Appennino Tosco - Romagnolo

Nowa data i ostatnie kadry starego roku

wtorek, stycznia 01, 2019


2019…. 2019…. Wcześniej czy później każdy z nas się przyzwyczai. Za rok to dopiero będzie cyrk - 2020! To nawet ładnie będzie wyglądało, pewnie też wróżbici do takiej szczególnej daty zaraz dopiszą jakieś teorie. Tak czy inaczej to dopiero za rok! 
Od dziś natomiast mamy 2019 miłościwie - miejmy nadzieję - nam panujący. Kolejne białe kartki do zapisania, oby było na nich jak najwięcej radości! 

Dziś Capodanno, tak po włosku nazywa się Nowy Rok - 1 stycznia. Mamy zamiar zacząć go bardzo przyjemnie i już za chwilę z naszym piknikowym koszykiem ruszamy w drogę. Dlatego wybaczcie, ale nie będę się już rozpisywać. Jeszcze raz życzę Wam cudownego roku, wyjątkowych dwunastu miesięcy i zostawiam z kadrami, jakimi pożegnaliśmy rok 2018. Tak jak sobie wymarzyłam, zaraz po tym jak otworzyliśmy nasz "słoik szczęśliwości", ruszyliśmy w góry i dotarliśmy do Ca' di Cicci, a butelkę prosecco, tak jak w minionych latach odkorkowaliśmy w domu Contessy i jej męża. Pogodowo pięknie się z nami tamten rok pożegnał i równie pięknie wita się nowy. 
Dobrego roku! Dobrego dnia!

Zalążki prymulek!
Słoik szczęśliwości

Appennino Tosco - Romagnolo

Goście na górskich ścieżkach - letnia odsłona Ca' di Cicci

poniedziałek, czerwca 19, 2017


Na Sambuce gorąc nie był wcale taki dotkliwy. Niektórzy ze mną na czele zaczęli nawet przebąkiwać, że być może za lekko się ubrali… Wrażenie było jednak chwilowe, bo już po kilku krokach i pierwszym podejściu głosy mówiące o chłodzie zamilkły, a w drodze powrotnej, kiedy słońce rozgrzało, rozpaliło się na dobre nikt już tego początkowego chłodu nawet nie pamiętał…


Goście mieli ochotę na górską wyprawę, a zatem po dłuższym namyśle - bo to zawsze trzeba dopasować się do potrzeb i możliwości całej grupy - zaproponowałam jeden z moich ulubionych szlaków - trasę do Ca' di Cicci...


Czerwiec, niedziela, dzień wściekle gorący … Droga, nim dojechaliśmy na miejsce, oblepiona była pojazdami wszelkiej maści. "Piknikowicze" stacjonowali na każdym zakręcie. Pomyślałam przez chwilę, że może to nie był szczęśliwy pomysł z wyborem akurat tego szlaku… Wyobrażałam sobie kamienną chatkę z chaosem panującym dookoła i nas jedzących gdzieś na kamieniu, na kolanie, byle jak. Tymczasem...


Przez całą trasę spotkaliśmy tylko parę starszych wędrowców, którzy pozdrowili nas serdecznie, a poza nimi jedynymi towarzyszami wyprawy były motyle i umykające w popłochu jaszczurki… A tych motyli chmary całe, bo i kwiatów zatrzęsienie - fioletowe, białe, żółte, lila, niebieskawe… 
Byłam tu niespełna dwa miesiące temu, a świat tak się zdążył przeobrazić. Zieleń bujna wykipiała odcinając niemal dojście do Pian dell'Aiara. I sama Ca' di Cicci jakaś taka jeszcze mniejsza niż zwykle się w tym gąszczu wydała… 
Wciąż jednak zachwycające, wciąż mnie to miejsce zadziwia. Będę koniecznie musiała wrócić tu jesienią, kiedy buki zrobią się "w podeszłym wieku"...

Pian dell'Aiara
Kwiaty we włosach...
Kwiaty na łące...
Czy komuś było chłodno dwie godziny wcześniej?
Zbawienny kawałek cienia!!

Spędziliśmy leniwe popołudnie, choć oczywiście okupione lejącym się potem. Wracaliśmy w słońcu palącym niemiłosiernie i znów spotkaliśmy starszych wędrowców.
Po krótkiej rozmowie i wymianie informacji o szlakach kobieta zmylona towarzystwem mówiącym w nieznanym jej języku zapytała:
- Jesteście cudzoziemcami? Tak dobrze mówisz po włosku!
- Tylko ten akcent "straniero", prawda? - uśmiechnęłam się.
- No właśnie nawet nie tyle "straniero", co "strano". Nie umiałam go zlokalizować na językowej mapie.
Uwielbiam takie chwile! Momenty, kiedy mój akcent nie zdradza pochodzenia są dla mnie  - językowego fascynata - największą nagrodą i wyróżnieniem. 
Pożegnaliśmy się serdecznie i ruszyliśmy dalej.


