- Na dziś wystarczy - przerywam brutalnie w połowie rozdziału wykończona ciężkim dniem.
- Nie, nie! - protestują chłopcy.
- Dziś już nie dam rady, nie gniewajcie się!
- A co zrobi Maryla, kiedy dowie się, że Ania nie jest chłopcem? - pyta Tomek.
- Dowiesz się jutro!
- To w takim razie na obiad wracamy do domu i po jedzeniu nam poczytasz!
- Świetny pomysł!
Tomek kończy aktualnie Alice nel paese delle meraviglie (Alicja w Krainie Czarów), jest zachwycony.
- Mamusiu, a jak po polsku będzie się nazywał Fintartaruga?
- Nie wiem, nie lubiłam nigdy Alicji i nie pamiętam wszystkich postaci. - Przyznaję uczciwie. Na szczęście google jest nam pomocne! - Mam! To Niby Żółw albo Żółwiciel w innym tłumaczeniu.
- A wiesz jak jest Kapelusznik po włosku? Cappellaio!
Tomek zafascynowany jest literaturą gdzie fantazja styka się z rzeczywistością, dziwne stwory, nadprzyrodzone właściwości, wymyślone krainy, czyli zaprzeczenie mojego gustu literackiego, ale ja cieszę się z samego faktu, że gust literacki ma jasno sprecyzowany. Staram się trzymać równowagę pomiędzy włoskim i polskim czytaniem. Sami czytają raz w jednym, raz w drugim języku. I mimo tego, że już od dawna nie są maluchami, wciąż wszyscy kochamy tradycję wieczornego czytania. Będąc mamą dwóch chłopaków, nie sądziłam że moja rozsypująca się z nadmiaru używania "Ania..." zwróci czyjąś uwagę. A tu proszę... od wczoraj jesteśmy gośćmi na Zielonym Wzgórzu. Dla mnie to miła odmiana po mrocznym krajobrazie "Zwiadowców".
I jeszcze o pisowni - niestety samo czytanie po polsku nie wystarczyło, by nie uwstecznili się w polskiej pisowni. Pomijając już błędy ortograficzne, które sadzą nagminnie, to dochodzi jeszcze sam zapis - czyli włosko polska mieszanka wybuchowa. W swoim "diario" Mikołaj pod datą 17 maja napisał: COMPLEANNO, a pod spodem: UROGINY!!! (polskie słowo, włoski zapis). Potrzeba matką wynalazków.
MOSTRO to znaczy POTWÓR





