Codzienność w Toskanii. Zimowa codzienność.
Są tutaj kolory, które nie znikają nawet zimą. Całe szczęście! Dzięki kolorom, jest łatwiej. Niby nic, ale to jak zastrzyk witamin dla oczu, a jeśli dla oczu to i dla duszy...
Sobota za pasem... Nigdy nie przyspieszam czasu, nie odliczam do niczego, ale ten tydzień mnie nerwowo tak pokiereszował, że marzyłam tylko o sobocie. Już w zeszłą sobotę miałam ochotę zasnąć i obudzić się w następną sobotę. Nie przewidziałam tylko, że niekoniecznie w tym tygodniu wszystko pójdzie tak, jak sobie zaplanowałam i ta sobota wcale nie będzie wytchnieniem.
Tak "drobny" szczegół jak strajk generalny sprawił, że szlag trafił cały mój weekendowy spokój.
Kilka miesięcy temu zamilkłam o zdrowotnych sprawach. Zamilkłam, bo po pierwsze chyba jednak jest granica w odsłanianiu swojego prywatnego życia, po drugie zmęczona byłam opowiadaniem jak ogromny stres przeżyłam i bolało mnie niezrozumienie, kwitowane: "przecież jest dobrze, po co się przejmujesz" albo w ogóle "będzie dobrze i nie ma się czym martwić". Łatwo powiedzieć, jeśli stoi się z boku, ale jak mawiają Włosi "la pelle è mia".
Udało mi się nawet przed samą sobą uśpić lęk, choć nie było dnia, bym myślami nie wracała do tego wszystkiego. Miałam nadzieję - i nadal mam - że drugie badanie, które miało być po sześciu miesiącach, rozwieje ostatecznie wszystkie traumy. Zamiast po sześciu miesiącach udało mi się wbić do szpitalnego grafika na 2 grudnia. Cały ten tydzień to była jakaś granicząca z absurdem gonitwa, żeby pozałatwiać papiery do nieszczęsnego badania. Na myśl o odwołanych lekcjach płakać mi się chce.
Kiedy kilka dni temu dowiedziałam się o zaplanowanym właśnie na 2 grudnia strajku, opadło mi wszystko, co mogło opaść. Na oficjalnej stronie kolei zapewniano jednak, że pociągi w przedziale czasowym od 6 do 9 rano są gwarantowane.
Nawet się bardzo nie martwiłam, bo pomyślałam, że jeśli ruszę już pierwszym pociągiem o 6 z minutami, to do 10.30 uda mi się pokonać te niespełna sześćdziesiąt kilometrów - nawet jeśli te sześćdziesiąt kilometrów to dwie przesiadki. O durna naiwności!
Skasowano jeden pociąg, skasowano drugi pociąg, a ja jak ta idiotka usiadłam na stacji w Biforco i w końcu przy entym ogłoszeniu przez megafon, że żaden pociąg w tym kierunku nie jedzie rozpłakałam się w głos. Miałam wrażenie, że w tym płaczu wypłynął ze mnie cały stres ostatnich miesięcy. Siedziałam i płakałam i nie mogłam przestać. Jedyne co mogłam zrobić, to zadzwonić do szpitala i błagać o przesunięcie na "za chwilę".
Nie wiem jak udało mi się przez szloch i spazmy opowiedzieć zajście i usprawiedliwić moją nieobecność, w każdym razie kobieta po drugiej stronie telefonu okazała się "człowiekiem" i po kilku minutach kombinacji jak tu i co tu zrobić, zapytała:
- Cara... - i to cara było jakby mnie w końcu ktoś przytulił - będziesz miała jak wrócić potem do domu dnia... o 17.30?
- Tak, oczywiście - skłamałam, bo wiedziałam, że będą to kolejne kombinacje, ale przynajmniej dojadę bez problemu, a potem to już się zobaczy.
Udało mi się umówić nowe badanie za kilka dni, choć na dzisiejsze niedoszłe czekałam dwa i pół miesiąca. Powinnam się cieszyć, ale teraz jestem wykończona. Wykończyła mnie niemoc, płacz, stres, zdanie na łaskę i niełaskę, na samą siebie. Miałam nadzieję, że ten weekend przyniesie spokój i odpoczynek. Nie ma lekko.
I na specjalne życzenie myśl filozoficzna z woreczka numer dwa:
Nessuna cosa avviene per caso ma tutto secondo logos e necessità
(moje tłumaczenie: Nic nie zdarza się przypadkiem, wszystko według sensu i konieczności)
Logos można różnie tłumaczyć i w tym cytacie jest kluczowe, żeby odgadnąć autora.
Mikołaj odgadł autora w minutę i to za pierwszym strzałem, czym bardzo mnie zaskoczył, a ja zastanawiam się nad sensem tych słów w kontekście dzisiejszej sytuacji.
Dobrego weekendu.







