czerwiec

Przede wszystkim: zaproszenie, a poza tym... czereśnie są słodkie

środa, czerwca 12, 2019


W słońcu czerwcowych dni nabrały słodyczy nawet dzikie czereśnie. Małe i może na oko niezbyt piękne, ale ich smak wynagradzał brak wyjątkowej urody. Chciałam pokazać A. kasztanowy gaj. Być w Marradi i nie widzieć gaju, to się przecież nie godzi. Miałyśmy wprawdzie ruszyć na Gamognę, ale zbieg pewnych niedogodności, zatrzymał nas w Biforco i ostatecznie popołudnie spędziłyśmy spacerując ponad Cardeto wśród zacisznych castagneti zarośniętych teraz po pas trawą, paprociami i "kwitnącym wszystkim". Spomiędzy kasztanowych liści zaczęły wychylać się powoli jeszcze zamknięte pióropusze kwiatów, z których już niedługo powstanie najbardziej charakterystyczny marradyjski miód.


Krótki czas A. w Marradi dobiega końca. Niedługo pojawią się w Kamiennym Domu kolejni Goście, a ja przy okazji ponawiam zaproszenie na wrzesień. Plan, który zrodził się w czasie nocnych gadu gadu, Renata tak ubrała w słowa: WARSZTATY KULINARNO TREKKINGOWE. Będziecie mogli razem z nami pogotować, dowiedzieć się wiele ciekawego o kuchni naszych regionów, zrobić pizzę z Mario, pospacerować po zakątkach Apeninów, zwiedzić Palazzo Torriani i posmakować gościnności Anny Marii, odkryć Brisighellę i poznać wiele nowych smaków. Dobra zabawa i rodzinna atmosfera gwarantowane. To będzie wspaniały czas! 
Jeśli ktoś z Was chce się do nas przyłączyć - nie zwlekajcie, lista uczestników ograniczona.



Tymczasem dziś kolejny piękny, czerwcowy dzień. Wprawdzie ze zmęczenia znów podpieram się nosem, ale to nic, może krótka drzemka temu zaradzi... 
Po południu odbierzemy Mikołaja świadectwo,  w sobotę pójdziemy na pierwszą w tym roku stralunatę, już niedługo nazbieram kwiatów i ziół na wodę świętego Jana i może w końcu wykluje się letnie blogowe zdjęcie...
DOBREGO DNIA!

ZAPROSZENIE to po włosku INVITO (wym. inwito)

Biforco

Niby nic, a przecież wielkie coś

niedziela, października 16, 2016


Mimo słońca łaskawie nam panującego, mimo lazuru i ciepła jakim przywitał nas sobotni ranek, dzień zapowiadał się do kitu. Łańcuszek niemiłych zdarzeń wpędził mnie w tak zły humor, że aż miałam ochotę rozpłakać się z bezsilności. Sobota jest przecież na wagę złota, a ciepła październikowa sobota tym bardziej. Byłam zła na wszystko, wszystkich i przede wszystkim na samą siebie, że tak się złym nastrojom dałam podejść. 

Aż w końcu około południa powrócił spokój i jakoś ten dzień udało się uratować. Pomyślałam sobie, że kiedy wszystko idzie źle, to najlepiej skupić się na zwykłych drobiazgach. Wypełnić nimi dzień i z nich właśnie czerpać radość. Nadejdzie przecież czas, że za tymi drobiazgami będę płakać z tęsknoty, wiem o tym już dziś. Życie gna jak głupie, czas jest bezlitosny.
Kiedyś dzieci się wyprowadzą, a ja będę starą matką wspominającą z rozrzewnieniem codzienne obrazki. Nastolatka w fartuszku kuchennym …



- Mamusiu chciałbym być kiedyś rodzinnym pasticere.
- No to ucz się. Jeszcze ta połówka cytryny.
- Zostaw ja to zrobię, krem będzie mój.
- Bravo!
- Są u ciebie na blogu wszystkie przepisy?
- Przecież mam dwa blogi, na "Kuchni" jest prawie wszystko.
- To ja sobie poczytam i będę uczył się gotować.
- Bardzo się cieszę! Mężczyzna powinien umieć gotować! 


Po południu drużyna Mikołaja rozegrała pierwszy mecz w tym sezonie. Mecz zakończony remisem, bez goli. Pogoda była wymarzona. Fotografowałam to chłopców ganiających za piłką, to świat otaczający boisko i nacieszyć się nie mogłam tym, że tu nawet mecz rozgrywa się w pięknych okolicznościach przyrody.


