Czytelnicy

Niewidzialny most

piątek, czerwca 09, 2023

Sekrety Florencji - Spotkanie z czytelnikami. Dom z Kamienia blog

Są takie wydarzenia w moim kalendarzu, które wpisuję drukowanymi literami, czasem nawet biorę w ramkę, żeby były jeszcze bardziej widoczne. To oznacza, że choćby nie wiem co się działo, te wydarzenia mają rangę priorytetu, są szczególnie ważne. Jedno z tych wydarzeń miało miejsce wczoraj i już od kilku dni cieszyłam się na samą myśl o nim. 

Moja czwartkowa podróż do Florencji, bo tam było zaplanowane spotkanie, okraszona została dreszczykiem. Wszystko przez dezorganizację ruchu kolejowego na naszej trasie. 

Ledwie doszłam na najpiękniejszą stację świata, a tu zaraz z megafonu popłynął głos informujący o tym, że pociąg do Firenze jest skasowany. Nogi się pode mną ugięły, a mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach układając w głowie plan awaryjny. Zupełnie jak u szachistów, kiedy rozgrywają ważną partię. Jeśli zadzwonię do Mario o tej porze to mnie wyklnie? I czy Mario jest w ogóle w formie? A może jest na grzybach? A w ogóle, czy z Borgo potem znajdę inne połączenie? 

Po pierwszym galopie myśli, nasunęło mi się jednak podejrzenie, że być może skasowanie dotyczy zwykłego pociągu, który normalnie jeździ na tej trasie, a ten nadprogramowy, przyjedzie tak, jak widniało na stronie internetowej dzień wcześniej. To był dobry trop. Rzeczywiście numery pociągów były zupełnie inne. 

Szczęśliwie dotarłam na Santa Maria Novella zgodnie z planem, a niedługo potem pojawiły się radosne, znajome twarze.  

Sekrety Florencji - Spotkanie z czytelnikami. Dom z Kamienia blog

Dziś trudno mi uniknąć powtórzeń i szczerze mówiąc nie mam zamiaru ich unikać, bo te powtórzenia są sercu bardzo miłe. 

Usłyszałam wczoraj piękne słowa o przyciąganiu i aż mi się łza w oku zakręciła. Rzeczywiście jest tak, że Dom z Kamienia - blog i wszystko to, co za sobą pociągnął, bo teraz Dom z Kamienia to już więcej niż samo blogowanie - stał się jak "most", po którym weszły do mojego życia fantastyczne osoby. Z wieloma widuję się raz na rok, raz na dwa lata, a nawet kiedy się nie widujemy, to widzimy się na Skype, słyszymy przez WhatsApp czy wysyłamy sobie wiadomości.  

To jest tak ogromne bogactwo, że trudno mi dziś ubrać w odpowiednie słowa wdzięczność, radość i wzruszenie. 

Sekrety Florencji - Spotkanie z czytelnikami. Dom z Kamienia blog

Pospacerować po Florencji, napić się razem wina, nagadać za wszystkie czasy (choć tego chyba zawsze mało), zjeść coś dobrego, pokazać nowe miejsce - to wszystko jest jak solidny zastrzyk energii. 

Mam nadzieję, że takich spotkań jeszcze wiele przed nami. Będę pisać kolejne książki, więc może moi Czytelnicy będą mieć pretekst, by wracać po nowe dedykacje. Poza tym, w tym wypadku słowo Czytelnicy/ Czytelniczki jest już zbyt obce. Niby od tego się wszystko zaczyna, ale z czasem więzi się zacieśniają i mam nadzieję, że w tym zaciśnięciu będziemy jeszcze trwać przez lata. 

A jeśli chodzi o podpisywanie książek... Nie wiem czy towarzyszące temu emocje kiedyś mi spowszednieją. Szczerze w to wątpię. Dziś opiszę je tak, jak opisuje się zapach perfum: bazą jest onieśmielenie, głowa to duma i satysfakcja, a serce radość i wzruszenie. 

