środa, 27 czerwca 2012

Zdzisława oswojona:)
To był bardzo upalny dzień, snuliśmy się z kąta w kąt, jak śnięte muchy. W pewnym  momencie Mario zauważył wciśniętą między doniczki pierzastą kulę. Podszedł i wziął to coś na ręce. Jak się okazało była to mała sówka, która widocznie wypadła z gniazda i zamroczona przez dzienne światło ukryła się w kącie. Mario znany jest z tego, że z ptakami umie "rozmawiać", przejął schedę po ojcu. Wiele ptaków hodował, ratował z opresji, kurował, z wieloma się zaprzyjaźniał. Nieprawdopodobnym zjawiskiem był dla mnie Merlo, który urodził się bez skrzydełek, takiego znalazł go Mario i wziął pod opiekę, przez wiele miesięcy karmił go, poił - prawie jak ptasia mama, albo raczej tata:) Po pewnym czasie stała się rzecz niezwykła - ptaszkowi wyrosły skrzydła, Mario otworzył więc klatkę, by zwrócić mu wolność. Długo nie korzystał kos z tego wyjścia, dobrze mu było. Mario wyjmował go z klatki i zostawiał w ogrodzie, ale Merlo ani myślał o odlocie. Aż w końcu nastał dzień kiedy kos poderwał się do lotu i ruszył w świat. To nie jedyna taka historia, ale tym razem miałam opowiedzieć o "naszej" sowie. Zamroczoną i przestraszoną sówkę umieściliśmy w prowizorycznym domku z kartonów, by pozwolić jej spokojnie pospać do wieczora. 
prowizoryczne schronienie przed słońcem
wieczorne karmienie
Kiedy słońce schowało się za wzgórzami, Mario wyciągnął malucha ze skrytki, przyniósł z lodówki trochę mielonego mięsa i odmierzając drobniutkie porcje wciskał mu je do dzioba. Ptaszek początkowo kłapał tym dziobem, jakby chciał nas przestraszyć, ale gdy poczuł, że nic złego z tych rąk go nie spotka, nieco się uspokoił. Potem napił się po kropelce wody, otworzył niechętnie oczy i trochę się rozbudził. Na noc wstawiliśmy go do kartonowego pudełka, na bezpiecznej wysokości, łudząc się, że sowia mama jednak go odnajdzie. Gdy rano się obudziliśmy wszyscy pobiegliśmy do domku sowy, karton był pusty. Szczęśliwi z takiego zakończenia, zajęliśmy się swoimi sprawami. Wieczorem pojechaliśmy do miasta na kolację, nad okolicą przetoczyła się silna burza, po której dość mocno się ochłodziło. Gdy tuż przed północą wróciliśmy do domu, znaleźliśmy przy schodach naszego sowiego malucha, zmokniętego i przestraszonego. Wzięliśmy go tym razem na noc do domu i znów nakarmiliśmy, napoiliśmy, tak jak wcześniej. Niestety sowa jak wiadomo, to nocny ptak, dlatego gdy my spaliśmy, ona do bladego świtu tłukła się po kuchennych płytkach, robiąc nieprzyzwoity jak na tak małe stworzenie, hałas swoimi pazurami i bawiąc się klapą od wiaderka na śmieci. Tak być nie mogło! Zorganizowaliśmy jej spanie w cantinie, w wygodnym kartoniku, wyłożonym szmatkami, wieczorem wyciągaliśmy ją z ukrycia i karmiliśmy, już nie kłapała wrogo dziobem. Mario powiedział, że mamy dać jej jakieś imię, tylko takie by i jemu było łatwo wymówić. Trochę na przekór nazwaliśmy naszą sówkę Zdzisława, więc Mario wciąż mówił o niej gufetto :) Mieszkała u nas Zdzisława kilka dni, aż któregoś ranka nie znaleźliśmy jej już w kartonie, i choć chcieliśmy wierzyć, że poszła sobie sama, to jednak, mieliśmy świadomość, że w świecie zwierząt panuje prawo dżungli. Niemniej było to niesamowite doświadczenie, zwłaszcza dla dzieci, nie każdego dnia zdarza się mieć na wychowaniu sowę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj