Za nami przepiękny dzień… Pierwsza Komunia Mikołaja - po włosku. Piękniejsza mogła być tylko pogoda, wszystko inne natomiast było piękniejsze niż sobie wymarzyliśmy. Święto dzieci i dla dzieci, bez nadęcia, radosne, kolorowe i żywe. Widziałam wiele komunijnych uroczystości, ale z pełną świadomością przyznam, że żadna z nich nie była tak niezwykła jak ta - w serdecznej, rodzinnej atmosferze. Nie było tysiąca podziękowań, pompy, prezentów dla księdza, limuzyn i innych cudów, o jakich donoszą mi czasem rodacy. To co najważniejsze, to niezapomniane emocje - we wszystkim było serce - w kolorowych słonecznikach i w płatkach kwiatów, w malunku nad drzwiami kościoła, w śladach małych stóp i w hostii, w kwiatach zebranych przez rodziców, ułożonych przez jedną z babć, w radosnych śpiewach, animacjach, brawach i w uściskach dłoni na znak pokoju … We wszystkim…
Jak dobrze, że to wszystko dzieje się w życiu mojego syna. Kiedyś zarzekałam się, że jeśli wyjedziemy, zrobię wszystko, by Mikołaj do Komunii poszedł w Polsce. Mówiąc brzydko -odszczekałam to wszystko sto razy i odszczekuję kolejny raz. Niby ta sama religia … a jednak. Jakie to wszystko jest umowne, jakie różne, zmienia się wraz z krajem i mentalnością. Powiem - jakie niespójne… Dobrze więc, że jesteśmy tu.
W całym tym dniu tylko pogoda dała nam do wiwatu, zaplanowane w ogrodzie przyjęcie musiało zostać przeniesione do środka. Okazało się, że pozornie ciasne izdebki kamiennego domku świętej Barbary, są całkiem przestronne. Na szczęście deszcz w końcu ustał i dał odetchnąć świeżym powietrzem i zapachem ginestre. Było smacznie, radośnie, tak jak być miało.
- Zadowolony jesteś z tego dnia? - zapytałam Mikołajka - bo przecież choćbym nie wiem jak ja była usatysfakcjonowana, najważniejsze było przede wszystkim uszczęśliwić Mikołaja.
- Bardzo - odpowiedział z uśmiechem i mocno się przytulił.
Zdjęcia z części nieoficjalnej być może pojawią się później.
Dobrego tygodnia!





