dorosłość

Mikołaja plany na przyszłość i do znudzenia o upływie czasu

poniedziałek, lutego 11, 2019


- Wiesz, a dzieciaki z mojej klasy mówią, że szybko chcą się z domu wyprowadzić - rzucił Mikołaj przez ramię, kiedy przygotowywałam fioletowe risotto.
- Chyba nie jest to takie złe - odpowiedziałam, czekając na dalszy wywód.
- Ale ja się wyprowadzę dopiero po studiach.
- Kochany mój! - już się miałam rozczulić, kiedy Mikołaj pospieszył z uzasadnieniem...
- Bo to mi się kompletnie nie opłaca! 
- Słucham??
- No wiesz przecież trzeba wynająć mieszkanie, płacić czynsz, robić zakupy i tak dalej...
- Spryciulo!
Zaraz potem jednak, widząc moją niewyraźną minę, dodał - ale oczywiście dobrze mi u mamusi! 


Dopóki Mario nie odzyska Rangera, który już od kilku tygodni stoi u mechanika, jesteśmy skazani na dwuosobową pandę, którą dostał jako samochód zastępczy. W takim układzie dalsze wojaże niestety odpadają... 
Po niedzielnym obiedzie poszliśmy zatem do Pianorosso, taki sam spacer, jakim cieszyłam się jeszcze nie tak dawno z Mamą i Świtą. Pogoda była podobna, a moje skarpetki równie niesforne, tylko wiosny teraz było zdecydowanie więcej. Najpierw jeden fiołek, za chwilę drugi, a potem to już nawet cała połać... 


- Zdaje się, jakbyśmy tu dopiero co przyszli po pungitopo. Pamiętasz?
- Tak, tamtą drogą poszliśmy. 
- A teraz już nie pungitopo, tylko prymulek i fiołków szukamy. 
Znów zamyśliliśmy się nad upływem czasu. 


- Popatrz, jestem Eomer! - wołał ubawiony Mikołaj. 
Wcześniej był Gandalfem, a chwilę potem już nie pamiętam kim. Jak dobrze, że ten bezlitosny upływ czasu jeszcze nie do końca z moich dzieci zrobił dorosłych ludzi. Wciąż potrafią zrobić coś z niczego, nawet ze zwykłego spaceru wyprawę "Drużyny Pierścienia".


Wieczorem zerwał się porywisty wiatr, który potem przyciągnął chmury i deszcz. Rzeka znów przez noc zrobiła się brunatna i kotłująca. Dzień jednak ma być słoneczny, tak jak i jutro i pojutrze, a temperatury wciąż "przedwiosenne". Jeszcze chwila i luty wybije południe. Jeszcze chwila i przestanę zatrzymywać się nad każdym jednym kwiatkiem, bo pokryją się nimi wszystkie łąki Apeninów...


SAMOCHÓD ZASTĘPCZY - to LA MACCHINA SOSTITUTIVA (wym. la makkina sostitutiwa)

Appennino Tosco - Romagnolo

Jeśli raj istnieje...

niedziela, września 30, 2018


- Widać stąd nawet Falteronę!
- Cały świat stąd widać.
- A na wprost jest Lavane, prawda? 
- Prawda.
- Widać nawet trasę, którą pokonywałam z O. w piekielnym upale. Ależ my wtedy klęłyśmy! Mordęga wchodzić na Lavane od tej strony. Niesamowite! Widać też szlak, którym schodziłyśmy! Jak tu pięknie... 
- A tam jak kończy się grań jest...
- Riva Bianca! I galestro stąd widać! 
- Jak wejdziemy wyżej powinnaś zobaczyć też szałas, do którego dotarliśmy.

Ranger znów przywiózł mnie w niezwykłe miejsce. Zakątek gór, w którym nigdy jeszcze moja stopa nie stanęła, znałam je tylko z myśliwskich opowieści Mario, a rozległą łąkę na której staliśmy i podziwialiśmy świat znałam tylko "z widzenia". 


Łąki tak naprawdę były dwie. Niżej jedna z kilkoma dębami, gdzie aż prosiło się rozłożyć koc, postawić na nim kosz z łakociami i odkorkować butelkę wina. Tak właśnie powinny wyglądać miejsca na piknik... Na wrześniowej łące, pod dębem, z widokiem na Monte Lavane, kompletnie poza światem... 


Skoro Ranger dał radę dotelepać się aż tu, to trzeba było pokusić się "o jeszcze wyżej". Droga była prawdziwie wyboista, ale cztery małe kółka dzielnie pokonywały każdy wybój, kamień, dziurę. Gdzie nogi nie wejdą tam Ranger zawiezie... 
Mario nie raz opowiadał o wielkim "prato", o widokach i o wschodach słońca jakie stamtąd podziwiał, a teraz wreszcie mogłam zobaczyć to na własne oczy.  

Drogi już prawie nie widać, ale dla Rangera to żaden problem.
Odpowiedź na specjalny wniosek o więcej zdjęć Rangera.

