przeprowadzka

Ten moment, kiedy mówimy: "wreszcie"!

niedziela, listopada 15, 2020


Nareszcie! Może trudno w to uwierzyć, ale w sobotę popołudniu naprawdę skończyliśmy z tobołami! Zostały wprawdzie rzeczy w cantinie do wywiezienia na "isola ecologica" i moje oleandry do przesadzenia, ale to może zaczekać, to już nie jest pilne. 

Obeszliśmy pokój po pokoju, wytarliśmy kurz, zamietliśmy i kiedy na koniec zamykałam po kolei wszystkie okiennice znów ścisnęło mnie w gardle. Wymamrotałam kilka słów pożegnania, cichutko, żeby nikt mnie nie usłyszał i nie pomyślał, że mam coś z głową, pogłaskałam, poklepałam ściany tak jak pociesza się w smutku przyjaciela, a Tomek przysiadł jeszcze raz na zdezelowanym fotelu...
- Tu siadałeś co rano ledwo obudzony, żeby się jeszcze chwilę wygodnie pokokosić.
- Wiem.
- To tak naprawdę dom waszego dzieciństwa. 
- Kiedy będę już dorosły i będzie tu mieszkał ktoś inny, zapukam pewnego dnia i zapytam czy mogę wejść i się rozejrzeć. Będę ciekawy jak się zmieni nasz domek.
- Kawał czasu tu przeżyliśmy...

Dom z Kamienia blog

Nim zamknęłam okiennice jeszcze kilka niespodzianek wyskoczyło z ukrytej szuflady...

Oto dlaczego tak nam się długo zeszło z przeprowadzką. Ja się nad każdym takim reliktem bardzo rozczulam, zaczytuję, wspominam. W jedno z tych przeprowadzkowych popołudni na przykład znalazłam mój pamiętnik i kiedy otworzyłam na wpisach z zimy 2004 gardło mi się w supeł zawiązało - w tamtym czasie niemal codziennie pisałam listy do Tomka, który po latach starań i łez zamieszkał w moim brzuchu. Myślę, że podaruję mu te listy ładnie wydane na osiemnaste urodziny. 

Wczoraj natomiast znaleźliśmy Tomka malunki, Mikołaja rysunki, wypracowania, pierwsze literki. I ot taki niby zwykły "bazgroł" nasmarowany świecową kredką, "bazgroł" co to nie przypomina ani smoka, ani człowieka, ani niczego innego, ale w rogu podpis: "Smok", Mikołaj, restauracja Buffo w Warszawie i data. 
Do wszystkiego co wyszło spod rąk chłopców podchodziłam zawsze na serio, z namaszczeniem. Mam dziesiątki jeśli nie setki takich kartek, karteluszek skrupulatnie opisanych. Nie wyrzuciłam ich. Mogę wywalić ciuch, którego nie noszę, zużyty garnek, książkę, która była beznadziejna, ale takie cuda to dla mnie prawdziwy skarb. Popatrzcie na to: 


A dziś niedziela listopadowa - pierwsza niedziela tej jesieni w czerwonej strefie... 
Dziś odpocznę! Dziś przede wszystkim odpocznę i basta! Dziś w końcu nic nie muszę i ta świadomość wzrusza mnie niemal do łez. Ta przeprowadzka wymęczyła nas fizycznie. Myślę, że jakieś dwa kilo mi ubyło, bo obcisłe do niedawna ogrodniczki zaczęły na mnie zwisać. Pogotuję, poczytam i pewnie na skromne góry się zasadzę. W końcu trekking to aktywność fizyczna, którą nawet bardzo ścisłe restrykcje dopuszczają. 

Teraz cieszę się też tym, że w końcu mogę zacząć dopieszczać nowy Dom. Mam nadzieję, że z dnia na dzień będzie coraz ładniej. Mogę też w spokoju skupić się na lekcjach i na pisaniu. Brakowało mi tego spokoju...

Listopad dobił do półmetka i zaczął być prawdziwym listopadem, rozmytym w mżawce, osnutym mgłą nawet w naszych Apeninach. I może to przez ten spokój, który nareszcie zapanował, ale i w tych mglistościach i w mżawce widzę prawdziwe piękno. Kiedy ostatkiem sił już po zmroku wracałam wczoraj z zakupami, spojrzenie co i raz zatrzymywało się na każdym najmniejszym detalu niknącym w mgle i zapadających ciemnościach. 

Dobrej niedzieli!

przeprowadzka

I tak oto zaczyna się nowy rozdział... - Dom z Kamienia za Rzeką

piątek, listopada 06, 2020


Zostawiłam Pomarańczowy Dom z Kamienia z Zielonymi Okiennicami w tym samym momencie, kiedy z glicine opadły pierwsze żółte liście... Czułam się trochę jak zdrajca. 
Po całym dniu amoku - ganiania w te i we w te z pudłami, torbami, krzesłami byłam wykończona, ale przeszczęśliwa. Chłopcy to już w ogóle w takiej euforii, że słów brak! Jaka to była dla nich radość w końcu usiąść w swoich pokojach, przy swoich biurkach, a wszystko takie nowe, ładne, pachnące... 

Przez cały dzień zjadłam ledwie jedną kanapkę, bo nijak na więcej nie było czasu - szczęśliwie do Domu z Kamienia za Rzeką dotarł technik, internet rach ciach podłączył i zaraz kamień spadł mi z serca. W tym jeszcze raz wielkie GRAZIE dla Barbary, bo bez jej interwencji to aż boję się myśleć co by było...

Kiedy już nasi Przyjaciele pomogli skręcić ostatni mebel, powiesić ładnie zasłonki, kiedy wypiliśmy zasłużone prosecco, poczułam jak opadam z sił. Byłam jak ten króliczek z dawnej reklamy baterii. Musiałam się jeszcze tylko na chwilę postawić do pionu i zaimprowizować choć namiastkę kolacji. Oczywiście okazało się, że wśród łapanych w biegu rzeczy potrzebnych "na już" nie było soli. 

