Dziś z okazji Nowego Roku obiecana relacja z oglądania szopek. To będzie też kolejny post wielbiący pod niebiosa włoskie zamiłowanie do piękna, nieprzeciętne poczucie estetyki i pasję. Pojechaliśmy do wspomnianej wcześniej Brisighelli, bo dzieci płakały, że szopki ruchomej w tym roku nie widziały, no to niech mają! Po drodze zaplanowaliśmy też przystanek w Fognano, bo tam już wcześniej mignęły nam szopkowe cuda.
A potem przystanek w Brisighelli, w małym kościele Santa Croce, na uboczu. Prowadzi do niego wąska, brukowana uliczka. Musieliśmy zaczekać kilka minut by cały cykl zobaczyć od początku, w między czasie bileterka podarowała dzieciom ceramiczne świeczniki - Mikołaje:)
A potem nadszedł czas na spektakl i pisać więcej nie ma sensu, myślę, że petarda zdjęć wystarczy!
Byliśmy wszyscy pod wielkim wrażeniem, była i burza i deszcz i wiatr i śnieg, poza oczywistymi postaciami, można było podziwiać wędkarzy łowiących ryby, dziewczynę wypiekającą chleb, garncarza, żebraka i całe zastępy najbardziej wymyślnych figurek. Dla nas to była lekcja poglądowa jak może wyglądać prawdziwa szopka i coś mi się wydaje, że w przyszłym roku już we wrześniu musimy się wziąć do pracy. Po takim widowisku Miodowa znacznie zbladła ...
Dziś chyba przesadziłam z ilością zdjęć:)
Dzieciątko Jezus to po włosku BAMBINO GESÙ.





