Fognano

Wciąż wokół tematów komunijnych i mały kij w mrowisko

poniedziałek, kwietnia 11, 2016


Weekend minął nam pod znakiem przedkomunijnego wyjazdu Mikołaja. Wszystko udało się nadzwyczajnie i myślę, że długo będzie ten czas wspominał.  Dla mnie była to okazja, by zobaczyć teren klasztoru schowanego za wysokim murem, ciągnącego się przez niemal całe centrum miasteczka, zaraz za główną linią zabudowań Fognano. Nie przypuszczałam, że takie miejsce mam pod samym nosem. Klasztor w Fognano pełni funkcję hotelu, a raczej domu gościnnego, można tam przenocować, zjeść, wyciszyć się, zorganizować wyjazd służbowy dla pracowników, warsztaty dla dzieci, a wszystko to w niezwykłej atmosferze, wśród ogrodów, ganków, gajów oliwnych, w nieskończonej plątaninie korytarzy. Historii miejsca nie można opowiedzieć w dwóch zdaniach i nawet nie będę próbować. Może następnym razem, przy innej okazji.





Jak wygląda pierwsza spowiedź, jak przygotowują się dzieci do pierwszej komunii już opowiadałam i nie chcę się powtarzać, bo znów ktoś powie, że nuda. Chciałabym też uniknąć porównać, ale będzie mi trudno, więc znów pewnie wsadzę kij w mrowisko. 
Najpierw więc sucha relacja. 
Rodzice z przygotowanymi przysmakami dojechali do dzieci w niedzielę. Po wspólnej mszy wszyscy zasiedli do stołu pod arkadami. Pogoda była bajeczna. 
Po leniwym posiłku i zabawach w ogrodzie przyszedł czas na chwilę refleksji. Spowiedź odbyła się właśnie na dziedzińcu, pod arkadami, twarzą w twarz z księdzem. Bez formułek, bez zbędnego stresu.    

Może porównanie kiepskie w odniesieniu do komunii, ale taka spowiedź nasuwa skojarzenia z filmem Ojciec Chrzestny, czyż nie?
- Byłeś zestresowany? - zapytałam Mikołaja.
- Tylko odrobinę na początku, ale don Mirko jest bardzo miły, cały czas się uśmiecha... 
- Wszystko dobrze się udało?
- Było super! Chciałbym jeszcze raz. 
- Idziemy po rzeczy i wracamy do domu.
Mikołaj poprowadził mnie labiryntem korytarzy do pokoju, w którym nocowali. Gdyby mnie tam zostawił, potrzebowałabym nawigacji satelitarnej, by wrócić na dziedziniec. Nie zdawałam sobie sprawy z tego jak ogromny teren zajmuje klasztor. Jak tu się nie zgubić???
- Choć pokażę ci salę, w której jedliśmy. Zobaczysz jak ładnie.


Dzieci były zadowolone, rodzice też, rozjechaliśmy się z uśmiechami na twarzy. I to jest najważniejsze. Żadnej traumy. 
I na koniec kij w mrowisko. 
Zapytałam księdza, czy z racji tego, że Mikołaj ochrzczony został w Polsce nie muszę okazać aktu chrztu, bo gdyby taki był potrzebny, nie mogą powiedzieć mi tego na dzień przed komunią. Na co ksiądz odpowiedział:
- Mówisz, że był ochrzczony? To wystarczy, to dla nas znaczy, że był. Jest coś takiego jak zaufanie... My wierzymy w to, co mówisz, a reszta to sprawa twojego sumienia. Nie jesteśmy "fiscali". Tak samo jeśli rodzice przynoszą dziecko do chrztu i przedstawiają rodziców chrzestnych... Ja o żadne certyfikaty nie proszę, nie legitymuję i życiorysu nie sprawdzam. Wszystko jest kwestią naszego sumienia. I to rodzic ma zdecydować, kto według niego jest osobą na tyle godną zaufania, by móc zostać matką czy ojcem chrzestnym. A my słuchamy woli  rodziców.
Jest więc dla mnie nadzieja! Moim marzeniem było zawsze zostać matką chrzestną, a z pewnych przyczyn, w Polsce jestem tej możliwości pozbawiona. Może więc w Italii będzie mi to dane. W końcu nie jestem jeszcze taka stara! Niby ta sama religia, ale tu kościół nie jest skostniały, zatęchły, nieludzki. Nie puszy się, nie straszy. Nie chcę generalizować, nie mówię, że wszędzie w Polsce źle, bo i tam są "inni" książa odstający od tego polskiego systemu, jednak sami przyznajcie, że to wciąż garstka, skromna mniejszość. A sam system ... nie będę brąć dalej. 
Dobrego tygodnia! 


