to zasługuje, ale w tym roku mam zamiar to nadrobić. Chcę poznać każdy kamień i drzewo, każdy jeden malunek na skale, każdy widok, szałas i ławeczkę, każdy metr tutejszych ścieżek. Najbardziej kusił mnie od zawsze miniaturowy kamienny domek przyczepiony do półki skalnej - Ca' di Cicci… I oto w słoneczne lutowe popołudnie całkiem nieoczekiwanie, nieplanowanie dotarłam tu, gdzie chciałam. 


 Szlak z Passo della Sambuca do Ca' di Cicci nie jest trudny. Nie ma gwałtownych różnic wysokości, miejscami szutrowa, miejscami kamienista droga płynie łagodnie, to wznosi się to opada, kręci wśród skał mugellańskich i bukowych lasów. Tu i tam częstuje widokiem, że aż człowiekowi słów zaczyna brakować, aż musi usiąść z wrażenia, kiedy na horyzoncie zaśnieżone Alpy zaczynają majaczyć. Ale i o tym ktoś mądry pomyślał i w wielu miejscach ławeczki ustawił, by spokojnie móc usiąść i to piękno dziko toskańskie kontemplować.


 - Mamusiu daleko jeszcze? - pytał Mikołaj niby zmęczony, ale jednak to tu to tam przystawał, kije nowe zbierał, to czymś w przepaść ciskał, energia w nim była niewyczerpana.
- Za tym zakrętem - powtarzałam kolejny raz, choć nie miałam pojęcia ile jeszcze tych zakrętów przed nami.


 - Mamusiu nie spadnij - powtarzał Tomek przejęty, kiedy z wątpliwą gracją gramoliłam się na wystającą bryłę skalną. Chciałam podyndać nogami ponad światem, wziąć Mugello w ramiona…
- Nie spadnę, nie spadnę - zapewniałam, przekręcając się niegramotnie, bo jednak poczucie wysokości odrobinę mnie paraliżowało.


Jeszcze jeden zakręt, a może dwa albo trzy i w końcu między drzewami dostrzegliśmy coś jakby dach…
- Chyba jest! Albo mam omamy, efekt fatamorgany.
Ca' di Cicci jak malowana! Nie omam, nie sen, oto ona we własnym kamiennym murze, we własnej "nieosobie". Dokładnie taka jaką ją sobie wyobrażałam.
Szkoda tylko, że nie byliśmy sami...
Dwoje wędrowców posilało się przy stole, pewnie długa była droga za nimi, kurtki wietrzyły się na poręczach…
- Salve
- Ciao! Buona sera! - pozdrowiliśmy się serdecznie.
Swoją drogą to jedyni wędrowcy jakich spotkaliśmy na szlaku.


 Nie znam historii Ca' di Cicci, ale dziś jest górskim schroniskiem. Wewnątrz są prycze, piec, stół i krzesła. Można zatrzymać się tu na noc, o ile oczywiście ktoś nas nie ubiegł, prycze są cztery. Przed domem jeszcze jeden stół, a nawet dwa i kamienny ruszt, więc nawet bisteccę można w plecaku przytargać i zjeść jak król z widokiem "da Dio".


 - A tamtych już poniosło, muszą wyżej i wyżej, a im niebezpieczniej tym lepiej … Ej! Zapraszam panów na dół! - nie lubię siebie za to, ale przecież butów nie mieli odpowiednich, a Tomek się nawet w białą koszulę zestroił, nikt z nas nie myślał, że spacer niedzielny w górską wyprawę się zamieni. Wracaliśmy do domu. Teraz zdecydowanie zrobiło się "pod górę". Ściągnęłam puchówkę, bo ciepło, bardzo ciepło, wiatr dmuchał miło w twarz. Wiatr ciepły wiosenny, jakby nie lutowy.  


  To była piękna wyprawa, szlak do Ca' di Cicci to jedna z ciekawszych ścieżek i wyjątkowy punkt docelowy, choć oczywiście można było iść dalej i dalej i taki mamy zamiar następnym razem. Musimy się jednak spieszyć, nim buki w liście się zestroją. Ta trasa wiele zyskuje po sezonie, zieleń na pewno poważnie ogranicza widoczność.
Dotarliśmy do samochodu w ostatnim słońcu, a kiedy zjeżdżaliśmy do Palazzuolo opadłe za góry słońce, ślizgało się ostatnimi promieniami po najwyższych szczytach. Spektakl na zakończenie dnia… Świat do kochania!
CA' - to znaczy CASA czyli DOM (wym. caza)