W Bifoco panowała już ciemność, kiedy kolejny raz z wróciłam do starego domu po kilka drobiazgów. Weszłam do środka, ogarnęłam wzrokiem puste szafki oraz pobojowisko i serce pękło mi z żalu... Właśnie wtedy poczułam się jak zdrajca. Nikt już nie siedział przy stole, nie pachniało kolacją, łóżka i szafy były wybebeszone jakby ktoś uciekał w popłochu. Naprawdę żal było patrzeć. Sentymentalizm i nostalgia zalały serce jak prawdziwe tsunami...

Siedem pięknych lat. Dokładnie siedem. Siedem lat trudnych, ale chyba najpiękniejszych w całym moim dotychczasowym życiu. Dom, w którym tak naprawdę dorośli chłopcy. Dom, który gościł tyle wspaniałych osób. Dom, w którym rodziły się nowe przyjaźnie i znajomości. Dom, w którym płakałam, śmiałam się, walczyłam z przeciwnościami losu i w którym mimo trudności byłam bardzo szczęśliwa. Dom, w którym w pewnym sensie "dorosłam" i ja sama. Zamyka się pewien rozdział. 


Za nami pierwsza noc w Domu z Kamienia za Rzeką. Dopijam pierwszą kawę w tym miejscu i szykuję się do lekcji. Zapytacie się pewnie co mi się śniło. Zwykle nie pamiętam snów, ale dziś wyjątkowo sen był tak intensywny, że aż się z wrażenia obudziłam w środku nocy. Śniło mi się że płynęłam jakąś łódką, a obok mnie płynęła cała masa wyskakujących co jakiś czas z wody delfinów. Potraktuję to jako dobrą wróżbę, delfiny to przecież tak radosne i pozytywne stworzenia.

Przed nami kolejny intensywny dzień. Gianni z samego rana zajmie się przenoszeniem pieca i to jest kolejna dobra wiadomość. Obawiałam się, że będę musiała czekać do poniedziałku. Musimy dziś przenieść stół - wczorajsza kolacja była podana na krzesłach, jak na załączonym wyżej obrazku, bo zwyczajnie już sił nam zabrakło. Musimy też przetransportować moje łóżko - dzisiejszą noc spędziłam na materacu po harcersku. Poza tym mnóstwo jeszcze do przeniesienia, ułożenia, wysprzątania. Ale... Powolutku, już teraz bez napinania się. Ważne, że już jesteśmy tu gdzie jesteśmy. 
Brakuje jeszcze kilku mebli, lodówka też dotrze dopiero za kilka dni. Przecieka umywalka w łazience, zatkany jest odpływ w cantinie - tym zajmie się już dziś hydraulik. Poza tym chyba wszystko jest tak jak być powinno. 

Oto zaczyna się nowy rozdział - Dom z Kamienia za Rzeką. Rozgośćcie się!

Dobrego dnia Wam wszystkim i jeszcze raz serdeczne dziękuję za wszystkie komentarze i kciuki i ciepłe słowa i nieocenione wsparcie! Jesteście wspaniali. 

ROZDZIAŁ to po włosku CAPITOLO (wym. kapitolo)

przeprowadzka

Dobra energia - przeprowadzkowa epopeja na ostatniej prostej

czwartek, listopada 05, 2020

foto: Ellen - montowanie "cebuli"


- Tu jest dobra energia. Będzie ci tu dobrze - powiedziała Ellen, kiedy skończyłyśmy skręcać szafę. Jej słowa podziałały na mnie jak balsam. Bałam się, że może to tylko ja widzę wszystko przez różowe okulary, ale jeśli i Ellen "to dobre" w nowych wnętrzach poczuła, to znaczy, że się nie myliłam. 
- Prosecco? - tym razem o nagrodę po pracy zadbał Lex. Mario natomiast wyciągnął z jednego z kartonów, które przytachałam do nowej kuchni butelkę Campari i tak zrobiło nam się "luksusowo" niemal jak w barze. 
-  Co dzień to lepiej! - Żartowałam. - Jutro dodamy lód i plasterek pomarańczy. 
- Prosecco po skręcaniu mebli to już nasza tradycja - powiedziała Ellen. 
- Tak. Tak jak i prosecco po górskich wyprawach, po zakupach w IKEA...


Popatrzyłyśmy z dumą na złożoną szafę. 
- Bello
- Si, bello
- I wiesz co w tym jest wspaniałe? My się przy tym doskonale bawimy, czyż nie? 
Oto cała Ellen. 
Tak, zabawę miałyśmy doskonałą. Ellen i Lex wnoszą do domu spokój. Bez spinania się, bez pośpiechu, bez nerwów. To też działa na mnie jak balsam. 
Przyznam, że kiedy wczoraj walczyłam z szufladami w Tomka łóżku zaczął dopadać mnie kryzys "twórczy". Paznokcie połamane, ręce już obolałe, proodgniatane, skóra poraniona... A te szuflady takie krnąbrne!
Potem otworzyłam karton z szafą i już całkiem dopadła mnie słabość. I wtedy właśnie zjawiła się Ellen i znów stała się jasność. 
Lex zamontował karnisze i wymienił wtyczkę od piekarnika na taką co to jej żadne napięcie nie straszne. Ellen natomiast...
Ellen odsłoniła swoją kolejną twarz. Trzeba się położyć na zapylonej podłodze z wiertarką w ręku? Żaden problem! Ja nie dałam rady kilku śrubkom, Contessa tak! Do wczoraj myślałam, że jestem mistrzem w skręcaniu mebli, ale teraz wiem, że są lepsi. Ellen jest mistrzem wszystkich mistrzów, kolejny raz mnie inspiruje i pokazuje, że w kobietach jest nieprawdopodobna siła.

zmęczone, ale w doskonałym nastroju

foto: Ellen
foto: Ellen

Technik od internetu wczoraj nie dotarł. Przeprosił, przełożył się na piątek, po czym po moich lamentach, że pilne, zadzwonił raz jeszcze i zapewnił, że dziś będzie. Kciuki dalej mile widziane!
Z drugiej strony było mi to nawet na rękę, bo przynajmniej dziś na tyle się poskładamy, by móc w nowym domu jako tako funkcjonować. Wczoraj byłoby trudno. 