blog

O tym, tamtym, siamtym i owamtym

niedziela, kwietnia 10, 2016


Pierwsza tura prac remontowych już za mną. Dom nabrał świeżości, zrobił się jaśniejszy i milszy dla oka. Przede mną jeszcze mnóstwo pracy, ale powiedzmy, że przynajmniej w tej kwestii już powinno być z górki. Zdjęcia może pojawią się za jakiś czas, ale będą to raczej detale, bo jednak odrobinę prywatności lubię mieć zachowaną. Wybaczcie. 



Mikołaj w sobotni ranek ledwo oczy otworzył, zaraz pobiegł się pakować. Zarówno on jak i jego przyjaciele z klasy bardzo przeżywali wyjazd na noc do Fognano na przedkomunijne ritiro. Spanie w klasztorze, zabawa, czas spędzony razem, kolacja i wspólne śniadanie, wszystko oczywiście w duchu przedkomunijnych przygotowań.
Dziś rodzice dojeżdżają na wspólny obiad, a po nim ma odbyć się spowiedź dzieciaków. Z zasady nie poruszam kwestii religijnych na blogu, bo to sprawa bardzo indywidualna, jednak myślę, że ten temat jest interesujący chociażby w kontekście różnic polsko włoskich.
Zastanawiam się jak ta spowiedź będzie wyglądać. Mikołaj żadnych formułek się nie uczył, jedyna rzecz jaką do tej pory musiał wkuć na pamięć to modlitwa po spowiedzi. Jakże to inne od tego, co sama pamiętam - jestem uczniem drugiej klasy, obraziłam ... Co kraj to obyczaj, nawet w kwestii tej samej religii. Oczywiście o "próbie" spowiedzi nikt tu nie słyszał - i całe szczęście, ja taką pamiętam i stres przy tym wszystkim porażający. Trzęsie mnie na samo wspomnienie.
Jutro zdam Wam relację i pokażę przy okazji, co kryje się za zamkniętym zwykle murem klasztoru w Fognano.




Już za dwa tygodnie Dom z Kamienia będzie świętował swoje czwarte urodziny. Sama w to nie wierzę, ale kalendarz nie kłamie. Z tej okazji przygotowuję dla Was konkurs podobny do zeszłorocznego. Jeśli chcecie wziąć udział w zabawie, przypomnijcie sobie moje posty z minionego roku. Ułożyłam dla Was 20 pytań, wszystkie dotyczą minionych dwunastu miesięcy. Na zwycięzcę będzie czekała książkowa nagroda. Bądźcie czujni! Ja sama mam nadzieję, że na prezent statystyki podarują mi milion odsłon. To dla mnie wciąż niesamowite, że tyle osób tu zagląda! 

Jeszcze w kwestiach blogowych - polecam lekturę na zaprzyjaźnionym blogu. Kolejny zbiorowy artykuł, tym razem o tym, gdzie we Włoszech spędzić majówkę. Jeśli szukacie inspiracji, może okazać się pomocny.

Teraz już uciekam, bo jeszcze ciasto muszę ukręcić na podwieczorek w Fognano. Aaa jeśli chodzi o ciasto ... Jestem Wam winna zaległy przepis na nasze świąteczne słodkości. Zerknijcie zaraz do kuchni! Będzie pysznie i choć słodko, to jednak całkiem zdrowo!

Na koniec jeszcze dodam, by dać upust wewnętrznym zachwytom ... Jest teraz PRZEPIĘKNIE w Toskanii. Wszystko kwitnie: bzy, irysy, stokrotki, glicynie, tulipany, kwiaty i krzewy, których nazwać nie umiem. Niezliczoność kolorów i odcieni zieleni. Uwielbiam ten moment! Ale kwiatki i zieloności pokażę Wam innym razem. 