- Dziś numery na koszulkach były przydzielane już na stałe.
- O! A ty jaki sobie wybrałeś?
- Ja nie wybierałem tak jak niektórzy, to znaczy chciałem 10, ale i piętnastka jest fajna. To przecież tylko numer.
- Bravo. 
Przecież to tylko numer...




Wracałam z meczu w przedwieczornej mgle i cieszyłam oczy widokiem jesiennego Biforco. Jak tu ładnie - myślałam - jak dobrze … Dzień w końcu nie okazał się taki zły, jak się zapowiedział, mało tego … To był naprawdę piękny dzień! Utkany z drobnych obrazków, z chwilek maleńkich pachnących kremem cytrynowym,  dźwięczących okrzykami na boisku, ciepłych od rozmów z Czytelnikami. Chwilek poświęconych na pisanie, odpowiadanie i kulinarne poszukiwania. 
Na Biforco opadła mgła. Dobra mgła, puchata i ciepła. 
Dzień był może banalny, prostoty, pewnie nieszczególny, jednak tyle miał w sobie smaku … zupełnie jak nasza kolacja, niby nic i wielkie coś - smażone zielone pomidory...


WIELKA RZECZ - to po włosku UNA COSA GRANDE (wym. una cosa grande)

Antonio

Ostatki

piątek, sierpnia 26, 2016


Wszystkim jest żal, że lato się kończy, że ciepło odchodzi, choć to akurat u nas jeszcze nie, że dni już krótsze, że zieleń długo nie potrwa, że jesień ustawia się za progiem … Jednak w Marradi ta nostalgia za odchodzącym latem jest chyba jeszcze bardziej odczuwalna, silniejsza, bo marradyjskie lato jest jedyne w swoim rodzaju i kiedy od września wszystko wraca na niewakacyjne tory, serce się ściska. 
Minęły już prawie wszystkie letnie festy, została ostatnia - w najbliższą sobotę - "koniec marradyjskiego lata", sklepy znów zaraz przejdą z godzinami pracy na normalny tryb, na wystawach sklepów pojawiły się fartuszki szkolne, a wczoraj wieczorem odbyło się ostatnie w tym sezonie czwartkowe mercatino….   


Straganów było raptem kilka na krzyż i już nie o stragany tak szczerze mówiąc tu chodziło... Ludzie zasiedli tłumnie na placu, dzieci ganiały, zbierały się w grupki, wieszały na kratach barowych, by zerknąć na rezultat meczu, zajadały lody, beztroskie jeszcze w otoczce wakacyjnej aury...   


Dorośli natomiast popijali aperitivo i przyklaskiwali, kiedy Antonio śpiewał kolejny słynny szlagier. Stał się on absolutną gwiazdą tych wakacji. W każdy czwartek na placu była muzyka, towarzyszyła ona wszystkim festom, ale to jednak Antonio przyciągał największe tłumy. Potrafi zaśpiewać wszystko, o co publiczność poprosi, z uśmiechem z radością, bez chwili przerwy, nawet do rana, dopóki  będzie choć skromna grupka słuchających.  
Ozdobą jego ostatniego występu w ty sezonie był przesuwający się w tle chórek miejscowych indywiduów. Pewnych osób nigdy nie opisałam, pewnych tematów nigdy też nie dotknęłam, ale zrobię to kiedyś w książce, ślad po kimś takim jak Amedeo musi przecież pozostać. A zatem Antonio śpiewał tak jak zawsze pełen pasji, Amedeo zaglądał mu przez ramią i wiernie głosem towarzyszył. Widać było nawet z daleka, że poruszony tym jest do głębi. 
Nim poszliśmy do domu, przez "marradyjską scenę" przemaszerowały jeszcze inne "osobistości", a ja się znów nie mogłam nacieszyć, bo wszystko to co działo się wokół mnie było jak film. Gdybym była Ozpetkiem, wykorzystałabym takie widoki w moich filmach. Marradi i tutejsi ludzie, to prawdziwa inspiracja… Nic nie jest banalne, zwyczajne, nijakie. Wszystko tutaj ma intensywny smak...     


26 sierpnia 2013 roku zapisaliśmy chłopców do marradyjskiej szkoły. To był poniedziałek. Dzień targu. Pamiętam to wzruszenie i uściski, kiedy wszyscy pytali - kiedy wyjeżdżacie? A ja ze ściśniętym gardłem odpowiadałam - już nigdzie nie wyjeżdżam… Jedna z najpiękniejszych chwil.
Pamiętam doskonale tę datę bo to urodziny Pawia. Nie lubię publicznych, ale napiszę tylko - niech się spełni to co ma się spełnić.

SMAKOWITE, WYRAŹNE W SMAKU to po włosku SAPORITO (wym. saporito)