Jeszcze jedną refleksją muszę się z Wami podzielić. 
Jeśli dobrze policzyłam jest to moja ósma przeprowadzka w życiu. Po raz pierwszy jednak mam takie poczucie, że wszystko zależy tylko ode mnie. To ja decyduję jaki kolor, gdzie lampa, gdzie, to, tamto... To ja jestem sobie szefem i ta świadomość jest niezwykła. Oczywiście chłopcy decydują w swoich pokojach, razem wybieramy niektóre rzeczy, ale... 

Dziś spaliśmy jeszcze w starym domu, ale to był pewnie ten ostatni raz. Mam nadzieję, że dziś sprawa Internetu będzie miała szczęśliwy finał, a my kolejną noc prześpimy już pod nowym dachem.
Za wszystkie życzenia, kciuki i słowa otuchy z całego serca Wam dziękujemy!

DOBREGO DNIA!

WIERTARKA to po włosku TRAPANO (wym. trapano)

foto: Ellen
 

przeprowadzka

Galop

środa, listopada 04, 2020


To będzie chaotyczny wpis o tym jak stał się cud, o tym jak Lex zawiesił cebulę, o montowaniu mebli, o Contessie z narzędziami w garści, o odpalaniu kuchenki, o ekspresowym transporcie z IKEA i pierwszym toaście w Domu z Kamienia za Rzeką. Wpis chaotyczny, bo boli mnie dziś każdy centymetr ciała z głową na czele. Jestem tak zmęczona po wczorajszym dniu, że w głowie mi się kręci i trudno zebrać myśli.

A to było tak...
W poniedziałkowy wieczór TIM doprowadził mnie do furii. 

- Instalacja jest zawieszona - obojętnie stwierdziła sto pięćdziesiąta piąta operatorka. 
- Dlaczego? 
- A skąd ja mogę wiedzieć?
- To kto ma wiedzieć jak nie pani? Ile to ma potrwać? Co dalej? Kiedy będzie aktywowana?
- Nie wiem. Technik się musi wypowiedzieć.
- A kiedy się technik wypowie?
- A skąd ja mam to wiedzieć? - w tym momencie podziękowałam nie życząc bynajmniej miłego wieczoru.

Byłam załamana. Z tej rozpaczy zaczęłam szukać w sieci innych operatorów. Skoro w Marradi mamy światłowód to może lepiej zdać się na kogoś innego? Jednocześnie wewnętrzny głos przypominał mi, że tego przecież już kiedyś próbowałam i nie był to dobry pomysł. Ostatecznie postanowiłam napisać na grupie fajesbukowej marradyjczyków z prośbą o radę. 
Ku mojemu zaskoczeniu rady posypały się lawinowo niemal natychmiast. Rady i tak naprawdę konkretna pomoc. Natychmiast polecono mi skontaktować się bezpośrednio z Barbarą z TIM, która zajmuje się naszym terytorium. 
We wtorek rano złapałam za telefon. Barbara nie mogła rozmawiać, ale oddzwoniła do mnie po godzinie tak jak obiecała. Wyprostowała całą sytuację. Pchnęła procedurę dalej i co ciekawe zrobiła tak, że wcale zmiana numeru telefonu nie była konieczna. Jednocześnie uprzedziła, że mimo wszystko cztery do pięciu dni muszę poczekać. 
Trudno. Ważne, żeby mieć konkretną datę i pewność, że coś będzie zrobione. Jakież więc było moje zaskoczenie, kiedy jeszcze przed południem dostałam wiadomość, by umówić się z technikiem. Proponowana data instalacji: DZIŚ!!! 
Czekam więc grzecznie i jeszcze nie wierzę. Mam nadzieję, że to już naprawdę końcówka tej przeprowadzkowej epopei. Najzabawniejsze w tym jest to, że jeśli numer dziś będzie przeniesiony, to znaczy, że dziś śpimy już w nowym lokum. Być może była to ostatnia noc w Pomarańczowym Domu z Zielonymi Okiennicami... Ckliwie mi się robi i pewnie rozpłakałabym się ze wzruszenia, ale nie ma na to czasu. 


Jakby mało było atrakcji, wczoraj też - działo się to wszystko w jednym czasie - zajechała przed dom ciężarówka z transportem z IKEA. Dotarły biurka chłopców i szafa. Korzystając z wolniejszego dnia natychmiast zabraliśmy się razem z Mikołajem za skręcanie mebli. Potem zjawili się Ellen i Lex. Lex zamontował kuchenną lampę, którą Tomek ochrzcił mianem cebuli (zdjęcia wkrótce), a Ellen pomogła nam ze skręcaniem mebli zapewniając o ogromnym doświadczeniu w tej kwestii. Muszę przyznać, że z wiertarką w ręku wygląda bardzo dostojnie i profesjonalnie! Dziś nasi kochani przyjaciele wrócą, żeby dalej montować, instalować, czyli generalnie pomóc ogarnąć chaos. 
Jeśli dziś rzeczywiście mamy spać za rzeką, to już teraz wiem, że dzień będzie zdecydowanie za krótki i jeszcze bardziej wariacki niż wczorajszy. Mogłabym parafrazować znane powiedzenie o zimie i drogowcach - "przeprowadzka zaskoczyła Kasię".

Elaborat mi się dziś urodził. Nie wiem czy ktoś dobrnął do tego momentu, więc już żeby nie przynudzać, w telegraficznym skrócie napiszę, że w międzyczasie zajrzał też Ricky murarz, żeby upewnić się czy wszystko działa, czy czegoś nam nie trzeba. Potem przyszedł hydraulik, podłączył kuchenkę i naprawił usterki w łazience. Potem zjawił się też Mario z prosecco na pierwszy toast i z wtyczką do piekarnika. Wyszliśmy z domu, kiedy zaczął zapadać zmrok, bo montowanie przy latarkach nie miało sensu. 

