Przez cały tydzień patrzyłam z przejęciem na tabelkę pogodową na blogu. Zaplanowaliśmy na sobotę wycieczkę nad morze, a że ostatnie tygodnie dały mi w kość, to bardzo o takim dniu marzyłam. Sobota niby miała być ładna, ale w piątek wieczorem tak się zaniosło, tak wiatrem dmuchnęło, że ten nasz nadmorski dzień stanął pod znakiem zapytania.
Nie lubię jednak porzucać raz powziętych planów i choć sobotni ranek nic dobrego nie wróżył, wciąż wiało, ziemia mokra była jeszcze od nocnego deszu, a termometr pokazywał zaledwie 14 stopni, już o 8.00 tak jak było postanowione spakowaliśmy klamoty do samochodu i żartując, że bardziej niż lodówka przydałby się termos z vin brule', pomknęliśmy na wschód.
Od granicy Romagnii widać było, że chmury zostawiliśmy w tyle, siedziały sobie spokojnie na czubkach wzgórz toskańskich Apeninów, szaro - sine, ponure jak wrony i kruki. Przed nami otworzył się pogodny lazur, jak na włoski maj przystało.
Przez całą drogę trzymałam aparat w pogotowiu i zastanawiałam się, co jest bardziej urocze: ta droga wśród winnic i sadów, z poboczem usianym makami, z irysami sterczącymi na baczność, czy samo morze i plaża.
Ale i plaża majowa nas zaskoczyła, bo nawet ona zakwitła tysiącami drobnych różowych i żółtych kwiatków.
Na plaży natychmiast rozwiąły się nasze wątpliwości pogodowe i zaczęliśmy ściągać z siebie to, co można było ściągnąć, a resztę podwijać i zsuwać ile się da! Z 14 marradyjskich stopni zrobiło się nagle 25, choć godzina była jeszcze wczesna. Mimo braku kostiumów i tak nie mogłam powstrzymać chłopców przed półkąpielą, co skończyło się mokrymi spodniami i powrotem w moim szaliku okręconym wokół bioder.
Ale przecież spodnie wyschną, a radość dziecka jest najpiękniejszą rzeczą na świecie.
Patrząc na nich przez obiektyw, czułam jak zalewa mnie wzruszenie. Widać szczęście w oczach, w gestach, w uśmiechu. Jeśli oni są szczęśliwi, nic mi więcej nie trzeba. Może tylko trochę słońca, do naładowania wewnętrznych baterii, bym znów mogła śmiało startować w kolejny intensywny tydzień.
To sobotnie nadmorskie lenistwo uświadomiło mi jak bardzo byłam zmęczona. Jeden dzień wystarczył, bym sama ustawiła się znów do pionu. Bieganie po wodzie, słońce, ciepło, trippa na zimno, kieliszek wina i dobra lektura. Znów jestem silna!
A dziś czeka nas spokojny marradyski dzień i piknik na zielonych łąkach. Przed nami wszystkimi ważny i bardzo intensywny tydzień, postaramy się zatem maksymalnie wykorzystać wolny czas i Wam też radzę zrobić to samo!
SPODNIE to po włosku PANTALONI