Za co tak kocham ten mój toskański, nieznany zakątek Apeninów? 
Za to, że są tu jeszcze takie miejsca jak to. Miejsca skąd widać tylko góry. Pejzaże niezakłócone ręką cywilizacji. Człowiek staje gdzieś wysoko na środku wielkiej łąki, patrzy przed siebie i widzi tylko nieskończoność falujących wzgórz. Wiatr targa włosy i zeschnięte po lecie trawy. Sukienka łopocze wokół nóg jak żagiel. Wyobrażam sobie, jak pięknie byłoby rozłożyć ręce i polecieć... Na samą myśl zapiera mi dech.
Jeśli raj istnieje myślę, że mógłby wyglądać właśnie tak. Dla mnie to jest właśnie raj... 

NIEZNANY to po włosku SCONOSCIUTO (wym. skonosziuto)

Crespino

Niewychodzenie i sprawy przyziemne.

czwartek, września 27, 2018


- Oj ... - jęknął z żalem Mikołaj, kiedy zobaczył jak upycham w worku letnie ubrania. 
- No właśnie... oj... 
- Smutno...
- Bardzo smutno...
Jednak chwilę potem, w przeciwieństwie do mnie, Mikołaj znalazł pocieszenie. Z "zimowego" wora wyskoczyła bowiem "panda" - jego ulubiona puchata piżama. 
W środę wiatr dalej hulał jak głupi, więc spacyfikowałam i wyciągnęłam z szafy dżinsy i sweter. Lato pozostało już tylko wspomnieniem. Choć przyznać trzeba, że za wiatrem czy to w górach czy na tarasie Kamiennego domu można się było spokojnie opalać.  


Mojej nodze daleko jeszcze do wyzdrowienia i przez to mam w sobie tyle "niewychodzenia się", że aż serce boli. Jak narkoman na głodzie, tak ja bez szwendania się po moich górach aż się cała trzęsę. Żeby więc choć odrobinę ulżyć mojej tęsknocie, na wysokości zadania stanął Ranger, stworzony przecież do niełatwych zadań. Pod pretekstem nabrania zapasu wody ze źródła pojechaliśmy do Crespino, a stamtąd w górę jednym ze szlaków, przez strumyki, mostki, po wertepach i stromiznach, na przeszpiegi, by zapoznać się z trasą, na którą szykujemy się już od roku. 


Wspięliśmy się na tyle na ile rozsądek pozwolił. Ranger trząsł się na wybojach, ale dzielnie podskakiwał do przodu. Dotarliśmy na punkt widokowy, skąd rozciągała się panorama przyprawiająca o zawrót głowy i zaraz też narodził się pomysł na jeszcze jedną wyprawę...


Casaglia, Monte Faggeta, Prati Piani, Biana ... Już wkrótce, jeszcze niech tylko chwilę noga odetchnie, niech ortopeda da zielone światło. Pora teraz w Toskanii doskonała na górskie wyprawy. Upał nie męczy, ale jednak dosyć ciepło, kolory zachwycające, szlaki jeszcze nie zabłocone, nic tylko wędrować do zmęczenia nóg.
Przysiedliśmy na chwilę na półce skalnej za wiatrem i szczerze mówiąc już się nie chciało nigdzie iść. Mógłby tak człowiek siedzieć i patrzeć i dumać o niczym. Jeszcze może jakieś panino i bicchiere di vino i szczęście pełną gębą, znaczy ... FELICITÀ!


Znalazłam też zaczątek jeszcze jednego szlaku, prowadzącego do miejsca o bardzo zachęcającej nazwie... Femmina Morta (martwa kobieta). Myślę, że jest nawet kandydatka, która by się razem ze mną na taką wyprawę porwała, taka jedna, co to gdzie diabeł nie może tam ją pośle. O. co ty na to? Inspirujący cel, czyż nie? Czy my nie miałyśmy właśnie zasadzić się na anello 19? 


 Ze spraw przyziemnych.
Prace remontowe w Kamiennym Domu postępują. Drzwi odnowione, niektóre okna i okiennice. Dziś w końcu przyjdzie murarz i zabierze się za komin, bo przecież gdzieś te kasztany muszę upiec. 
Tomek dalej zafascynowany szkołą, zgłębia tajniki nowych języków i radość ma z tego wielką. Radość jest podwójna, bo klasowe znajomości zacieśniają się coraz bardziej, a atmosfera w szkole wciąż przyjemna.
Mikołaj opowiada mi o Etruskach, Rzymianach, całej starożytnej sztuce i wciąż tęskni za bratem... Po szkole jednak łapie rower i do kolacji włóczy się gdzieś z przyjaciółmi. 

Ja "zakręciłam" siedem słoików z brzoskwiniową marmoladą. Do przerobienia jeszcze pół skrzynki. Cebulki miałam zamarynować i ciasto w końcu bym dzieciom upiekła. Coś bym jeszcze zrobiła, bo nosi mnie od tego "niewychodzenia, a po popatrzeniu na góry i szlaki jeszcze bardziej.

KIELISZEK WINA to po włosku BICCHIERE DI VINO (wym. bikkiere di wino)

blog

Kiedy wszystkie drogi prowadzą donikąd

poniedziałek, marca 19, 2018


Tak naprawdę wiosna zacznie się jutro czy pojutrze, ale kiedy w niedzielny wieczór po entym odświeżeniu strony z prognozami meteorologów, zobaczyłam, że śniegowe gwiazdki za nic nie chcą się odkleić od "lunedì", pomyślałam - basta! Jeden czy dwa dni nikogo nie zbawią, a od tych bamboszy, futra i ognia już się słabo człowiekowi robi. Mój blog i przynajmniej tu mogę sobie wiosnę zrobić, kiedy tylko mi się podoba. 
Wprawdzie wiosenne zdjęcie wizytówkowe okazało się w tym roku nie lada wyzwaniem i ostatecznie, cóż... wyszło jak wyszło. 
Wiosnę średnio na nim widać, ot kolorowa sukienka i kilka kwitnących badyli, ale pod koniec marca lepsza taka wiosna niż jakakolwiek zima...  


Piątek był pięknym dniem i ruszając Rangerem spod domu zaznaczyłam Mario, że mając na uwadze prognozy na następne dni, bez zdjęcia nie możemy wrócić. Pomysł padł na jedną z naszych ulubionych dróg Strada del Sole
- Pamiętasz to drzewo samotne?
- I gdyby tak pole już było soczyście zielone...
- A to drzewo kwitnące! 
- Dobre! Bardzo dobre!


Jakież było jednak nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że wysadzana cyprysami droga została zmasakrowana. Czy to był Burian, czy jego śnieg, czy mróz, a może jakaś wichura... W każdym razie nie było drzewa, które choć w części nie byłoby uszkodzone. Serce pękało z żalu. 
Dojechaliśmy do znajomego domostwa, a zaraz za nim spotkała nas niespodzianka. Jedno z drzew blokowało drogę. Od tej strony widać jeszcze nikt nie sprzątał. 
- Piły na pokładzie nie mam niestety. 
- Błąd! Prawdziwy Ranger musi być przygotowany na każdą ewentualność.


Zjechaliśmy więc z grani inną cyprysową drogą w stronę Tredozio i tam już dalej skierowaliśmy się na Modiglianę, jednak ochota na samotne drzewo jakoś we mnie zgasła. 
- To co robimy? 
- Mało jeszcze wiosny.
- Ale ja muszę mieć zdjęcie DZIŚ!
- Trzeba kierować się w stronę Romanii. Brisighella?
Zaczęliśmy się znów wspinać, tym razem jednak drogą łagodniejszą, bo pagórki otaczające miasteczko nie są już tak wymagające jak nasze graniczne. Na znajomym rozwidleniu obraliśmy nieznaną drogę. Ranger gruchotał kamyczkami szutrowego podłoża, a my rozglądaliśmy się za jakimś kwitnącym drzewem.


W końcu za kolejnym zakrętem ukazało się drzewo kwieciem białym obsypane. Mario zaplątał się w chaszcze i dalej gałązki do scenografii zdjęcia kompletować. Patrzyłam jak wywija myśliwskim nożem i zastanawiałam się czy już mnie w duszy przeklina czy dopiero zacznie. W każdym razie nie wyglądał na poirytowanego, dał się wręcz porwać tej mojej misji fotografowania niemożliwego.


- Zróbmy zdjęcie tu. 
- Tu? 
- Wiosna i tak mizerna. Już późno. Zegar tyka. Jeśli dalej będzie lepiej, zrobimy następne.

Tu
drugie tu
i jeszcze jedno tu
Ruszyliśmy dalej. Wpakowałam się z pseudo bukietem do samochodu i dalej oczy wytrzeszczałam jak sokół w poszukiwaniu skrawka wiosny. Ranger znów zagrzechotał kamyczkami, ale już chwilę potem przystanął, bo oto przed nami droga malowniczo zakręcała i co ważniejsze w krajobrazie pojawiła się odrobina zieleni. 
- Tu całkiem ładnie.  


Do przodu do tyłu, wolniej, szybciej, jeden kadr i drugi i coś tam będzie. Bez mojego aparatu to nie to samo. Zdjęcia są jakie są. Można powiedzieć jaka wiosna, takie zdjęcia.   


- Coś już mamy, ale zobaczymy dalej, ciekawe dokąd dojedziemy.
Znów wpakowałam się z badylami do samochodu, jednak już po kilkudziesięciu metrach czekała na nas niespodzianka: 


- A może byśmy spróbowali na tej krętej drodze z cyprysami? Trzeba skręcić na tym rozwidleniu... 
Jednak na rozwidleniu kolejna tego dnia niespodzianka: Strada chiusa ... 
To już zostawię bez komentarza. 
Takie to było nasze wiosny szukanie. Przejechaliśmy 70 kilometrów, ale wszystkie drogi zaprowadziły donikąd. Tak czy inaczej blog wita Was dziś wiosennie, na przekór temu co za oknem, nawet jeśli szczęśliwie śniegu jeszcze nie widać.
Miałam dylemat, które ostatecznie zdjęcie ma być na wizytówce. Zdecydował głos większości.
Dobrego tygodnia!

ZAMKNIĘTA DROGA to STRADA CHIUSA (wym. strada kiuza)