W tym wszystkim jakimś cudem udało mi się przeprowadzić kilka lekcji, ufarbować odrosty, ugotować gar zupy, spakować trzy kartony i umówić się na wywiad. O tym ostatnim więcej w swoim czasie. 

Moich uczniów w tych dniach proszę o cierpliwość. To tylko chwilka. Niektóre lekcje niestety muszę odwołać, bo i tak doba jest za krótka. Mam nadzieję, że od przyszłego tygodnia życie będzie już dużo spokojniejsze.


Nie wiem czy napisałam wszystko to co w głowie się kłębi. Pewnie nie... 

Poranek listopadowy przywitał się dziś mgliście, ale całkiem ciepło. 
Do biegu gotowi start... Dobrego dnia!

przeprowadzka

Odcinek 1534 telenoweli "Przeprowadzka" - opowieść z dreszczykiem

piątek, października 30, 2020

Biforco - Cardeto Toscana - Dom z Kamienia blog

Dzień jak co dzień...
I znów kiedy już uporałam się z porannym maratonem lekcyjnym, kiedy obiad został wydany i zjedzony, zabraliśmy się za pudła... Cała trójka odczuwa coraz silniejsze zmęczenie materiału przez tą ciągnącą się w nieskończoność przeprowadzkę. Pocieszamy się tym, że już bliżej niż dalej. 
W czwartkowe popołudnie najpierw odetchnęłam z ulgą, bo wszystkie książki ostatecznie wylądowały po drugiej stronie rzeki - i Dąbrowska i Pavese i Moravia i Terzani i Ferrante i Prus i Ligocka i innych całe zastępy, a Mikołaj skończył porządkować płyty - a było to nie lada wyzwanie, bo w tej kwestii jesteśmy strasznie nieporządni. Okropni jesteśmy!

Oto nasza filozofia: po co szukać opakowania od płyty, skoro można schować ją do najbliższego, które jest pod ręką? Efekt jest taki, że Pod Harrym Potterem kryje się Władca Pierścieni, pod Władcą Pierścieni Shrek, a jakieś stare opakowanie przedszkolnych przyśpiewek bezczelnie kryje poszukiwany kiedyś usilnie film: "Lepiej późno niż później". Opakowanie A-ha było puste, po płycie ślad zaginął, a Muse spali sobie grzecznie schowani pod przykrywką Lucio Battisti. 

Kiedy chłopcy kursowali z paczkami, ja znów postanowiłam zerknąć na górę - w myśl zasady "pańskie oko konia tuczy", gdzie znajomy elektryk i murarz dopinali wszystko na ostatni guzik... I tu zaczyna się historia z dreszczykiem.

- O ciao Kasia! - Ricky popatrzył na mnie poważnie. - Jest pewien problem.
- O rany...
- To znaczy nie, że jakiś wielki problem.
- No jak nie! Jest poważny problem - przejął pałeczkę elektryk.
- Ale co się stało?
Przez chwilę dyskutowali między sobą, żeby ustalić czy problem jest poważny i na ile poważny i czy bardzo czy mniej, a ja ocierałam się o stan przedzawałowy.
- Powiedzcie mi już, bo tu padnę. 
- Hydraulik montując piec rozwalił rurę w ścianie...
Patrzyli na mnie przez chwilę przejęci jakby czekali na wybuch. 
Wybuch jednak nie nastąpił. Byłam kompletnie spokojna. 
- I co teraz? 
- Powiedział, że wróci dopiero we wtorek i naprawi. 
- Bene... To znaczy wcale nie jest bene, ale... va bene.

Kiedyś dostałabym furii. Wczoraj chciało mi się z tego już po prostu śmiać. Znów dopatruję się pozytywów. Przez to, że nie można używać pieca, przeprowadzka opóźnia się nie z mojego powodu, a to oznacza, że przynajmniej nie muszę się martwić tym, że technik od internetu jeszcze się nie odezwał. Widocznie wszystko musi mieć swój czas i moje nerwy tu na nic. Złość piękności szkodzi, a o piękność w moim wieku to trzeba już szczególnie dbać.

I tak dotelepaliśmy się do końca października. Słaby miał początek średni z jesiennych braci, ale potem jakoś wziął się w garść i podarował nam piękną ottobratę. Do występu powoli szykuje się listopad, a tymczasem znów już prawie weekend. Znów czas szast prast. Znów ledwo wrzesień - już listopad, ledwo jesień - zaraz zima. Ledwo tu - zaraz tam. Karuzela życia. 

Dobrego dnia!

BENE (wym. bene) to znaczy DOBRZE i niech tak będzie.

przeprowadzka

Cierpliwość na oparach, oczekiwanie i kciuki potrzebne bardzo!

czwartek, października 29, 2020

 Marradi Toskania nieznana, Dom z Kamienia blog

Siedząc przed komputerem i wykładając odmianę czasownika andarsene kątem oka zauważyłam, że przed Domem za Rzeką ktoś rozłożył jakieś rury czy też "węże". Nie mógł to być malarz, ani raczej elektryk, więc w moim sercu zapaliła się iskierka nadziei, że oto do ostatniego, najważniejszego działania ruszył hydraulik. 
Oczywiście hydraulik pracował już od dawna: wszystkie drobiazgi powymieniał, ponaprawiał, jednak pozostała rzecz najważniejsza - wymiana pieca gazowego. Nie miałam pojęcia ile będę musiała na to czekać, a jak łatwo się domyśleć to jedna z fundamentalnych spraw przed ostateczną przeprowadzką. 

Ciekawość musiałam trzymać na postronkach, aż do "po obiedzie". Najpierw zakupy na wariata, żeby zdążyć przed sjestą, potem obiad, potem to, siamto, owamto... W końcu złapałam pierwszy lepszy tobół zalegający w salonie i poszłam za rzekę. Swoją drogą w starym domu mamy teraz prawdziwy tor z przeszkodami i kiedy muszę przejść do kuchni czuję się niemal jak Mario Bros.