Czekał na nas wodospad Presia i lody w Palazzuolo. 
A ja nie wiedziałam jeszcze, że całkiem niespodziewanie, nim zajdzie słońce, ktoś mnie odwiedzi i wieczór zakończy się tak kolorowo, w doborowym towarzystwie. Każda chwila z Contessą i Lexem jest niebanalna! A historii miłości słucha się zawsze z zapartym tchem… Grazie Ellen. 


DZIWNY to znaczy STRANO (wym. strano)

Ps. Wybaczcie opóźnienia w publikacji postów, ale w czasie wakacji rytm nasz jest zupełnie inny… Dziękuję za wyrozumiałości i życzę Wam dobrego tygodnia.

Apeniny

Z zielonym groszkiem w plecaku.

poniedziałek, maja 01, 2017


Gdyby górskich ścieżek w okolicach Marradi były trzy na krzyż, zdecydowanie łatwiej byłoby zdecydować się na jedną z nich. A tak … człowiek myśli, myśli, debatuje, a tu, a tam, a może Gamogna, a gdyby tak Lavane, a może jednak Sambuca … Tu łatwiej dojechać, tu bliżej, tu widok ładniejszy… I tak dalej i tak dalej … 
Miałam dylemat gdzie tym razem Gości zabrać, czym ich omamić i oczarować i wtedy z pomocą pospieszył Mario: "Zabierz ich do Ca' dei Cicci". Takie proste! Że też sama o tym nie pomyślałam! "Genialnie! Świetny pomysł. Grazie!" 


Z plecakami wyładowanymi kanapkami, wodą, winem, ciastem, jabłkami i … zielonym groszkiem ruszyliśmy z Passo della Sambuca w stronę małego kamiennego domku. Pomyślałam, że tym razem nadrobię braki z ostatniej wyprawy i pofatygujemy się odrobinę dalej aż do opuszczonej osady, którą w czasie poprzedniej wyprawy zostawiliśmy na następny raz.


Dzień był piękny, choć nie upalny. Jednym słowem idealny na górską eskapadę. Zmroził mnie na starcie jedynie widok samochodów zaparkowanych gęsto w każdym możliwym miejscu. Wprawdzie przez pierwsze dwa albo trzy kilometry spotkaliśmy raptem trzy pary piechurów, ale potem…
Załopotała przyczepiona do drzewa taśma niczym chorągiewka i ze szlaku od Diacci, który łączył się z naszym zaczęli wyskakiwać górscy biegacze jeden po drugim. Wdepnęliśmy w sam środek górskiego ultramaratonu. Przy Ca' dei Cicci panował największy chaos, bo to właśnie tam swój namiot rozbili asystujący sportowcom górscy ratownicy... 


Niezniechęceni bynajmniej natężeniem ruchu, zostawiliśmy na chwilę Cicci i ruszyliśmy dalej. Chciałam na własne oczy zobaczyć i sfotografować Pian dell'Aiara - opuszczoną osadę, która w czasie wojny służyła partyzantom jako szpital polowy. 
Ponoć jeszcze na początku tego tysiąclecia ktoś tam mieszkał, choć myślę, że bardziej trafne będzie powiedzenie "pomieszkiwał". Dziś kamienne mury chwieją się w posadach, a ich ostateczny upadek jest kwestią kilku lat. Ze wszystkich budynków najlepiej trzyma się mały kościółek, choć i tu dachowe belki już częściowo się poddały. 


Wróciliśmy do Ca' dei Cicci i nie przejmując się panującym na szlaku chaosem, schroniliśmy się na przylegającym do domku "tarasie widokowym". Wyciągnęliśmy kanapki, wino i rozpoczęliśmy najmilszy punkt programu… 
Relaks w promieniach popołudniowego, toskańskiego słońca... 


Dobrze nam było! Błogo i sielsko! Ciepło i smacznie! Człowiek tak zrelaksowany nie miał nawet siły oponować nie do końca rozsądnym pomysłom na zabawę, jaką wymyśliły dzieci, kiedy tylko posiliły się i odsapnęły po przedreptanych kilometrach. Mało tego dorosły, zrelaksowany człowiek sam stał się podżegaczem i uczestnikiem. Jeszcze długo zielony groszek będzie kojarzył mi się z tą wyprawą. Nauka wyniesiona z naszej wyprawy: zielony groszek jest zdecydowanie bezpieczniejszą amunicją niż szyszka. 


W końcu zwinęliśmy manatki i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wolnym krokiem, niespiesznie, przystając przy ławkach, łąkach zielonych, dmuchawcach i grających świerszczach …  


ZIELONY GROSZEK to PISELLI (wym. piselli)