Sekrety Florencji - Spotkanie z czytelnikami. Dom z Kamienia blog
Sekrety Florencji - Spotkanie z czytelnikami. Dom z Kamienia blog
Sekrety Florencji - Spotkanie z czytelnikami. Dom z Kamienia blog
Sekrety Florencji - Spotkanie z czytelnikami. Dom z Kamienia blog
Sekrety Florencji - Spotkanie z czytelnikami. Dom z Kamienia blog

Bardzo dziękuję za wczorajsze spotkanie i do zobaczenia już za kilka miesięcy. 

Tymczasem nastał czerwcowy piątek, który zapowiada się dosyć spokojnie. Mam nadzieję, że w końcu wybierzemy się na tradycyjne, wakacyjne lody. Do tej pory udała nam się tylko pierwsza, wakacyjna kolacja, na którą Mario przyniósł mnóstwo kurek! Już jutro opowiem co z nich wyczarowałam oraz jak kwestię matury rozwiązano na dotkniętych powodzią terenach. 

Pięknego dnia!

OPISYWAĆ to DESCRIVERE (wym. deskriwere)

Sekrety Florencji - Spotkanie z czytelnikami. Dom z Kamienia blog

bluzka: www.madame.com.pl 

blog

Gdzie rzuci nas los, nieprzypadkowe spotkanie i jedno GRAZIE

piątek, lipca 12, 2019


- A gdzie wy byście chcieli zamieszkać na stałe w przyszłości? - zapytałam chłopców, kiedy wracaliśmy z wieczornych lodów. - Tak na stałe, po wszystkich uniwersyteckich i młodzieńczych wojażach. 
- Hm... Jeszcze nie wiem. Myślałem o pustyni w Australii - zaczął Tomek. - To znaczy jakaś taka mała osada z dala od cywilizacji albo może w Arizonie, też oczywiście poza wielkim światem... O! Jeszcze Dakota powinna mi się podobać.
- Czyli inny kontynent? 
- No tak... Italia nie, bo spędzę w niej pół dzieciństwa i całe "nastolęctwo", więc trzeba coś zmienić. We Francji nie, bo jednak nie mógłbym ciągle mówić po francusku. W Anglii też nie, bo przecież studia i doktorat to w sumie z 10 lat i to wystarczy. Jeszcze Boston mógłby być, bo tam chciałbym w przyszłości wykładać. 
- A po co ci doktorat? - wtrącił Mikołaj. - Chcesz, żeby ludzie się do ciebie zwracali doktor Nowacki? 
- A ty Mikołajku? Gdzie byś osiadł? 
- Na pewno w Europie. Francja nie, bo też nie mógłbym ciągle gadać po francusku, choć z drugiej strony bajerancko byłoby mieć dookoła cały ten gotyk. Może Niemcy? Albo Norwegia! Wróciłbym do korzeni, do wikingów! 
- Drogie jest życie w Norwegii. 
- Ale wszyscy mówią, że żyje się dobrze - skwitował główny zainteresowany. 
- Żeby żyło ci się dobrze, wiesz ile musisz mieć pieniędzy? - w Tomku obudził się zdrowy rozsądek. 
- A ty czemu chcesz wyjechać z Europy? Mamusiu powiedz mu, żeby został w Europie.
- Nie mogę mu tego powiedzieć... Każdy ma swoje życie i swoje marzenia do spełnienia. Babcia też na pewno nie była szczęśliwa, że wyprowadzam się do Włoch, ale nigdy mi nic nie powiedziała. 
- Była na ciebie zła? 
- Nie powiedziałam, że była zła, ale na pewno wolałaby mieć nas bliżej. 
- Wiem, wiem - szczęście dziecka jest najważniejsze, ale powiedz, żeby Tomek został w Europie!


- Perełko zrobisz nam zdjęcie? - proszę Mikołaja.
- Nieeee, znowu muszę być jak turysta. 
- Nie jak turysta! Tak tylko dla nas, na pamiątkę.
Robi nam w końcu to zdjęcie: 


W południe przy drzwiach rozległo się ciche pukanie. Wyjrzałam natychmiast zaciekawiona, któż to taki. Na tarasie stała uśmiechnięta kobieta, która zaraz nieśmiało zapytała czy ja to ja.
Pani Aniu to było niezwykłe spotkanie, krótkie, ale bardzo wzruszające. Bardzo dziękuję za te kilka minut i za ciepły, serdeczny uścisk. 
Już dawno nie zdarzyło się, żeby jakiś Czytelnik zapukał do moich drzwi. Tym bardziej więc jestem poruszona, kiedy coś takiego ma miejsce. Takie chwile uświadamiają mi, że to całe pisanie, to nasze życie opowiadane codziennie w słowach i w obrazkach towarzyszy tylu osobom przy porannej kawie, w czasie przerwy w pracy, przy popołudniowym relaksie, czy też jest wieczorną lekturą zanim zmorzy sen. Bardzo dziękuję za każdy komentarz, za spotkania w realu, za nadłożone kilometry tylko po to, żeby się ze mną przywitać. 

A jeśli jesteśmy przy podziękowaniach, to dziś jeszcze jedno grazie. Wielkie GRAZIE mówię mojemu bratu, który zadbał o to, by po latach i moja Mama mogła codziennie do śniadania cieszyć się lekturą Domu z Kamienia. Cześć Mamuś i smacznego! Smacznego wszystkim, którzy przy śniadaniu, a pozostałym DOBREGO DNIA! 

ODJECHAĆ - to po włosku ANDARE VIA (wym. andare wia)

blog

Kiedy wszystko wraca na stare tory...

niedziela, kwietnia 07, 2019


I tak oto wariacki tydzień dobiegł końca...
Kiedy tydzień temu machaliśmy za odjeżdżającym do Niemiec autokarem, kiedy potem patrzyłam na jedną walizkę na środku salonu, kiedy gotowałam gar ragu' na zapas i w końcu, kiedy to ja byłam tą odjeżdżającą i po czterech latach przerwy znów leciałam do Polski, marzyłam tylko o tym, by to wszystko minęło, żeby tydzień skończył się jak najszybciej i żeby raz dwa nastał sobotni wieczór! 
I wydawało mi się, że ten moment nigdy nie nastąpi... 

Mój stres przed tym wszystkim był nie do opisania. A. powiedziała mi w Warszawie - "wyszłaś ze swojej strefy komfortu - gratulacje!". Dokładnie tak. Lepiej nie mogłabym tego ująć. Wszystko skupiło się w jednym tygodniu - Tomka podróż, moja podróż i idące za nią nowe doświadczenia i Mikołaj, który na kilka dni został sam z Mario. I dziś mogę to już napisać - dla każdego z nas było to wspaniałe doświadczenie. Mikołaj oczywiście dałby wiele, by być ze mną w Polsce, ale nie dlatego, że źle mu było z Mario - bo obydwaj spisali się na medal, tylko dlatego, że uciekło mu tyle atrakcji turystycznych. Na szczęście drobne souveniry wynagrodziły te straty. 

Jutro napiszę więcej o samym pobycie, o tym co się działo w Warszawie i Krakowie i o moich wrażeniach. Dziś chcę przede wszystkim podziękować tym, którzy pofatygowali się do Instytutu Kultury Włoskiej, a czasem było to nawet kilkadziesiąt kilometrów, tylko po to, by ze mną choć dwa słowa zamienić. Podarowaliście mi wiele wzruszających momentów i uczyniliście to całe doświadczenie jeszcze piękniejszym. Dziękuję za podarki, za ciepło, za to że byliście i że jesteście. 
Dziękuję za słowa, które powtarzaliście najczęściej - "jesteś właśnie TAKA, jesteś taka jak na blogu, autentyczna". Jest mi dziś niezwykle miło... Mam nadzieję, że choć niektórym z Was uda się zawitać do Marradi i do Mugello. 