Za rzeką przywitał mnie miły obrazek. Nie dość, że wszystkie pomieszczenia były już prawie odmalowane, posprzątane z największego syfu (nie czas na eufemizmy), nowe kontakty zamontowane, to jeszcze hydraulik kończył instalację nowego pieca! Bajka! Coraz bliżej celu!

Zaraz po euforii nadciągnęło jednak zmartwienie - bo co z tego, że niemożliwe stało się możliwe i mieszkanie w październiku jest gotowe, skoro TIM milczy, a bez internetu to ja sobie mogę... Gdyby chodziło tu tylko o moje lekcje, to z bólem serca zastopowałabym na kilka dni, ale kiedy jest zdalna szkoła to internet w domu jest tak samo potrzebny jak gaz czy woda. 

Wróciłam do starego domu, złapałam za telefon i dalej wydzwaniać do operatora i ponaglać w wyjątkowej sytuacji. Miła kobieta zapewniła, że dziś (czyli wczoraj) lub jutro (czyli dziś) dostanę sms z informacją o wizycie technika. Czekam, choć cierpliwość moja osłabła już zdecydowanie.

Przeniesienie pieca na pellet umówiłam trochę w ciemno na wtorek, bo jeśli nie wtorek, to najbliższy wolny termin - dopiero kolejny tydzień. Mam nadzieję, że do tego czasu zjawi się TIM. Teraz tylko pytanie, czy właścicielka starego domu będzie miała do sprawy ludzkie podejście i nie będzie kazała płacić całego czynszu za kolejny miesiąc, czy jednak nie... A tu przecież o te finanse się głównie rozchodzi.

Tak czy inaczej jutro ruszam ze ścierą i składaniem mebli. I coś Wam powiem - będzie ślicznie, jak to wszystko się już poukłada. Widzę to oczami wyobraźni, a tej mi przecież nie brakuje.

Pogoda na szczęście jest piękna. Idzie do nas kolejna fala słońca i ciepła. Nie wiem jak to nazwać, czy parafrazując październikowe ciepło, to będziemy nazywać "novembratą"?
Mniejsza o terminologię, najważniejsze, że kolejny tydzień zapowiada się słonecznie. Obyśmy zdążyli z ostatnim klamotem zanim nadejdą listopadowe słoty. 
A może te w ogóle nie nadejdą?

W tym wszystkim zaczynam coraz mocniej tęsknić za Florencją. W ostatnich tygodniach znalazłam tyle nowych ciekawostek, że aż mnie palce swędzą, by jak najszybciej o nich opowiedzieć. W duchu planowałam sobie florencką sobotę, ale potem Mario zadeklarował pomoc w wyprawie po kuchenkę, więc Medyceusze i renesansowe historie będą musiały poczekać.

Pewnie już Was znudziło to ciągłe czytanie o pudełkach, pakowaniu i remontach, ale cóż takie życie... Potem przyjdzie czas, że będę pisać o tym jak nowe wnętrza nabierają życia, o tym jak opadają ostatnie liście, o pieczeniu pierników. Wiecie, że po raz pierwszy nie będę musiała się martwić gdzie wcisnąć choinkę? Choć zmieniamy dom na o połowę mniejszy, to paradoksalnie miejsca teraz dla nas samych będzie, że ho ho!

DOBREGO CZWARTKU!

Ps. Potrzymajcie kciuki, żeby ten kochany TIM uwinął się w trymiga. Ładnie proszę! 

IŚĆ SOBIE to ANDARSENE (wym. andarsene)

przeprowadzka

Cierpliwości...

środa, października 28, 2020


Kiedy dotarłyśmy do Biforco, było już po 18.00, a miasteczko spowijała ciemność i spokój. Na nasze tradycyjne aperitivo po udanym dniu zatrzymałyśmy się tym razem w Brisighelli, bo po nowych restrykcjach, które nakazują barom zamykanie się o tej właśnie godzinie, nijak byśmy spokojnie nie zdążyły opróżnić na spokojnie kieliszków w naszym ulubionym biforkowym barze. 

Dzień udał nam się pięknie. Samochód znów wypchany był po brzegi. Śmiałyśmy się, że jeszcze kilka razy i dojdziemy do perfekcji. Do nowego mieszkania kupiłam trochę półek na książki, żeby choć część nie leżała w kartonach do nie wiadomo kiedy, poza tym potrzebne drobiazgi - kosz na śmieci, karnisze, zasłony, lampę, żarówki... 


Przez cały dzień poza domem nie udało mi się iść na przeszpiegi za rzekę, ale w zastępstwie wysłałam Mario. Sypialnie - jak ocenił - są gotowe, a zatem jutro, pojutrze, w najbliższych dniach czeka mnie szorowanie, pucowanie, odkurzanie, polerowanie i składanie mebli, ale o tym już przecież pisałam. Zaczynam być coraz bardziej zmęczona, bo pracy jest jeszcze dużo.
Trochę też stresuję się tym, że internetu jeszcze nie ma, choć przecież minął dopiero tydzień, a operator ma tak naprawdę na przyłączenie linii dwa tygodnie. Pazienza... Pazienza...

Wtorek w towarzystwie Ellen znów podziałał na mnie jak balsam. I przystanek na kawę i to ładowanie mebli do samochodu i pogaduszki i to wspólne stanie pół godziny w dziale zasłon, bo przecież wybór koloru i tkaniny to decyzja niezwykle "ważna" i "trudna"! 
Trzeba sobie dodawać sił takimi miłymi drobnymi chwilkami, żeby przejść przez te momenty trudniejsze i wierzyć, że potem będzie lepiej.
Bardzo jestem ciekawa życia za rzeką. Choć z tą myślą oswajam się od miesięcy, to jednak wciąż wydaje mi się to abstrakcją. Jednak siedem lat w jednym domu to też kawałek życia. Dla takiego Mikołaja na przykład to w tym momencie pół życia! 

Z kolejnych szuflad i zakamarków wyskoczyły kolejne relikty przeszłości. W tym moja książeczka goprowska ze zdobytymi szczytami!! Mnie do tych gór to od zawsze ciągnęło. Wzruszyłam się znów. 

