Kiedyś wspomniałam kilka słów o Monte Lavane, ale szczerze mówiąc, bardzo się nie popisałam, o Monte Lavane można przecież napisać książkę!
Był piękny zimowy dzień, koniec stycznia, ziąb nieprawdopodobny, takiego nikt by się pewnie w Toskanii nawet nie spodziewał i ten ziąb chyba najbardziej pamiętam, zawsze będzie mi się nierozerwalnie kojarzył z tym miejscem.
Monte Lavane to najwyższy szczyt Apeninów w rejonie Faenzy, ma ponad 1200m. Na końcu szlaku znajduje się odrestaurowany w ostatnich czasach "szałas partyzanta", choć w tym wypadku słowo szałas jest "lekkim" niedomówieniem:) To wszak mały domek z kamienia. W środku są prycze, na których zmęczeni wędrowcy mogą przenocować, a nawet działający kominek. Szałas znajduje się dość daleko od głównej drogi, a samochodem wjechać nie można, bo tereny wokół są prywatne. Mario na szczęście zna kogoś, kto zna kogoś, kto jest rodziną kogoś... w każdym razie dzięki takiemu łańcuszkowi, na jedno popołudnie znaleźliśmy się w posiadaniu kluczy, które otwierały wszystkie blokady na drodze.
O widokach peanów pisać nie będę, bo ani talentu, ani odwagi by wciąż powtarzać te same zachwyty, dowodem na piękno tego miejsca niech i tym razem będą zdjęcia.
Na koniec posprzątaliśmy, zostawiliśmy wszystko tak jak było. To mnie zawsze zadziwia, widziałam już tyle toskańskich szałasów, w niektórych można znaleźć kawę, nawet alkohol i wszyscy dbają by te małe schroniska były w jak najlepszym stanie i służyły kolejnym pokoleniom wędrowców.
Wpisaliśmy się jeszcze z podziękowaniami do zeszytu, po włosku i po polsku, przejrzeliśmy, kto był przed nami i jakie miał wspomnienia...
Na koniec obiecałam chłopcom gonitwę "z górki na pazurki", bo rdzawa o tej porze roku łąka sama zapraszała do zabawy. I gnaliśmy na łeb na szyję oni - jak to dzieci, ja - jakbym to dziecko znów w sobie obudziła, tak szczęśliwi.... tak wolni ....