Tomek natomiast wrócił z Niemiec jeszcze szczęśliwszy niż ja. Był tak rozemocjonowany, że trajkotał jak katarynka, bo chciał opowiedzieć wszystko w jednej chwili. Nowe znajomości, nowe miejsca, przygody, smaki, śmiechy, imprezy, rozmowy po angielski i po niemiecku pierwsze wypowiedzi... Tomek jest dosyć powściągliwą osobą i chyba nigdy jeszcze nie widziałam go w takiej euforii jak wczoraj. Sam przyznał, że żal mu było wyjeżdżać i gdyby mógł, zostałby jeszcze kilka dni. O tym wszystkim oczywiście napisze on sam i pewnie jeden artykuł na to nie wystarczy.



Ja osobiście dziękuję rodzinie, która gościła Tomka przez tydzień - rodzinie polsko - niemieckiej. Wiem, że wiecie o blogu, więc być może tutaj zajrzycie. Mój "mały" podróżnik opowiadał o każdym dniu z wypiekami na twarzy i o tym, jak dobrze i ciepło był przez Was przyjęty. Absolutnym hitem są słowa dziadka, które Tomek przytoczył - "Jedz Tomciu! W domu tego nie masz!" - to też nasze rodzinne powiedzenie, które powtarza się przy każdym spotkaniu! Jeszcze raz z całego serca - DZIĘKUJEMY!


Na koniec ostatnia tylko refleksja... Miała rację Ellen mówiąc kiedyś, że z czasem człowiek już wszędzie jest straniero. Po tych czterech dniach wiem na pewno, że ja w Polsce jestem już bardzo straniera i kiedy samolot opadał wczoraj na płytę lotniska w Bolonii - opadał to trafne określenie, bo na pasażerów przez chwilę padł blady strach i dały się słyszeć komentarze, że czegoś podobnego nikt nie doświadczył - ja miałam łzy w oczach i uczucie ogromnej ulgi. 
Dom. Casa. Casa dolce casa. Tu mój dom i moje dzieci. Mój kraj - moja miłość.

CUDZOZIEMKA to po włosku STRANIERA (wym. straniera)

ale ponieważ to słówko już kiedyś było, dziś będzie jeszcze jedno:

OSOBIŚCIE - PERSONALMENTE (wym. personalmente)

artykuł

Sens pisania

środa, października 19, 2016


Czasem niektórzy pytają mnie - ile czasu poświęcasz dziennie na bloga? - Dużo - odpowiadam lakonicznie. Blog to prawie jak etat - myślę sobie. Gdyby nie to pisanie miałabym zdecydowanie więcej czasu. - Naucz się choć na nim zarabiać, tak jak inni szanujący się blogerzy - radzą życzliwi i podsuwają pomysły. 
Ja jednak nic z tym nie robię... Blog narodził się - mówiąc górnolotnie - z miłości i z tęsknoty. Z miłości do Italii, z tęsknoty za nią, z miłości do słowa, do pisania, z tęsknoty za tym, by marzenie o moich słowach na księgarnianych półkach w końcu się zmaterializowało.


Ktoś może powiedzieć - sztuka dla sztuki. Ale dla mnie to zdecydowanie więcej. Blog podarował mi coś, co nie ma dla mnie ceny. Za każdym razem, gdy ktoś pisze miły komentarz, gdy dostaję wiadomość, gdy ktoś wybiera Marradi jako cel wakacji i w końcu, gdy ktoś zostawia turystyczny szlak i nadkłada długich kilometrów, by do mojego Biforco wpaść na chwilę rozmowy, czuję jaki to wszystko ma sens! A potem jeszcze pojawiają się niespodzianki takie jak na zdjęciu i już całkiem serce się roztapia… Tyle trudu, fantazji, pomysłu, poświęconego czasu i to wszystko właśnie dla nas… Patrzę na pracochłonne dzieło i wzruszam się od wczoraj niezmiennie. Niezwykłe to wszystko…