A teraz czas już na mnie, bo zaraz sjesta, a my jeszcze bez zakupów. Dobrego, zdrowego dnia!

PAZIENZA to znaczy CIERPLIWOŚĆ (wym. pacjenca)


przeprowadzka

Pocztówki i mgła

sobota, października 24, 2020



Ranek przywitał nas otulony pierwszą w tym sezonie prawdziwe jesienną mgłą. Gdyby nie lekcje pognałabym już wczesną porą z aparatem, bo fotogeniczności mgły nie da się zakwestionować. Wyglądało to niezwykle, te żółte, stłumione lipy już lekko opadłe z liści w mglistym przydymieniu schyłku października... Taka niemal jesienna bohema, jak lokal lat dwudziestych, kiedy już przygaśnie muzyka i tylko snuje się papierosowy rozleniwiony dym. A te lipy w tym wszystkim jakby zmęczone swoim splendorem letnim i wczesno jesiennym. Ach jakie to było piękne... 

Kiedy lekcje dobiegły końca mgła rozmyła się gdzieś w niebycie i cała poetyka poranka prysła, jakby jej w ogóle nie było. Lubię mgłę, tym bardziej, że u nas w Marradi zdarza się zaledwie kilka razy w roku.

Kiedy okazało się, że pędzić z aparatem nie ma po co, zabrałam się znów za kartony i książki. To już taki mój rytuał. Lepiej mi się je pakuje gdzieś między jednym a drugim, trochę przelotem, niż gdybym miała ślęczeć ciurkiem przez kilka dni z rzędu. I już wspominałam, że  co spomiędzy tych książek wypada to aż zdaje się czasem niewiarygodne. 

Ostatnio wysunęła się stara koperta, w której były między innymi: stara pocztówka Marradi, na odwrocie której Mario zdaje się w 2008 roku naskrobał nam swój adres, potem w tej samej kopercie były inne pocztówki niewypisane, zasuszony kwiatek i jedna pocztówka wypisana z poprawionym nieudolnie błędem. Pewnie dlatego nigdy nie została wysłana. Słowa wypisane przeze mnie brzmią mi znajomo, mam wrażenie, że pamiętam je z moich Toskańskich Notesów. Istotnie kiedyś wysyłałam pocztówki do wszystkich, a pocztówki te nie były z klasycznymi pozdrowieniami, tylko właśnie z moimi prywatnymi zapiskami, refleksjami, wspomnieniami.

"Cień przesuwa się wolno po kamieniach tworzących koryto rzeki, ja przesuwam koc, bo lubię popołudniowe słońce(...)
Zjedliśmy cudowny obiad: pomidory nadziewane czosnkiem i bazylią, cukinię, bakłażany, paprykę, a wszystko to skropione oliwą, oprószone solą i upieczone na ruszcie w cieniu drzew nad rzeką Lamone(...)
Tu żyję i tu żyć będę wiecznie. 
Caterina" 

Jak na ten moment dotrzymałam słowa. 

Czas mnie już goni. Mam zamiar dziś odpocząć, popakować, pogotować, pospacerować, skupić się na tym co tu i teraz. Żeby nie zwariować, żeby nie dusić w sobie złych emocji. 
Dobrego dnia!

POCZTÓWKA to po włosku CARTOLINA (wym. kartolina)

przeprowadzka

Przyspieszenie, oburzenie i koniec "ottobraty"

piątek, października 23, 2020

Dom z Kamienia blog o życiu w Toskanii 

Po raz pierwszy poczułam za rzeką optymistycznego ducha. Nagle, kiedy wszystkie dziury i wąwozy w ścianach zostały zamurowane, kiedy w łazience pojawiły się zmiany, których nawet się nie spodziewałam, kiedy kable znalazły się na swoich miejscach, a Ricky - murarz uspokoił, że on się malowaniem zajmie, na duszy poczułam tak upragnioną i wyczekaną od dawna lekkość. Jakby nagle ktoś ujął mi ciężaru. 

I chyba właśnie ta lekkość i powiew optymizmu popchnęły mnie wczoraj do tego, by nabrać przyspieszenia z pudlami i pakowaniem. 
Chłopców też zaangażowałam w przenoszenie na trochę dłużej niż zwykle, bo w pewnym momencie już w obecnym domu nie było jak przejść, przez tą całą kartonową barykadę.
Tomek nosił pudła, a Mikołaj przeprowadzał z jednej cantiny do drugiej rowery.

Wieść o tym, że się przeprowadzam zatoczyła już szerokie kręgi. 
- Pakujesz się? - zapytała znajoma kobieta w barze.
- Eeee... tak, ale jeszcze jest trochę pracy!
- To dobrze! Przynajmniej będziesz miała nowy dach nad głową.

To prawda. Nowy dach nad głową, to tylko jeden z pozytywów przeprowadzki.

Po południu postanowiłam iść za ciosem i zamówić też internet. Rachu ciachu aktywowanie zamówienia poszło szybko, miło i bez komplikacji, ale lekko mnie zmroziło, kiedy operatorka powiedziała, że realizacja instalacji może trwać do dwóch tygodni. Po cichu mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu się uda, a jeśli nie to chyba kilka dni opóźnienia nie będzie żadną tragedią. Nauczyłam się cierpliwości i pokory. Trzeba poczekać, to trudno. 

Dziś rano, żeby nie wybijać się z rytmu wrzuciłam do koszyka sklepu internetowego lodówkę i kuchenkę. Tylko jeszcze muszę kliknąć "kup", a chwilowo ręce nieprzyzwyczajone do takich zakupów lekko mi drżą.

Wszystko nabrało przyspieszenia. Chłopcy cieszą się bardzo. Cieszą na myśl o nowych łóżkach, nowej lodówce, własnych pokojach...