DIFFERENZE to znaczy RÓŻNICE (wym. difference)

Fognano

Szczyt finezji

sobota, czerwca 20, 2015



Popolano, S.Adriano, San Martino, San Cassiano, Castellina, Fognano, Brisighella, Errano - miasteczka na trasie Marradi - Faenza. Pierwsze dwa jeszcze na terenie Toskanii, pozostałe to już Romagna. Znamy je dobrze ... zza samochodowych szyb. Oczywiście poza Brisighellą, o której pisałam wiele razy i którą uwielbiam. Wszystkie inne choć na trasie, na wyciągnięcie ręki, to jednak zawsze bez wyraźnego powodu, by w nich przystanąć. 


Aż nadchodzi taki moment, że człowiekowi powód niepotrzebny. Zatrzymuje się ot tak, tylko po to, by popatrzeć z mostu i okazuje się, że maleńkie miasteczko, niby znajome, kryje tak urokliwe zakątki. Powyginaną zakrętami rzekę w dole, morze zieleni, niebotyczne mury otaczające fundamenty, na których wznosi się miasteczko. Inna perspektywa i Fognano nabiera nowego uroku.  


Jedyne co od zawsze mnie zastanawia - to kto u diabła pokarał Fognano taką nazwą? Gdzie, jeśli nie w Italii, znajdziemy najpiękniejsze nazwy ulic i miasteczek. Chociażby Via delle Belle Donne we Florencji, czy via Balcone della Vita w Urbino - czysta poezja! A tu - Fognano. Kto nie zna włoskiego - pomyśli nazwa jak każda, może nawet całkiem przyjemnie brzmi. Problem jednak w tym, że FOGNA znaczy SZAMBO. Przyznacie więc, patrząc tylko na zdjęcia, że miasteczko zasłużyło, na nieco bardziej finezyjną nazwę!


Brisighella

Jeszcze w świątecznym klimacie, czyli szopkowy rekonesans!

sobota, stycznia 03, 2015


Ciekawa jestem ile z Was wie skąd we Włoszech wzięła się tak silna tradycja przygotowywania szopki bożonarodzeniowej! Moi uczniowie - cicho sza! Wy już wiecie. Otóż w 1223 roku - czyli dość dawno temu - święty Franciszek przygotował w Greccio pierwszą żywą szopkę, to właśnie on jest nazywany "ojcem szopki bożonarodzeniowej". W XVIII wieku tradycja "szopkowa" rozpowszechniła się we włoskich domach, początkowo w rodzinach szlacheckich, a z czasem również w domach zwykłych mieszczan. Od lat najpiękniejsze szopki można podziwiać na słynnej wystawie w Neapolu. Jednak tak naprawdę szopki w okresie bożonarodzeniowym znajdziemy w Italii dosłownie za każdym rogiem. Niektóre są imponujące, inne zaskakujące, jeszcze inne to prawdziwe dzieła sztuki.
Naszą domową już widzieliście, teraz zatem czas na relację z wczorajszej wyprawy do Brisighelli i Fognano, te same miasteczka, które odwiedziliśmy rok temu, ale ponieważ Włosi to artyści, zatem nie ma nic tak samo, nowe pomysły, nowe niespodzianki. Znów czapki z głów, tym bardziej, że najczęściej ich autorami są zwykli ludzie, wolontariusze!


Wpis do księgi pamiątkowej
Pasterze



Na początek ruchoma szopka w Brisighelli. Pierwszy raz widzieliśmy ją rok temu na pocieszenie zamiast warszawskiej, z ulicy Miodowej. W tym roku - jak nam objaśnił pan na wejściu, większość figurek była nowa. Można tak było stać przez godzinę i dopatrywać się coraz to nowych szczegółów - chłopiec na huśtawce, mężczyzna robiący krzesła, tkacz przy krosnach, rybak wyciągający sieci, winobranie w winnicy i sama nie wiem kto i co jeszcze! Do tego dzień przechodzący w noc, wiatr, burza i deszcz! 


Praczki
Chłopiec na huśtawce

Kiedy nadchodzi burza, nawet rozciągnięte pranie zaczyna powiewać!
I staje się Cud!




Fognano, tak jak w zeszłym roku, popisało się figurami naturalnych rozmiarów. Szopka rozstrzelona była na całe miasteczko i najwięcej zabawy było w odkrywaniu kolejnych scenek w najbardziej ukrytych zaułkach!
Jestem pod ciągłym wrażeniem, kolejny raz muszę napisać - komuś się chciało!

  


VOLONTARIATO to znaczy WOLONTARIAT ( wym. wolontariato)