Ostatni październikowy weekend i ostatnia w tym roku sagra kasztanowa … Tym razem chłopcy wyjątkowo nie ruszą do pracy, bowiem do Domu z Kamienia dotarli zapowiadani Goście. A zatem nikomu nie trzeba tłumaczyć, że milszy od pracy będzie dla nich tym razem spacer rodzinny po Marradi.
Tak czy inaczej pamiątka po ich wolontariacie została nawet w prasie, a moje zdjęcia znów poszły w świat. Takie moje małe satysfakcje… Jeśli nie wszyscy zaglądają na fb, pochwalę się i tutaj:
Goście nie zabawią długo, ale mam nadzieję, że te kilka dni uda nam się spędzić wyjątkowo i ci którzy zawitali tu po raz pierwszy, będą wyjeżdżać z przedwczesną tęsknotą i z zalążkiem marradyjskiego fiksum dyrdum. Sobota zapowiada się wspaniale i plan jest ambitny, oby tylko słońce podkręciło temperaturę, bo ranek przywitał nas iście listopadowym chłodem.
Listopad… Jak zawsze spinam się na samą myśl o nim. I choć staram się cieszyć każdym dniem, to szczerze mówiąc w listopadzie i grudniu - jak dla mnie - czas mógłby przyspieszyć, by zaraz po nowym roku łagodnie zwolnić. Jakoś się z tymi miesiącami nie mogę ułożyć, już sam fakt braku światła sprawia, że wszystko z czym daję sobie radę latem i wiosną, teraz wydaje mi się o wiele trudniejsze. Słyszę często - jesteś silna, jesteś wielka, podziwiam cię, ecc… Może i silna, ale nie wiem, czy jest co podziwiać. Każdego dnia biorę się z codziennością i problemami za bary i jak do tej pory los mi sprzyja, to one leżą na macie, nie ja. Ale często ta walka kosztuje mnie tyle energii, że potem ciężko mi znów ruszyć z miejsca … Zobaczymy, co przyniesie jutro, oby listopad okazał się łaskawy, oby nie powróciły stare zmory, oby nie opętało mnie czarnowidztwo!
Pierwszy gościowy dzień minął bez jednego porządnego zdjęcia. Dziś obiecuję to nadrobić, a w zamian za to jeszcze jedno spojrzenie na październikowy kasztanowy gaj, przed utratą jesiennych słodyczy...
Dobrego weekendu!
CO PRZYNIESIE to po włosku COSA PORTERÀ (wym. coza portera)