- Mamusiu - pyta Tomek - czy ty jesteś sławna?
- Nie, no coś ty! Nie przesadzaj.
- Ale twój blog jest znany?
- To za dużo powiedziane! Mam sporo czytelników, ale nie, że zaraz znany! Są inne blogi sławniejsze i inni blogerzy dużo lepsi ode mnie.
-  No dobrze, tylko czy innym blogerom ktoś robi takie niespodzianki jak tobie? 
- …


Agnieszko bardzo dziękujemy za Wasze odwiedziny, niespodzianki i przegadane godziny. Mam nadzieję, że przystanek w Marradi będzie jednym z miłych wspomnień w Waszej toskańskiej podróży.


A na koniec jeszcze coś o pisaniu…
Marzenie o wydaniu książki wciąż ma się dobrze, choć szczerze mówiąc przestałam coś z tym robić. Może zimowe miesiące podarują mi trochę wolnego czasu, bym mogła skupić się na słowach przeznaczonych do druku. Chciałam Wam pokazać, że odbiciem moich tęsknot za pisaniem jest nie tylko blog, czasem zdarza mi się opublikować małe formy i choć dla wielu to pewnie nic wielkiego, dla mnie jednak to wciąż prawdziwa satysfakcja. 

Ps. Artykuł Casa dolce casa ukazał się w najnowszym wydaniu magazynu Lente.


NAPISANY to po włosku SCRITTO (wym. skritto)

blog

Incydent w Castrocaro

niedziela, września 18, 2016



Wakacje się skończyły, więc znów z bólem serca wracamy do starego systemu wojażowania. Zostały nam tylko weekendy, a na dłuższe wyprawy niestety już tylko soboty. Tak czy inaczej nie tracimy dobrych przyzwyczajeń i korzystamy z chwil.
W sobotę, tak jak zapowiadali, wypogodziło się jak na prawdziwe lato przystało, więc uwinęliśmy się z obiadem raz dwa, przegadaliśmy kierunki i w końcu padło na Castrocaro.
Nic tym razem nas nie zachwyciło jakoś wyjątkowo, szczególnie nie urzekło, ot taka tam przejażdżka i pewnie nawet nie miałabym o czym pisać, gdyby nie pewien incydent - przemiły incydent, który zapamiętamy na długo. Ale zanim o tym opowiem kilka słów o samym Castrocaro, bo skoro już się tam pofatygowaliśmy niech ślad na blogu zostanie, tym bardziej, że pewnie niektórym, zwłaszcza interesującym się włoską muzyką sama nazwa wyda się znajoma… 



Castrocaro terme i Castrocaro festival - to dwie wizytówki miasteczka. 
Termy znali już Rzymianie, ale dopiero tuż przed drugą wojną światową Principe Umberto di Savoia zainaugurował otwarcie kompleksu z centrum odnowy biologicznej, z basenami, z parkiem, hotelem, a wszystko to na 8 hektarach ziemi niemal w samym centrum miasta. Terme di Castrocaro są w grupie najbardziej znanych miejsc tego typu w całych Włoszech. 



Festival Castrocaro natomiast narodził się w 1957 roku i święcił triumfy zwłaszcza w latach 60 i 70. Jego celem było wypromowanie nowych artystów, nieznanych głosów. Przez pewien czas Castrocaro trampoliną do Festivalu w San Remo. 




A samo miasto? Za dużo "nowej" architektury, bym padła z zachwytu na kolana. Najciekawszym miejscem jest średniowieczna fortezza i odżałować nie mogłam, że trafiliśmy na godziny zamknięcia, bo sądząc po samych zdjęciach wizyta wewnątrz warta była wydania kilku euro na bilet.




Pierwsze wzmianki o fortyfikacji górującej nad miastem pochodzą już z XI wieku. Jednak ludzie osiedlili się tu już w czasach epoki rzymskiej. O tym, że fortezza w dawnych czasach była znaczącym miejscem, świadczy wiele faktów, między innymi ten, że zawitał tu dwa razy Federico Barbarossa, natomiast w XIII wieku na zamku panował Gianciotto Malatesta, mąż Franceski da Polenta, tej samej o której pisał Dante.  