Nim ruszę do pracy i dalszego pakowania, a czeka mnie dziś dzień wypełniony zajęciami po brzegi, muszę podzielić się kilkoma refleksjami. Niby na blogu nigdy nie wypowiadam się na pewne tematy - nie poruszam kwestii polityki, czy religii i pewnie jeszcze kilku innych, ale... Tu już nawet nie o politykę chodzi. Ostatnie wieści z Polski po prostu mną wstrząsnęły. Myślę o tym wszystkim od rana i tylko powtarzam sobie w myślach: jak dobrze, że ponad siedem lat temu podjęłam taką, a nie inną decyzję. 
Zwyczajnie nie mieści mi się to wszystko w głowie. Choć zdrowiej byłoby się od tego odciąć, to jednak krew zagotowała mi się w żyłach, bo nawet jeśli żyję w innym kraju i z różnych względów pewne tematy mnie nie dotyczą, to przecież nadal jestem Polką, Kobietą. Nie umiem na pewne sprawy być obojętna. 

Czas już na mnie. 
Zdaje się, że nasza piękna ottobrata właśnie dobiega końca. Ranek przywitał nas bardzo ciepły, a to oznacza, że raczej na pogodne niebo nie będzie można dziś liczyć.

DOBREGO DNIA! SIŁY i ZDROWIA!


przeprowadzka

Zaraz będzie pięknie, zaraz będzie normalnie...

czwartek, października 22, 2020

Marradi - Biforco Dom z Kamienia blog

Druga nieprzespana noc daje mi się we znaki. Nie mam zielonego pojęcia skąd te moje pobudki. Zwykle śpię jak suseł - to po pierwsze, a po drugie po ostatniej dawce gór i spacerów powinnam spać nie jak jeden, a jak dziesięć susłów. 

Tymczasem nic z tego. Co noc to gorzej. Wczoraj już o czwartej oczy jak sowa, dziś kolejny rekord - dzień zaczął się dla mnie już o 3.00. Mam nadzieję, że nie będę konsekwentna i jutro nie zafunduję sobie pobudki o drugiej. 
Czuję się jak zombie, jakby głowa ważyła tonę...

To pewnie przez te wszystkie myśli kotłujące się nieustannie po głowie, przez to całe zamieszanie z domem. Nieuchronnie zbliża się moment przeskoczenia za rzekę i im jest bliższy, tym większe ogarnia mnie przerażenie jak ja to wszystko "poukładam". 
I nie chodzi tu nawet o pakowanie i rozpakowanie - z tym akurat jestem w całkiem dobrym punkcie. Bardziej wykańcza mnie kombinowanie jak to wszystko sprytnie zsynchronizować - podłączenie pieca, internetu, bo jak te będą już za rzeką to i my się musimy przenieść, więc wtedy musi być też kuchenka podłączona i część mebli do choćby skromnego funkcjonowania. 
Murarz kończy swoją pracę. Po moim wtorkowym "wypięciu się" na całą przeprowadzkę i siedzeniu beztrosko w górach, wczoraj odważnie poszłam na przeszpiegi. 
Kupa gruzu zdawała się jeszcze większa niż ostatnio.

- Zrobię zdjęcie, moi Czytelnicy będą mieć odrobinę dreszczyku do porannej kawy. 
Murarz zaśmiał się na to moje fotografowanie, jednocześnie zapewnił, że gruz wywiezie i życzył powodzenia w sprzątaniu. Jezu... Sprzątanie tam i sprzątanie jeszcze tu! I cantinę trzeba opróżnić i te rośliny nieszczęsne przetransportować i lodówkę kupić... Ratunku!

Po południu miał zjawić się elektryk i chyba zjawił - tak sądzę po głosach, które po obiedzie dobiegały zza rzeki. On też już prawie kończy swoje zadanie. Została teraz kwestia odmalowania, czego niestety my we własnym zakresie nie możemy ogarnąć, bo to już nie kwestia odświeżenia, tylko porządnego wygładzenia i odmalowania jak należy. Poza tym chłopcy teraz czasu mają mało, a ja sama nie wszystko jestem w stanie spiąć. Dnia nie rozciągnę. 

Obdzwoniłam wczoraj kilka osób, no może nawet nie kilka... Powiedziałabym raczej, że obdzwoniłam wczoraj wszystkich świętych. Jednego świętego wszyscy zgodnie polecali, ale święty ów mieszka w miejscu, gdzie telefony nie działają, więc pozostaje mi czekać, że świętemu skończą się zapasy i zjedzie do miasteczka. W każdym razie gdyby nawet dziś nie zjechał i nikt inny się nie objawił, murarz zadeklarował się, że on się odmalowania podejmie, ale zajmie to jakieś dwa, może trzy dni. 


Już zaraz będzie pięknie, już zaraz będzie normalnie... - powtarzam sobie jak mantrę, żeby nie ześwirować. I królestwo za spokojny sen!

Dobrego dnia! 

ZEŚWIROWAĆ to po włosku IMPAZZIRE (wym. impacc-ire)

przeprowadzka

Co w szufladach mieszka...

sobota, października 17, 2020

Marradi, Toskania, Dom z Kamienia blog

Z szafek, z szuflad, z pudełek, spomiędzy książek... zaczęły wyskakiwać duchy minionych lat, relikty dziecięcych wyznań, wspomnienia dawnych podróży. Kolejny raz uświadomiłam sobie, jak bardzo wszystko chomikuję. Kartki, karteluszki, bilety, zasuszone kwiatki. I pomyśleć, że kilka tygodni temu, kiedy chciałam oddać wór pluszaków, Tomek zbeształ mnie za taki pomysł i zarzucił niedopuszczalny brak sentymentalizmu. 

Ja? Ja niesentymentalna? Ciekawe... 

Ołowiany żołnierzyk znaleziony kiedyś przez Tomka nad brzegiem rzeki, kulka zbitych traw z Rosignano, niezliczone ilości muszelek, Mikołaja bilet wstępu do "Italia w miniaturze" zapewniający następne darmowe wejście po odbytej szkolnej wycieczce, stare lakiery do paznokci, spinki, szpilki, monety z różnych stron świata, "pendrajwy" działające i przede wszystkim te niedziałające... Gdzie nie zajrzę czekają niespodzianki. Nawet szczoteczko-gąbeczkę  do komputera znalazłam i byłam bardzo zdziwiona, że ja w ogóle coś takiego mam. Czego to człowiek nie znajdzie, jak nie szuka! 


