Od dnia powrotu do szkoły po feriach bożonarodzeniowych dzisiejszy dzień był tym najbardziej wyczekiwanym. W Italii z racji długich wakacji letnich, w czasie trwania roku szkolnego mamy tylko ferie na okoliczność świąt, poza tym nic wolnego. Jedynie długie weekendy, jeśli akurat dobrze się złoży, ale te zaczynają się dopiero wiosną. A zatem dziś chyba mogę powiedzieć - teraz to już z górki!
I choć wolne dotyczy głównie dzieci, to nawet ja się cieszę, bo oznacza to i dla mnie jeden obowiązek mniej, a poza tym, ja naprawdę lubię mieć chłopców w domu i nie chodzi o to, że jestem matką kwoką (to pewnie też), ale to, że tak szybko dorośli i stali się dla mnie najmilszym towarzystwem.
A jeśli chodzi o towarzystwo, pokażę Wam jeszcze jedno weekendowe wspomnienie. Kolejny dowód na to, że nie jestem sama. W niedzielę wieczorem byłam wykończona, w kawałkach - a pezzi - jak mówią Włosi. Pokaz mody w sobotę trwał do północy, w ciągu dnia Mikołaj miał mecz, niedziela minęła na fotografowaniu żołnierzy i bieganiu po górach. Dwa dni przeleciały, a ja nawet na chwilę się nie zatrzymałam. Z radością więc przystałam na propozycję Lorenzo dotyczącą kolacji. Przyjechał do nas w niedzielny wieczór z garem risotto pachnącego truflami, do tego jeszcze słoiczek świeżych trufli, które stały się dodatkiem do doskonałej frittaty. Zjadłam pyszności przy własnym stole nie kiwnąwszy nawet palcem. Dla mnie, która każdego dnia sama musi się mocno nagimnastykować, by ogarnąć rzeczywistość, taka wyręka jest jak największy, najmilszy prezent!
Wieczory w towarzystwie, przy dobrym jedzeniu, opowieści o niezapomnianych smakach, i wyjątkowych miejscach, na chwilę zwalniam, przez chwilę mam moje slow life...
LUBIĘ to znaczy MI PIACE (wym. mi piacze)