Pokręciliśmy się chwilę, "pocałowaliśmy klamkę" jak mówiła moja Mama i znów zeszliśmy do centrum, a kiedy już byliśmy w samochodzie, niektórzy zaczęli przebąkiwać o lodach. Zawróciliśmy więc, zatrzymaliśmy się na parkingu i ruszyliśmy spacerem w kierunku lokalu oznaczonego kuszącym napisem - gelateria produzione propria. I kiedy to snuliśmy się wolnym krokiem główną arterią miasta, usłyszałam za sobą polskie głosy. Nie zareagowałam, bo żyjąc w kraju, który jest dość popularną metą turystyczną to nic nadzwyczajnego. Jednak zamurowało mnie chwilkę potem, kiedy polskie głosy przeszły we wrzaski…
- Aaaa Dom z Kamienia!! Dom z Kamienia!! To wy!!!! Aaaa…. Mogę cię uściskać?
Stanęliśmy na środku ulicy i serdecznościom nie było końca, tylko Mario zanim wytłumaczyliśmy sytuację, nie mógł pojąć co to się dzieje. 
Jakby mało było samego spotkania, to dodam jeszcze, że świat jest mały jak nie wiem co, okazało się bowiem, że mamy wspólną znajomą!
A jakby i tego było mało, to dodam na koniec, że świat jest przy tym piękny i nas "wariatów" jest więcej niż myślałam! Kiedy piszecie mi czasem, że stałam się inspiracją, trudno mi w to uwierzyć, bo przecież kim ja jestem, a potem spotykam Czytelników na ulicy, którzy również postanowili spróbować jak smakuje życie we Włoszech, przyznając, że duża w tym zasługa Domu z Kamienia...
Dziękuję za tak niesamowite, całkiem przypadkowe spotkanie i za wszystkie ciepłe słowa! Poczułam się niezwykle! Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy!
NA ŚRODKU DROGI to po włosku IN MEZZO DI STRADA (wym. in medzdzo di strada)


blog

Tak blisko, a tak daleko

środa, sierpnia 31, 2016


Goście znów zawitali do Domu z Kamienia… Wieczory się wydłużyły i rozweseliły. Oczywiście skrócił się tym samym sen, co w połączeniu z obowiązkami i pracą przynosi w ciągu dnia efekt zombie. Wczoraj moje zmęczenie sięgnęło szczytu, ale w południe udało mi się już z pracą uporać i po obiedzie (oczywiście truflowym) postanowiłam odpocząć i odzyskać stracone godziny snu. Byłam już myślami u progu sennych bram, kiedy usłyszałam dzwonek przy furtce. - Dzieci otworzą - pomyślałam - to pewnie tylko sprzedawca szczotek albo Sardyńczycy z serami.
- Jest mama? - usłyszałam nagle zza niedomkniętych okiennic. 
- Mamusiu jakaś pani z dziewczynką do ciebie. 
- Kto??
- Nie znam.
Po pierwsze takie sytuacje zdarzają się zawsze wtedy, kiedy mój strój pozostawia wiele do życzenia, kiedy akurat tego dnia jestem nieumalowana, a włosy mam w nieładzie niczym córka Tarzana. Trudno. Nie szata zdobi człowieka - pocieszam się.
Wychylam się przez tarasową barierkę i pytającym spojrzeniem witam nieznajomych gości.
Kobieta bardzo nieśmiało wchodzi po schodach, a kiedy jest już blisko w głowie zaczyna mi coś świtać. 
- Czy to ty jesteś S … ? 
- To ja.
Resztę spotkania zachowam dla siebie. Muszę tylko napisać, że było to chyba najbardziej wzruszające spotkanie. Spotkanie, które uświadomiło mi, że świat jest jeszcze mniejszy niż myślałam. Przechodzimy czasem obok siebie, być może nawet w tłumie wzrok się gdzieś spotyka, drepczemy tymi samymi ścieżkami, mamy tych samych znajomych, a okazuje się, że czasem potrzeba kilku lat, żeby się wreszcie spotkać. Jakież to życie zadziwiające. 
Siedzimy na tarasie pod zachmurzonym niebem. Już zapomniałam, że może mieć taki kolor. Jednak mimo ponurości, świat wydaje się w tym momencie taki pogodny. Mała dziewczynka, śliczna jak laleczka wciska onieśmielona główkę pod ramię mamy. 
- Sei bellissima!


Nie raz słyszałam - zostaw ten blog, odpocznij od tego pisania, nie trać czasu na głupoty, a poco to w ogóle opowiadasz, nie nudź, znów o dzieciach, co za styl żałosny, nieprawdziwe, przesłodzone … itd itp… Dużo słów, które powinny pozbawić mnie chęci do pisania, ale widocznie robię się odporna na to, co złe. 
Takie spotkania uświadamiają mi, że może ten mój blog jednak nie jest takim byle czym…
Zdarzyło się już wiele razy, że czytelnicy przystawali w Marradi. Niektórzy nie mieli odwagi zapukać i przekazywali pozdrowienia przez barmana, inni natomiast specjalnie nadkładali drogi, by tutaj zawitać. Być może czasem jest to zwykła ciekawość, innym razem chęć sprawdzenia czy to wszystko nie bajka. W każdym przypadku jest mi miło, bo te spotkania są niezwykłe. 
Nikt wcześniej jednak, nie okazał takiego wzruszenia jak wczoraj S. To wzruszenie i mnie się udzieliło i przede wszystkim onieśmieliło, bo przecież kim ja jestem? Ani gwiazdą, ani sławą, ot jakaś tam blogerka…  Czy ja zasłużyłam na takie emocje, przecież nic wielkiego nie robię?niewiara w siebie znów się odzywa. Jakie to życie jest przedziwne…
Filiżanka S stoi na tarasie do wieczora i przypomina mi o tym niezwykłym spotkaniu. Dzień był pochmurny, a tyle nagle pojawiło się w nim słońca.
POJAWIĆ SIĘ to znaczy APPARIRE (wym. apparire)

blog

Słowa jak słodkie castagnole ...

piątek, stycznia 29, 2016


Dziękuję. 
To słowo powinno być całym dzisiejszym wpisem. Po upublicznieniu moich wczorajszych  smutków na blogu, zaczęłam odbierać od Was słowa otuchy, szczere i ciepłe, a przecież większości z Was nawet nie znam. Jak to możliwe, że ktoś, może całkiem obcy, przejmuje się moimi problemami? - cały wieczór zadawałam sobie to pytanie. Dziękuję za wyjątkowego maila z Warszawy, który wzruszył mnie do łez. Również do stolicy ślę inne wielkie podziękowania. Dla kogo i za co - kto ma wiedzieć, ten wie, niektóre gesty sprawiają, że zwyczajnie brakuje mi słów. Dziękuję za skypową wiadomość, która sprawiła, że zasypiałam uśmiechając się do życia, dziękuję za marradyjski telefon i za karnawałowe castagnole w papierowej torebce, które znalazłam na stole miedzy jedną lekcją a drugą, one również tak jak Wasze słowa i gesty, osłodziły kiepski dzień. 


Tak jak Wy piszecie mi często - dobrze, że jest ten blog! - tak dzisiaj ja sama się pod tym podpiszę. Jak dobrze, że jesteście, gdzieś tam, nie wiem dokładnie gdzie, ale już sama świadomość wystarczy, by znów dźwignąć się, stanąć prosto i nie dać się żadnym przeciwnościom. Znów postaram się być silna! Silna pogodnie, by nie stracić przy tym uśmiechu. 
Dobrego weekendu Wam życzę! Na dobry początek odrobina słodyczy - częstujcie się - oto castagnole!


ALZARSI to znaczy PODNIEŚĆ się (wym. alcarsi)