Piątek wypełniony był po brzegi lekcjami, więc czasu na pakowanie nie było zbyt wiele. Gdzieś tam między lekcjami, zakupami i obiadem dwa pudła znów udało mi się zapełnić. Zebrałam się też na odwagę i poszłam na przeszpiegi za rzekę. Nie jest źle... Wciąż ściany oczywiście poprute i kupa gruzu na środku w salonie, ale... idzie ku dobremu. W nadchodzącym tygodniu powinnam zacząć malowanie. Nie za bardzo wiem kiedy i jak się zorganizować, ale jakoś to się wszystko ogarnie.

Dziś mówią, że zawita do nas ottobrata! Tak nazywa się październikową, niemal letnią falę ciepła. Planowałam dziś Florencję, ale chyba jednak zostawię ją na inny raz. Natomiast górom raczej nie odpuszczę i choćbym miała iść na szlak sama - a tak pewnie będzie - zakładam dziś buciory i ruszam! Po prostu muszę. Dusza rozpaczliwie potrzebuje gór i przestrzeni. Myśli znów się muszą poukładać. 

Teraz już uciekam, bo poranek jeszcze pełen lekcji, więc czas ustawić się do pionu. 
Dopiero koło południa zacznę się zastanawiać co z tą ottobrata w dolinie zrobić. 

Na koniec jeszcze, ponieważ wczoraj ktoś zapytał mnie o moje zdjęcia, pomyślałam, że warto przypomnieć się z moim shutterstock. Dziś do galerii dołączą nowe fotografie. 

SZUFLADA - CASSETTO (wym. kassetto)

przeprowadzka

Siła i strach i jeszcze podziękowań znów cały worek

środa, października 14, 2020

 
- Dziś jest pogoda na spacerowanie po górach - powiedziała Ellen, kiedy ruszyłyśmy z Marradi.
- Idealna, oczywiście! Jak na złość.

W taką pogodę jak wczoraj na pewno milej byłoby wędrować szlakiem Apeninów, niż spacerować pomiędzy półkami z meblami, ale z Przyjaciółką nawet taki dzień jest piękny i wyjątkowy. 
Przede wszystkim to zacznę od tego jak bardzo jestem wdzięczna Ellen za to, że poświęciła mi cały dzień, że zawiozła, pomogła, doradziła, że miała cierpliwość, że się nigdy nie spieszy, że zawsze się uśmiecha, że nawet przed ładowaniem ciężarów do bagażnika się nie cofnie. Ellen to moja bohaterka. Serio!


Nasza wyprawa zaowocowała przede wszystkim tym, że chłopcy mają już kompletne łóżka (za materace jeszcze raz pięknie dziękujemy firmie: https://mumuno.com), poza tym w bagażniku wylądowało też kilka niezbędnych drobiazgów. Nawet nie wyobrażacie sobie jak chłopcy byli szczęśliwi! W tym miejscu dziękuję jeszcze raz z serca wszystkim "zrzutkowiczom", bo ta chłopców radość to przecież dzięki Wam!

Poza tym co leżało w bagażniku, dzień tak "pragmatycznie" spędzony z Ellen dał mi zastrzyk energii i odegnał trochę strach. Tak, strach. Może nie widać, ale ja się naprawdę boję tej przeprowadzki, boję się czy wszystko dobrze pójdzie, czy czasu wystarczy, czy sama tyle rzeczy ogarnę, czy nowy dom nas ładnie przygarnie... Tak zwyczajnie po ludzku się boję. I nie piszcie proszę, że nie ma się czego bać, że to zmiana ku lepszemu, ecc... - pewnie, że tak, ja teoretycznie to wszystko wiem, ale w pojedynkę dźwigam całkiem sporo i bywają momenty trudne. 

I właśnie dlatego wczoraj ten dzień z Ellen dał mi namiastkę poczucia bezpieczeństwa, oparcia i siły, która przecież w nas jest, tylko czasem tłamszona jest właśnie przez ten nieszczęsny strach.

A poza tym dobrze mi zrobiło nasze "szczenięce" chichotanie się...
Było na przykład tak:
Wrzucam do wózka czerwone serwetki, Ellen wrzuca żółte, zaraz potem niebieskie, ja dokładam koralowe, po czym wyciągam czerwone i wkładam zielone, Ellen wyciąga żółte i też dokłada jasną zieleń. Wkładamy i wyciągamy, aż w końcu patrzymy na siebie i zaczynamy się śmiać.

- Jakby wybór koloru papierowej serwetki był kwestią najważniejszą na świecie!
 

Z kolejnych dobrych wieści - gaz już podłączony. Teraz powinien do pracy ruszyć też hydraulik. Murarz już powoli kończy swoje zadanie, elektrykowi zostają kable do pociągnięcia. A potem już TYLKO - tak jak pisałam - malowanie i sprzątanie. 


Kolejny październikowy tydzień wybił południe! Dacie wiarę? Czy to tylko ja mam takie wrażenie przez całe przeprowadzkowe zamieszanie, że dni teraz pędzą jak głupie? 
W szkole u chłopców zrobiło się intensywnie. Wpadli już w pełen naukowy rytm i jak do tej pory świetnie sobie radzą. Poranne wstawanie jest zmorą, ale trzeba to przeżyć i nie marudzić. Pogoda znów nam szykuje kolejne niespodzianki i wcale nie mam na myśli tych dobrych. Oto jesień i jej wszystkie prawa - widocznie w tym roku tak ma być. 
W weekend na szczęście ma być słonecznie, wprawdzie zimno, ale pogodnie. Coś planuję... Coś. Zobaczymy co mi z planów wyjdzie. Muszę oderwać myśli od przeprowadzki, żeby nie ześwirować, bo głowa już się trochę zbuntowała.

DOBREGO DNIA!

STRACH to po włosku PAURA (wym. paura)